Za jakie grzechy

Myślę sobie, że wszyscy recenzenci powinni zrobić zrzutkę i wysłać jakiś ładny prezent pomysłodawcy polskiego tytułu nowej komedii z Renée Zellweger. Zamiast "Nowa w mieście" - "Za jakie grzechy". I aż się prosi, żeby rozpocząć niniejszą recenzją czymś w stylu "Za jakie grzechy dane mi było obejrzeć ten szajs", a później dać tylko upust emocjom - ponarzekać na schematyczność scenariusza, wyśmiać marną grę aktorów i cukierkowe zakończenie, pamiętając o kilku sarkastycznych wstawkach oraz protekcjonalnym tonie całości. Spuentować to wszystko propozycją, by oglądanie "Za jakie grzechy" wprowadzone zostało do konfesjonałów jako nowa forma pokuty i recenzję mamy gotową. Aż chciałbym włączyć teraz swój recenzencki sadyzm, powybijać sobie palce na klawiszach i w 10 minut zakończyć sprawę, bo na więcej film ten właściwie nie zasługuje. Ale nie mogę.

Za jakie grzechy zdjęcie 1 Za jakie grzechy zdjęcie 2

"Za jakie grzechy", reklamowany jako "najzabawniejsza komedia romantyczna od czasów Bridget Jones" (tylko kto to powiedział...?) nie jest dobrym filmem - to pewne. Od początku do końca ma się wrażenie, że gdzieś już to wszystko widzieliśmy. To tylko ładnie wyglądająca wydmuszka, opierająca się na kolejnych kalkach. Domyślam się, że gdyby nie udział gwiazdy, jaką niewątpliwie jest Zellweger, film ten przeszedłby przez nasze ekrany zupełnie bez echa, a może nawet od razu trafił na półkę do sklepu z płytami dvd. Trudno bowiem znaleźć w nim cokolwiek godnego uwagi. A jednak spędzone w kinie półtorej godziny karą za grzechy na pewno bym nie nazwał. Nie spoglądałem nerwowo na zegarek, nie zacząłem wypatrywać wyjść ewakuacyjnych. Mało tego - wiele osób na sali sprawiało wrażenie, jakby bawiło się całkiem nieźle! Co więc jest takiego w tym filmie, że pomimo niemałej ilości wad i ewidentnym braku zalet, ogląda się go bezboleśnie? Dlaczego tak ciężko mi uogólnić i określić go po prostu jako "kiepski film", bez żadnych "ale", "gdyby" i "jednak"?

Od komedii romantycznej trudno oczekiwać, by zaskakiwała nas na każdym kroku. Swojego rodzaju schematyczność i przeświadczenie, że zakończenie może być tylko jedno, należą do największych atutów tego gatunku i to m.in. te cechy właśnie sprawiają, że ma on tak wielu zwolenników. W przypadku "Za jakie grzechy" sprawdziło się jednak znane polskie powiedzenie "co za dużo, to niezdrowo". Schemat goni tu schemat. To idealny film na zabawę w odgadywanie kolejnych poczynań, a nawet słów wypowiadanych przez główne postaci. Ryzyko pomyłki - niewielkie. I jeszcze ta ckliwa muzyczka w tle szepcąca do widza, że oto właśnie padają ważne dla fabuły kwestie... Litości...

Za jakie grzechy zdjęcie 3 Za jakie grzechy zdjęcie 4

No więc mamy atrakcyjną i szalenie ambitną bizneswoman z Miami. Praca wypełnia cały jej czas, a wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery to główny motor napędowy w jej życiu. Mając nadzieję na awans, zgadza się wyjechać do zabitej dechami dziury w Minnesocie, w celu reorganizacji tamtejszego zakładu. Okaże się oczywiście, że miejska dziewczyna kompletnie nie odnajduje się w społeczności pełnej prostaków. Nawet codzienne czynności sprawiają jej problemy, a do tego przystojny (i samotny) szef związków zawodowych wypowiada jej otwartą wojnę. Z czasem jednak... No, dopowiedzcie już sobie sami. Żeby było jasne - fakt, że przed rozpoczęciem seansu da się przewidzieć jego zakończenie, nawet mnie tak bardzo nie razi. Gorzej, że wszystko "pomiędzy" też jest tak bardzo oczywiste. W Miami bezduszni, skupieni tylko i wyłącznie na pieniądzach ludzie, mieszkają w luksusowych apartamentowcach. Dzień zaczynają od joggingu nad brzegiem morza, ubierają się w najmodniejsze ciuchy i przechwalają, że jedli w tej samej restauracji, co Justin Timberlake. W Minnesocie zaś, brzuchaci mężczyźni cały dzień siedzą na kanapie żłopiąc piwo, ściekające im po nieogolonej brodzie. Ich żony gotują, sprzątają i rozmawiają o Jezusie. W sklepach nie można dostać dobrego wina, brak tu rozrywek, a jadąc samochodem, zawsze możesz się zderzyć z krową stojącą bezkarnie na środku ulicy. Żeby jeszcze wykrzesać z tego kilka śmiesznych momentów.... Zestawienie dwóch różnych światów bez wątpienia daje taką możliwość i choć wciąż schematycznie, może być jednak zabawnie. Jednak nie w tym przypadku. Tutaj większość humorystycznych scen bazuje na tym, że ktoś się przewrócił, czymś oblał, ma problemy z wysikaniem się albo nabrzmiały mu sutki (choć akurat tę scenę rzeczywiście można by zaliczyć do udanych ;).

Za jakie grzechy zdjęcie 5 Za jakie grzechy zdjęcie 6

Zaskakujący w tym wszystkim jest udział Renée Zellweger. Choć może nie należę do jej największych fanów, nie da się ukryć, że jest ona jedną z najwszechstronniejszych hollywoodzkich aktorek. Trzy razy z rzędu nominowana do Oscara za role w filmach reprezentujących trzy różne gatunki (komedia, musical, dramat), w latach 2001-2007 aż 6-krotnie nominowana do Złotego Globu. Mam wrażenie, że niestraszna jej żadna rola (niedługo zobaczyć ją będzie można w horrorze), ale komedie właściwie od zawsze należały do mocnych pozycji w jej filmografii. Wystarczy tu wymienić chociażby "Siostrę Betty", "Jerry Maguire", "Ja, Irena i ja" czy kultową już "Bridget Jones".

Skąd więc wziął się tam "Za jakie grzechy"? Podsunięcie jej pod nos tego scenariusza miało być chyba zemstą agenta za odmowę podwyżki. W tym filmie po prostu nie dało się zrobić dobrego wrażenia. Owszem, Renée spisuje się tutaj całkiem przyzwoicie, ale gra na aktorskim autopilocie. Więcej dzieje się już chyba na drugim planie, gdzie mamy Harry'ego Connicka Jr, a zwłaszcza J.K. Simmonsa, w dość nietypowej dla siebie roli. I choć w tym aspekcie również próżno wypatrywać fajerwerków, to właśnie nieźle zagrane postacie trzymają ten film w ryzach i pozwalają bezboleśnie dotrwać do przesłodzonego, acz miłego finału (tylko nie wyjdźcie z kina zbyt szybko!). Mieszkańcy New Ulm - bo tak właściwie nazywa się "dziura w Minnesocie" - to ludzie bezpośredni, prostolinijni, szczerzy i niezwykle sympatyczni. Tylko i wyłącznie oni sprawiają, że w "Za jakie grzechy" da się odnaleźć szczyptę uroku. Widząc ich na ekranie, chce się tam pojechać, pobyć, a może nawet i zamieszkać w tego typu małej, zamkniętej społeczności. Zapomnieć o wyścigu szczurów, korkach na ulicach, tysiącu spraw do załatwienia - po prostu odpocząć. Przypominają się wtedy takie produkcje jak "Smażone zielone pomidory", "Pod słońcem Toskanii", "Kroniki portowe" czy szwedzki "Jak w niebie", przesiąknięte "prowincjonalnym dobrym duchem". Produkcji Jonasa Elmera sporo jednak do tych filmów brakuje. Tego uroku jest po prostu za mało. Nie pomaga nawet przepiękne oddanie zimowego klimatu. Historia rozgrywa się na przestrzeni kilku mroźnych miesięcy, zahaczając po drodze o Święto Dziękczynienia, Boże Narodzenie, Nowy Rok, Walentynki itd. A to wszystko wśród ton śniegu. Chwilami robi się naprawdę klimatycznie i myślę, że wielbiciele białego puchu spojrzą na ten film nieco łaskawszym okiem. To jednak nie wystarcza - film to wciąż nijaki, wyprany z emocji, przewidywalny. Po prostu słaby.

Za jakie grzechy zdjęcie 7 Za jakie grzechy zdjęcie 8

A jednak... W całej swej niedoskonałości, "Za jakie grzechy" jest naprawdę niegroźny. Nie dość, że można go bez uszczerbku na zdrowiu obejrzeć, to jeszcze parę razy się pośmiać i wyjść z kina w lepszym, albo przynajmniej nie gorszym, nastroju. Oczywiście, trudno oczekiwać, by ktokolwiek był tym filmem zachwycony. Większość widzów odczuwać będzie raczej niedosyt. Ale krucjaty pod kasami z hasłem "Zwrot pieniędzy za bilet" też nie doświadczymy, nawet wśród najbardziej zawiedzionych (patrz: mnie). Jak to się więc dzieje? Jeszcze wczoraj odpowiedziałbym, że nie mam pojęcia (mówiąc szczerze, to pytanie spędzało mi sen z powiek). Dzisiaj już chyba jednak wiem. Przyznaję, że bardzo zastanawiające było dla mnie, dlaczego tego typu "zimowa" historia, idealna na okres ferii, pojawiła się u nas w środku wiosny. A to przecież proste. Koniec kwietnia, od kilku tygodni nieustannie świeci słońce, drzewa kwitną, ptaki śpiewają, truskawki i ogórki małosolne uśmiechają się do nas ze straganów.... Aż chce się żyć. Po co ktoś będzie zawracał sobie głowę tak błahymi sprawami jak nieudany film? Łatwiej przymknąć oko na jego wady, skupić się na tym, że przedstawia pozytywną, happy-endową historię i liczyć, że lada dzień przytrafi nam się podobna. Ot, cały sekret. Ciekawe czy zadziałałby też w przypadku "Gigli"...

Plakat

New in Town
Za jakie grzechy
reżyseria - Jonas Elmer
scenariusz - C. Jay Cox, Ken Rance
zdjęcia - Chris Seager
muzyka - John Swihart
montaż - Troy Takaki
czas projekcji - 96 minut

wystąpili:

Renée Zellweger (Lucy Hill)
Harry Connick Jr. (Ted Mitchell)
Rashida Jones (Natalie)
Siobhan Fallon (Blanche Gunderson)
Frances Conroy (Trudy Van Uuden)
J.K. Simmons (Stu Kopenhafer)
Nancy Drake (Flo)
Hilary Carroll (Kimberly)

Plakat 2

Autor recenzji: Karol Barzowski - THE TALENTED MR. RIPLEY | Klub Miłośników Filmu,
30 kwietnia 2009

Strona główna | Recenzje KMF | Napisz do autora