Strona główna KMF
        

Xander Cage nie żyje! Zginął podczas wykonywania rutynowej akcji na Bora-Bora... Augustus Gibbons rozpoczyna rekrutację nowego agenta 'Triple X'. Tym razem, jak sam stwierdza, musi sięgnąć głębiej, zamiast wybierać kolejnego sportowego napaleńca. A gdzie najlepiej szukać? Odpowiedź jest oczywista: w więzieniu stanowym ;) Darius Stone to były podwładny Gibbonsa, z którym prawie dekadę wcześniej służył w jednym oddziale. Był jednym z najlepszych żołnierzy - świetne wyniki w Navy Seals, wyszkolenie snajperskie itd. Tak więc jakim prawem taki człowiek wylądował w więzieniu? Ano trafił tam po tym, jak odmówił wykonania rozkazu generała Deckerta (teraz Sekretarza Obrony U.S.A.), co więcej - złamał mu szczękę :-) Tak więc Gibbons daje mu kolejną szansę. Stone z początku nie jest przychylnie nastawiony do dawnego dowódcy, ale gdy dowiaduje się, że ktoś pomaga odejść z tego świata jego byłym kompanom z jednostki, przystaje na układ. Gibbons pomaga mu opuścić mury ukochanego przybytku i, razem ze swoim bliskim współpracownikiem Tobym, rozpoczynają poszukiwania w celu wyjaśnienia zagadki i trafienia na trop zabójców. Poszukiwania, które doprowadzają ich do jednego z największych spisków w historii, mierzącego w urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych!
Boże jedyny, tego nawet nie da się opisać na poważnie ;) Od razu trzeba zaznaczyć, że sequel hitu kinowego sprzed 2 lat jest przedsięwzięciem co najmniej chybionym. Aby wymienić wszystkie wady filmu, trzeba by poświęcić duuużo czasu, a zdecydowanie nie jest tego warty, więc skupię się tylko na tych najważniejszych (czytaj: najbardziej wkurzających ;) ). Największą wadą (czy, jak kto woli, chybieniem obsadowym) jest osobnik odtwarzający główną rolę. Ice Cube, bo tak ten pan sobie wymyślił, żeby go przezywać, przejął pałeczkę po Vinie Dieselu i - delikatnie mówiąc - spieprzył robotę. Charyzmatyczny Diesel 'pociągnął' część pierwszą filmu sprawiając, że ten tzw. 'młodzieżowy Bond' stał się w miarę oglądalny i do przełknięcia. Pan Cube, pomijając fakt, że posiada charyzmę piłeczki pingpongowej, zupełnie nie nadaje się na następcę Diesela, co więcej mogę zaryzykować stwierdzenie, że w ogóle do kina akcji się nie nadaje... Powinien dalej grać w komediach o paleniu trawki ("Piątek", "Kolejny Piątek"), ponieważ to już drugi, po "Torque", niewypał w jego wymarzonej karierze gwiazdy kina akcji. Tak mi teraz przyszło na myśl, że może jest na tyle tani, że skąpi producenci zatrudniają go, żeby obniżyć sobie koszty produkcji? ;) Brutalna prawda jest taka, że albo Ice zapisze się na lekcje aktorstwa, albo da sobie spokój ze srebrnym ekranem. Gość jest tak sztywny, że głowa boli! Wygłasza coraz to bardziej durne, patriotyczne przemowy (no ok., to można częściowo zwalić na scenariusz) z kamiennym wyrazem twarzy, mającym chyba w założeniach wyrażać stopień 'twardości' jego bohatera, a tak naprawdę wyrażającym jedynie porządne zatwardzenie u właściciela... Gdy się uśmiecha (ten ewenement udało mu się powtórzyć w filmie nawet kilkukrotnie!) to wygląda jeszcze bardziej żałośnie. Gorszego aktora pierwszoplanowego moje oczy dawno w filmie nie widziały i mam nadzieję, że długo nie ujrzą... Ale może dajmy już temu panu spokój ;) Kolejną sprawą skutecznie utrudniającą odbiór filmu jest... tak, zgadliście - scenariusz! ;) Wydawałoby się, że to profesjonaliści trzymają pieczę nad poziomem naszej rozrywki, a wychodzi na to, że coraz więcej i więcej filmów opartych zostaje na wszystkim (czytaj efekty komputerowe, promocja) oprócz porządnych podstaw, czyli tych kilkudziesięciu stron zadrukowanych kartek (specjalnie napisałem kilkudziesięciu, ponieważ scenariusz "State of the Union" nie miałby prawa dojść do setki, nawet gdyby podwoić liczbę kartek...). Pomijam już milczeniem te wszystkie dziury, ale wszystko jest tak naiwne, że głowa mała! Dodatkowo dochodzą genialne inaczej dialogi i mamy już jako taki obraz tego, co się może dziać na ekranie. Aż dziw bierze, skąd w tym koszmarku wzięły udział takie tuzy jak Willem Dafoe i Samuel L. Jackson (swoją drogą. to też się nie za bardzo popisali...). Nielogiczności piętrzą się przez cały czas i nie można wszystkiego zwalić na karb konwencji, bo nawet ta jakieś ograniczenia w sobie ma. Dowcip scenarzysty został chyba gdzieś w szkole filmowej (o ile do takowej ten pan uczęszczał). Wszystkie teksty i one-linery (Cube'a przede wszystkim - zaczyna mi się go szkoda robić ;))) ) są wręcz żenujące, a wymiany zdań i dogadywanie sobie (w zamyśle sarkastyczne) budzi co prawda na twarzy uśmiech, ale politowania... Już nie będę wspominał o takich kwiatkach, jak porwanie jadącego czołgu, bo to się mija z celem ;)
Co się dzieje z dzisiejszym kinem akcji? Czy wszystko musi być zdominowane przez wszędobylskie efekty komputerowe? Kiedyś kręcono filmy praktycznie bez większego udziału tychże i niejednokrotnie były to produkcje o wiele wyższych lotów niż ta papka, którą przychodzi nam teraz oglądać na ekranach. W "xXx: State of the Union" pomoc komputera jest tak widoczna, że przebija sztucznością "Van Helsinga"... Nie powiem - efekty stoją na całkiem niezłym poziomie, ale co z tego, skoro film jest nimi przeładowany i raczej mu to na dobre nie wychodzi. Na plus filmowi (ileż można narzekać? ;) ) można zaliczyć wybuchowy prolog (wsparty fajną muzyczką, która w późniejszych fazach filmów przechodzi w nie wiadomo co) i kilka szybko zrobionych i zmontowanych akcji. Natomiast samemu filmowi nie można przypisać zbyt wielu pozytywnych słów, a nawet wypada poradzić wszystkim, żeby dali sobie spokój z oglądaniem, chyba że nie mają nic innego do roboty poza pluciem i łapaniem ;) Pytanie pozostaje jedno - czy nakręcenie drugiej części "xXx" było naprawdę potrzebne, skoro z góry wiadomo było, że bez Vina Diesela poniesie finansową klapę? Moim skromnym zdaniem nie, ale znając życie, bardzo wymagająca publiczność amerykańska udowodni, że racji nie mam i za 2 lata doczekamy się 3 odsłony z Gulczasem w roli głównej...



xXx2: NASTĘPNY POZIOM

Tytuł oryginalny: xXx: State of the Union
Rok produkcji/czas trwania: 2005, USA / 101 min.
Reżyseria: Lee Tamahori
Scenariusz: Simon Kinberg, Rich Wilkes
Zdjęcia: David Tattersall
Muzyka: Marco Beltrami

Wystąpili:
Ice Cube (jako xXx / Darius Stone)
Samuel L. Jackson (jako agent Augustus Gibbons)
Willem Dafoe (jako gen. George Octavius Deckert)
Scott Speedman (jako agent Kyle Steele)
Peter Strauss (jako prezydent James Sanford)

Autor recenzji:
Dariusz Kuźma - BEOWULF

Klub Miłośników Filmu, 16.05.2005