Wszelki kontakt z kinem spoza europejskiego kręgu kulturowego jest kontaktem trudnym. Razem z szerokością geograficzną zmianie ulegają bowiem nie tylko cyferki umieszczane przy południkach na mapie, ale przede wszystkim sam człowiek, a wraz z nim jego sposób doświadczania, percepcji świata, czasu i przestrzeni. Zrozumienie zaczyna jawić się jako rzecz niemożliwa, bo jak facet, który z dzieciństwa pamięta obraz psa przywiązanego na łańcuchu do własnej budy, ma zrozumieć tajskiego, filipińskiego czy koreańskiego rówieśnika, który do psa mówi ‘bracie’?

Przykład Burka, spędzającego życie przy budzie, wydaje się być durny i pewnie taki jest, ale jednak coś w nim tkwi: w sposób szczątkowy zaznacza problem, który pojawia się w trakcie odbioru artystycznego kina wschodniego. Ja, Polak i Europejczyk, mogę snuć własne interpretacje i domysły na temat obcych kinematografii, lecz od początku skazany jestem na los wspominanego kundla z wywieszonym ozorem. Czuję, że hen daleko coś się kryje, coś jest. Niestety, ogranicza mnie łańcuch – nie metalowy, wrzynający się w ciało, ale kulturowy, który paradoksalnie kaleczy jeszcze głębiej. Stąd każda konfrontacja z tego typu kinem może przerodzić się w błądzenie po manowcach, szukanie sensu tam, gdzie go nie ma. Może i właśnie taki jest mój odbiór kina Weerasethakula – nie przeczę. Należy jednak pamiętać, że pies czasem zrywa łańcuch, lecz by tego dokonać, musi próbować i niejednokrotnie dotkliwie się pokaleczyć. Tekst o „Wujku Boonmee, który potrafi przywoływać swoje poprzednie wcielenia” („Loong Boonmee raleuk chat”) jest niczym innym, jak kolejną próbą „ucieczki”. I tu od razu zaznaczę – uciec każdy musi na własny rachunek, dlatego gorąco zachęcam wszystkich tych, którzy dobrną do końca tego tekstu, jak i tych, którzy za chwilę skończą czytać – obejrzyjcie ten film, bo naprawdę warto.

     

Całość rozpoczyna zatopiona w odgłosach natury scena, w której przywiązany do drzewa wół zrywa sznur, aby przez pobliskie pola uciec do dżungli, miejsca, które od zawsze było szczególnie ważne dla Apichatponga Weerasethakula. W momencie, kiedy zwierzę zaczyna pożywiać się soczystymi liśćmi, rozpoczyna się baśń o wujku Boonmee – resztki sznura chwyta dziwna osoba, która wydaje się nie należeć jedynie do klasycznej rzeczywistości, wół spokojnie za nią podąża, a oko kamery przenosi się na zarys postaci. Widzimy jedynie cień sylwetki i skierowane w naszym kierunku piekielnie czerwone oczy – dżungla patrzy. Wkrótce okaże się, że nocny obserwator był duchem, jakich pełno w świecie Boonmeego, a duchy – jak mówi zmarła żona wujaszka, która powróciła, aby przygotować go do przejścia na symboliczną drugą stronę – wcale nie są przywiązane do miejsca. Nie siedzą w szczelnie zamkniętym niebie czy piekle, są przywiązane do życia jeszcze bardziej aniżeli ‘normalny człowiek’.

I tu należy zauważyć, że w momencie śmierci duch przestaje doświadczać życia jako takiego. Pozostaje mu jedynie to, co zdążył zebrać w trakcie swej ziemskiej wędrówki. Człowiek jest zatem sumą swoich wspomnień, a duch tym, co z tych wspomnień zostaje. Jest, można powiedzieć, taką esencją ludzkiego przeżycia. Każda poznana legenda, kontakt z drugim człowiekiem, własnoręcznie zdobyta wiedza nie znikają nawet po śmierci, a wręcz przeciwnie, unieśmiertelniają, tworzą inną – chyba szlachetniejszą – rzeczywistość.

Boonmee w obliczu nadchodzącej śmierci zbiera przy sobie najbliższych, zarówno tych żyjących, jak i tych, którzy już dawno odeszli. Duch zmarłej żony czuwa przy jego łóżku, w pobliżu domu w zupełnie niespodziewanej formie pojawia się syn. Narracja jest przerywana baśniowymi wtrąceniami, opowiadającymi o zakochanych w pięknie młodości księżniczkach czy ludziach rozmawiających ze zwierzętami. Świat duchów i żywych zlewa się ze sobą, staje się jednym i tym samym, podobnie jak świat przeżyć i fantazji, choć – tu pytanie – czy nasza fantazja nie jest czasem pełnoprawnym przeżyciem? Sceną dla zetknięcia sacrum i profanum jest oczywiście dżungla, Weerasethakulowska granica pomiędzy dwoma światami.

Odkrywając w powolnym tempie kolejne zakamarki niesamowitej rzeczywistości, możemy w końcu natrafić na klucz do jej zrozumienia, a ten kryje się moim zdaniem w jednej z wizji Boonmeego. Opowiada ona o tym, jakoby jego dusza przeniosła się do przyszłości, w której potrafiono rozpoznać przybysza z krainy dni minionych. W momencie zetknięcia z nim oświetlano jego sylwetkę światłem, a jego wspomnienia były dzięki temu wyświetlane na białym ekranie. W momencie, gdy projekcja dobiegała końca dusza znikała i nie było to spokojne odejście w nieznane, a raczej strącenie w zimne, puste limbo. Rzecz dla duszy straszna, Boonmee odczuwał strach…

I w tym miejscu, moim skromnym zdaniem, tkwi wiadomość przesyłana przez Wujaszka do najbliższych, ale i przez samego Weerasethakula do widzów jednocześnie. Sprawmy, aby historia wyświetlana na białym ekranie nigdy nie dobiegła końca. Nie porzucajmy wiary w legendy i świat duchów. Nie ograniczajmy zdobywania doświadczenia jedynie do wciśnięcia pilota telewizora czy kupna biletu na kolejny blockbuster, bo co pozostanie po ludziach, którzy nie przeżyli sami, ale przeżyto za nich? Po tych, którym podano wspomnienia w formie medialnej papki w sposób tak przekonujący, że zdają się być one ich własnymi? Zdaje się, że kontrastowanie uduchowionego świata Boonmeego z rzeczywistością do bólu praktycznej ciotki, która przyjeżdża do jego domku w dżungli, ma służyć niczemu innemu, jak uwypukleniu przytoczonej przeze mnie refleksji. Stary świat umiera, a razem z nim legendy, wierzenia, rytuały, specyficzny sposób odbioru kultury, a obok od lat rodzi się zupełnie nowy, który proponuje w zamian – no właśnie, co?

     

Boonmee jest zatem figurą, która niczym soczewka koncentruje w sobie sens całego „Primitive Project” (pełnometrażowy film jest dopełnieniem historii rozpoczętej przez dwa krótkie metraże, więcej: fragment mojego artykułu o reżyserze). Projektu, który ze sporą dawką smutku i obawy spogląda na miejsca, które zdają się umierać z dnia na dzień. Opustoszała wioska w „Liście do wujka Boonmee” (jeden z krótkich metraży) zapamiętała wiele niezwykłych historii, lecz nie ma komu ich opowiadać – pozostały tylko duchy snujące się w poszukiwaniu życia. W „Widmach z Nabui” na skąpanym w ciemności pustkowiu projektor oświetla biały ekran kinowy, który w końcu płonie – w efekcie blade światło wydobywające się z maszyny świeci prosto na nas, trafiliśmy na wspominanych ze strachem przez Boonmeego ludzi, którzy kradną wspomnienia… A w „Wujku Boonmee, który umie przywoływać swoje poprzednie wcielenia”? Przepełniony duchami i opowieściami świat wujaszka powoli zmienia się w straszącą pustkami Nabuę, a ciotka wraz z resztą kompanii w niemej pozie, bez słów zamierają przed ekranem telewizora i zaczynają chłonąć spreparowany strumień wspomnień, zaczynają doświadczać bez doświadczenia – limbo za życia, i to na własne życzenie.

Apichatpong Weerasethakul doskonale zdaje sobie sprawę, że od współczesności uciec się nie da, ale w swym kinie nieustannie podkreśla, że obcowanie z ‘nowym’ wcale nie wymaga zniszczenia ‘starego’. Właśnie dlatego jego filmy stoją zawsze pomiędzy sacrum a profanum, pomiędzy kiedyś a dziś, są dokładnie takie, jak ich reżyser. Z taką wizją kina czy diagnozą kultury można się oczywiście nie zgadzać, niemniej – bez względu na stanowisko – trzeba docenić szczerość reżysera wobec samego siebie i własnych przekonań, ale i szczerość w stosunku do widza. Weerasethakul jest swoim kinem. Warto go poznać, ponieważ blade światło projektora może – o czym już wspominałem – zarówno wydobywać historie, jak i zabić. Pozostaje mieć nadzieję, że wspomnień Tajlandczyka starczy jeszcze na długo.


Ocena:
9/10


Autor artykułu: Filip Jalowski - FIDEL [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 26 listopada 2010
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL [e-mail]

STRONA GŁÓWNA KMF