Seria filmów o X-Men, podobnie jak jej papierowy pierwowzór, odniosła niebywały sukces, tak więc trudno nie przewidzieć, że prędzej czy później, producenci będą starali się jak wyeksploatować
tę żyłę złota do cna, tworząc kolejne sequele. Jednak w przypadku tej serii zadanie jest trochę trudniejsze, bowiem filmowa trylogia została zamknięta, historia się zakończyła, do tego w
ostatnim odcinku poginęła większość głównych bohaterów. Wydawać by się mogło, że w tej sytuacji nie ma mowy o kontynuacji, jednak hollywoodzcy włodarze
i tym razem znaleźli sposób na to, by jeszcze nie kończyć opowieści o mutantach, tworząc prequel, który w dodatku skupia się tylko i wyłącznie na jednej postaci, którą jest Wolverine.
|
 |
 |
|
Historia zaczyna się w 1845 roku. Poznajemy chłopca o imieniu James Howlett, który widząc śmierć mężczyzny, którego uważał za swego ojca, w napadzie szału zabija przy pomocy wyrastających
mu z dłoni szponów mordercę, który na kilka chwil przed śmiercią wyjawia mu, że to właśnie on był jego prawdziwym ojcem. Po tym tragicznym wydarzeniu, James i jego brat Victor,
uciekają z domu i zaczynają żyć na własną rękę. Obaj są mutantami o nadludzkich zdolnościach, ich rany goją się niemal natychmiast, do tego od pewnego momentu przestają się starzeć, przez
co są właściwie nieśmiertelni. Obserwujemy ich dalsze życie, dorośli już James (Hugh Jackman) oraz Victor (Liev Schreiber) ramię w ramię biorą udział w wielkich bitwach, walcząc razem podczas
Wojny Secesyjnej, II Wojny Światowej i w Wietnamie. W końcu trafiają pod skrzydła pułkownika Williama Strykera, który przyłącza ich do grupy najemników wykonujących niecodzienne zlecenia.
Podczas jednej z akcji James się buntuje i rezygnuje, bowiem nie odpowiadają mu metody i to, do czego jego kompani (włącznie z Victorem) są w stanie się posunąć. Odchodzi jednocześnie
rozstając się z bratem i układając sobie życie na nowo. Rozpoczyna uczciwą pracę i znajduje sobie ukochaną o imieniu Kayla. Victor po sześciu latach daje o sobie znać, zabijając Kaylę,
czym wywołuje wielki gniew Jamesa, który postanawia wziąć udział w projekcie Strykera, mającym na celu wszczepienie mu w kości niezniszczalego metalu adamantium, by mógł stawić czoła
wrogiemu bratu.
Tak oto zarysowuje się ta historia. Niezbyt oryginalna i nie do końca, niestety, wciągająca. W zamyśle Gavina Hooda miał to być zapewne trochę mroczny i szorstki dramat, nie pozbawiony
oczywiście efektownych scen, godnych wakacyjnej superprodukcji. Okazało się jednak, że fabularnie jest słabo, a z efektownymi scenami też nie najlepiej.
|
 |
 |
|
Wolverine to z pewnością jedna z najciekawszych postaci komiksowego uniwersum, jeden z pierwszych antybohaterów. Już w filmowej trylogii "X-Men" grał pierwsze skrzypce, więc zrobienie
filmu z nim w roli głównej było właściwym posunięciem. Jego historia jest bardzo interesująca i tajemnicza, a poprzednie filmy nie wyjaśniały do końca, kim on jest i skąd pochodzi. I w
zasadzie postać Rosomaka to jedyny plus tej produkcji. Nie jest on wprawdzie tak elektryzujący jak w komiksie, ale fani raczej nie będą mieli powodów do narzekań. Wolverine jest groźny,
dziki (kiedy trzeba) i dosyć często wyciąga swoje szpony. Hugh Jackman wydaje się być stworzony do tej roli, jest pełen haryzmy, szorstki i bezkompromisowy. Brawa należą się też specom
od castingów, bo to jeden z tych przypadków, kiedy między postacią z komiksu a żywym aktorem widać spore podobieństwo. Niezły jest również Danny Huston w roli Williama Strykera. Reszta
(na czele z Lievem Schreiberem) niczym się nie wyróżnia.
Fabularnie "X-Men Geneza: Wolverine" rozczarowuje, nawet pomimo tego, że i tak nie należało się po nim wiele spodziewać - w końcu mamy do czynienia z wakacyjnym blockbusterem. Znając jednak
komiksowy pierwowzór, z którego została zaczerpnięta cała historia, można było mieć nadzieję na coś więcej. Pełno tu ogranych motywów i schematów, brakuje odpowiedniego napięcia i właściwie
wyważonego dramatyzmu. Aczkolwiek należy zaznaczyć, że nie jest aż tak źle. Całkiem ciekawie, od strony psychologicznej, zostały zarysowane postaci Wolverine?a i Strykera. Nie jest to
wprawdzie Bergman, ale nie ma na co narzekać. Główny zarzut to to, że film ten nie stara się wybić ponad niewysoką średnią.
Od strony formalnej zawieść się mogą ci, którzy oczekiwali wielkiego widowiska, pełnego zapierających dech w piersiach akcji. To, co widzimy na ekranie, raczej nie zachwyca, jest właściwie
poniżej dzisiejszych standardów. Ktoś powie, że to dobrze, że efekty nie przesłaniają całego filmu. Cóż, w przypadku, gdy mamy do czynienia z niezbyt wciągającą historią, jednak by się przydały.
Wrażenie robi jedynie finałowy pojedynek z Weapon XI, szkoda tylko, że taki krótki. No i znakomita jest czołówka, w której obserwujemy, jak James i Victor walczą na kolejnych wojnach. Te
kilka minut pod względem pomysłu i montażu przewyższają większość filmu. Swoją drogą, robi się nowa moda na efektowne czołówki. Po niedawnym "Watchmen", przyszła pora na "Wolverine'a".
Chcemy więcej!
|
 |
 |
|
"X-Men Geneza: Wolverine" to film, do którego najbardziej pasuje określenie "średni". Tak jakby twórcy wiedzieli, że zarobi on mnóstwo pieniędzy, więc założyli sobie, że nie będą się
wysilać i pójdą po linii najmniejszego oporu. "Wolverine" to solidna, rzemieślnicza robota i ci, którzy wybiorą się do kina, powinni się dobrze bawić (oczywiście zdając sobie sprawę z
jakiego typu produkcją mają do czynienia), niemniej można było ten film zrobić lepiej.