Chciałem wierzyć... i nic z tego nie wyszło.
Minęło już ładnych parę lat, odkąd pożegnaliśmy się z serialowymi przygodami Muldera i Scully w telewizji. Szczerze mówiąc, gdyby ktoś spytał mnie, o co w serialu chodziło, nie potrafiłbym mu dokładnie odpowiedzieć. W końcowych sezonach scenarzyści tak zapędzili się w rozpoczynaniu nowych wątków i "zakręcaniu" tych już otwartych, że w żaden sensowny sposób nie dało się ich zamknąć. Dla wielu fanów serial skończył się wraz z siódmym sezonem, ponieważ w ósmym wprowadzono nowe postaci, a Foxa i Danę uczyniono bohaterami drugoplanowymi.
W "Z archiwum X" zawsze bardziej ceniłem sobie odcinki śledcze, niezwiązane z mitologią serialu. W tym właśnie kierunku poszedł twórca serii i drugi film kinowy nakręcił jako oddzielną całość, a słowa "obcy", "inwazja" i "koniec ludzkości" nie padają tutaj ani razu. Można to oczywiście uznać za ułatwianie sobie sprawy i skok na kasę fanów, ale spójrzmy prawdzie w oczy - fabuły serialu po prostu nie da się zamknąć jednym filmem. Jaki był więc sens kręcenia go? No właśnie...
Zaczyna się całkiem nieźle - charakterystyczna muzyka i tytuł pojawiający się na tle księżyca. Następnie równolegle poprowadzone dwie sceny: oddział FBI przeszukujący zaśnieżona równinę i porwanie pewnej kobiety przez dwóch tajemniczych osobników wprost sprzed jej domu. Porwana okazuje się być agentką Federalnego Biura Śledczego, a idący na czele poszukiwań długowłosy człowiek w okularach jasnowidzem, który wiedziony przeczuciem odnajduje w śniegu odciętą rękę. W związku z tą sprawą przedstawiciele FBI zwracają się do Scully z prośbą o przekazanie oferty współpracy przebywającemu w ukryciu Mulderowi. W ten oto sposób po raz kolejny (i wiele wskazuje na to, że ostatni) możemy podziwiać na ekranie jeden z najsłynniejszych duetów aktorskich w historii telewizji.
W fabule można wyróżnić cztery wątki: główny wątek porwania i tajemniczych morderstw, wątek kilkunastoletniego, nieuleczalnie chorego pacjenta Scully, wątek paranormalny i wątek związku Foxa z Daną. I tu kryje się największa bolączka filmu - wszystkie są źle wyważone. Już mówię, o co mi chodzi - szpitalno-dramatyczny wątek ze Scully w roli głównej, mimo że wydaje się być historią poboczną i mniej ważną, jest zdecydowanie lepiej wyeksponowany niż zagadkowe porwanie. Duży zawód sprawił mi również fakt, że klimat serialu jest praktycznie nieodczuwalny - ksiądz-pedofil, którego nawiedzają wizje ofiar i porywaczy, równie dobrze mógłby być ze scenariusza wykreślony, a film niewiele by na tym ucierpiał. Czy to nie elementy paranormalne stanowiły o niezwykłości i popularności "Z archiwum X"? Dlaczego więc w filmie zostały potraktowane po macoszemu? Całości dopełnia jeszcze rozwiązanie wątku głównego - nie chcę nic zdradzać, ale na myśl przychodziły mi słowa mieszczące się w zakresie od "niedorzeczności" do "głupoty".
W "I want to believe" nie uświadczymy ani agenta Doggetta, ani agentki Reyes, jak rónież paru innych postaci. Pojawiają się za to nowi agenci, prowadzący sprawę porwania, no i oczywiście duet głównych bohaterów. Mulder nie zmienił się wcale - nadal jest paranoikiem, na jego ścianie nadal wisi ten sam plakat z UFO, a nad biurkiem nadal tkwią wbite w sufit ołówki. Jedynie zarost, widoczny na jego twarzy w początkowych scenach, może lekko zbijać z tropu. Dużą transformację przeszła za to postać Scully - i nie chodzi tu o zmianę fryzury. Z wierzącej katoliczki przeobraziła się w osobę wątpiącą, która przeżywa duchowe rozterki z powodu tragedii umierającego pacjenta i konfrontacji ze skazanym za gwałt księdzem. I tu następuje kolejny zgrzyt - w filmie jest sporo rozmów na tematy ostateczne, ale słuchając ich czułem się jakoś... dziwnie. "Archiwum" nie wydaje mi się odpowiednim medium do przekazywania wyższych prawd o Bogu, przebaczeniu i zbawieniu. Wracając do Dany - pomimo tajemniczego porwania, wszczepienia
implantu, zachorowania na raka, cudownego ozdrowienia i oglądania na własne oczy tego, od czego zwykły człowiek postradałby zmysły, nadal pozostaje zatwardziałą racjonalistką i ciągle sprowadza Muldera na ziemię - w tej kwestii nic nie uległo zmianie.
Czy nowe "Archiwum" jest filmem złym? Powiedziałbym raczej, że sprawia wrażenie odcinka, który usiłowano wydłużyć niezbyt porywającymi wstawkami i rozmowami (coś, co nie daje mi spokoju - Mulder i Scully są parą, a jednak nadal mówią do siebie po nazwisku - wydało mi się to... zastanawiające), a później sprzedać jako pełnowartościowy film kinowy. I nawet kilkukrotne puszczanie oczka do widza nie ratuje tej produkcji, która jest po prostu nudna i nieciekawa. Rozwiązanie wątku głównego okazuje się kuriozalne i całkowicie wyprane z mistycyzmu i tajemniczości. Całe szczęście, że na koniec nie zafundowano nam hollywoodzkiego happy endu, tylko zakończenie trochę bardziej "serialowe". I nie mam tu na myśli ponownego pojawienia się porywacza-zabójcy (choć kto wie, podobno po napisach jest dodatkowa scena - ja jednak czułem się wystarczająco zmęczony i wyszedłem w trakcie listy płac). Szkoda, że po ostatnim spotkaniu z Mulderem i Scully pozostanie niesmak, którego ciężko będzie się pozbyć.
 |
Z archiwum X: Chcę wierzyć
USA | 2008 |
PG-13 | 104 minuty
Reżyseria: .... Chris Carter
Scenariusz: .... Chris Carter, Frank Spotnitz
Muzyka: .... Mark Snow
Zdjęcia: .... Bill Roe
OBSADA
Fox Mulder: .... David Duchovny
Dana Scully: .... Gillian Anderson
Dakota Whitney: ....Amanda Peet
Mosley Drummy: .... Xzibit
Ojciec Joseph Crissman: .... Billy Connolly
Ojciec Ybarra: .... Adam Godley
|
 |
Autor recenzji: Maciej Poleszak - CIUNIEK |
Klub Miłośników Filmu 26.07.2008 |
|