Kilka tysięcy ludzi otacza ring. Kwadrat, na którym pojawi się dwóch mężczyzn rozpływa się w świetle umieszczonych pod kopułą hali reflektorów. Rozkrzyczany tłum usiłują opanować komentatorzy podekscytowani jak małe dzieci na widok witryny sklepu z zabawkami. Nagle z potężnych głośników uderza muzyka, wasz ulubiony kawałek – w końcu sami wybieraliście. Po miesiącach wyczerpujących ćwiczeń przyszedł czas na próbę, na spędzenie kilku chwil na scenie ograniczonej kilkoma elastycznymi linami. Każdy krok zbliża was do przeciwnika. Nieistotnym wydaje się być fakt, że za moment ciało pokryje się lepką mieszaniną potu i krwi, nieistotne jest to, że ta walka może okazać się ostatnią. Liczą się jedynie nieziemskie światło oraz huk prowadzący bezpardonową walkę z bębenkami waszych uszu. Liczy się to uczucie, świadomość, że jesteście na właściwym miejscu, że jesteście im potrzebni.

Dłoń przeciwnika po raz trzeci uderzyła o ziemię, a może wykonałeś swój popisowy numer odbierając mu możliwość wykonania jakiegokolwiek ruchu? Wygrałeś, tłum jest twój. Czy wcześniej ustalony scenariusz popsuł ci zabawę? Czy światła raziłyby w oczy inaczej wtedy, gdy walczyłbyś na poważnie? Jedno jest pewne, tłum nie mógłby krzyczeć głośniej twego imienia – to po prostu niewykonalne.

Życie tytułowego zapaśnika przypomina egzystencję akumulatorka ukrytego w twojej komórce. Zbawienne działanie ładowarki zastępuje chwila zabawy w niepokonanego gladiatora, reszta to powolne umieranie. Dla ringu Randy poświęcił wszystko, nie wykluczając rodziny. Po latach udawanych zwycięstw nadszedł moment, w którym udawana walka staje się prawdziwym pojedynkiem. Batalią z własnymi słabościami – odmawiającym bicia sercem, kapryśnymi płucami, czy mięśniami buntującymi się przeciw chemicznym podtrzymywaczom młodości. Rozpoczynają się poszukiwania nowej ładowarki. Stara, ring, przestaje pasować do wysłużonego modelu. No i oczywiście, pojawia się pomysł pojednania z dzieckiem, które ojca zna jedynie z plakatów i wieczornych transmisji na kanale sportowym.

Sprzeciw dziecka nie budzi najmniejszych wątpliwości moralnych. Niby czemu miałoby pokochać ojca wtedy, gdy stało się to dla niego wygodne? Niemniej, to wciąż ojciec – jakiś wewnętrzny głos błaga o podarowanie szansy i jemu i sobie, bo życie bez niego wcale nie jest lekkie. Randy może rozpocząć wszystko od nowa, ale dawny styl życia nie daje o sobie zapomnieć. Wszystko się rozpada, znów pozostaje jedynie ring i kochająca kobieta zarabiająca na życie jako tancerka w nocnym klubie. I ona buntuje się przeciw kolejnym wycieczkom na arenę – myśli trzeźwo i wie, że Randy już dawno przegapił moment, o którym opowiadał nam niegdyś Perfect. Niemniej, to wszystko jest od zapaśnika silniejsze. Znów słyszy ogłuszający krzyk tłumów, przygotowuje się do zadania ostatecznego ciosu i…

A co robi widz?


Klaszczę w dłonie i ze wzruszeniem obserwuję wielkiego wojownika, który mimo przeciwności losu decyduje się na podjęcie walki. Na robienie tego, co kocha bez względu na konsekwencje. Podziwiamy go i współczujemy, że jakaś wredna choroba postanowiła toczyć jego ciało. Współczujemy, że niby wbrew sobie rani córkę i kobietę, dla której zrobiłby poniekąd wszystko. Ocierając łezki, próbując powstrzymać ciarki, które urządziły sobie na naszych plecach tor wyścigowy nie zauważamy, że Darren Aronofsky zagrał nam na nosie i nakręcił drugie "Requiem dla Snu". Randy wcale nie jest bohaterem pozytywnym, to kolejny Harry Goldfarb. W jego żyłach nie płynie pochodna amfetaminy (może czasem), jego narkotykiem jest nieszczęsny ring – to oświetlone miejsce, w którym wie, że jest potrzebny. Dla niego, i dla samego stylu życia z nim związanego, poświęca wszystko. Niszczy życie córki, łamie serce ukochanej kobiety, niszczy zdrowie faszerując się sterydami. W momencie, gdy po raz kolejny wychodzi na ring, gdy walcząc z bólem szykuje się do zadania kończącego pojedynek uderzenia, Randy przegrywa. Aplikuje sobie kolejną dawkę narkotyku. W przypadku Harry’ego Aronofsky pokazał konsekwencje – amputacja ręki, w przypadku Randy’ego sami musimy napisać zakończenie. Na internetowych forach pojawiło się już wiele i wiecie co?

Randy zazwyczaj odnosi w nich zwycięstwo i pozostaje gladiatorem, bohaterem.
A ten Harry to był przecież najnormalniejszy ćpun.
Zabawne, jak wiele zależy od perspektywy.

 

 

produkcja - USA, 2008
reżyseria - Darren Aronofsky
scenariusz - Robert D. Siegel
muzyka - Clint Mansell
zdjęcia - Maryse Alberti
czas projekcji - 115 minut


Mickey Rourke
Evan Rachel Wood
Marisa Tomei



Randy "The Ram" Robinson
Stephanie
Cassidy
 


Autor recenzji: Filip Jalowski - Fidel | Klub Miłośników Filmu, 20 marca 2008

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA