ŁZY MICKEYA ROURKE'A

czyli motyl w skafandrze


Ostatni film Darrena Aronofsky'ego to opowieść o starzejącym się wrestlerze (nie zapaśniku, bo amerykański wrestling ma niewiele wspólnego z tradycyjnie rozumianymi zapasami), Randym "Taranie" Robinsonie. To opowieść o rywalizacji ciała z duchem.

Randy mimo upływających lat jest niezwykle silny. Jego ciało jest w stanie wytrzymać wiele. Znacznie więcej niż ciało przeciętnego mężczyzny. Przez lata bite, cięte, szarpane, tłuczone, kłute, służyło mu na ringu. Dzięki niemu i pracy nad nim, przez chwilę był autentycznie sławny. Mimo iż okres chwały dawno minął, ciało "Tarana" pozwala utrzymać mu się w zawodzie. Dzięki niemu Randy może zarobić na życie. W końcu jednak musi nadejść kres wytrzymałości. Nawet dla tak silnego mężczyzny jak Randy. I nadchodzi (zawał serca).

To ciało czyniło Randy'ego wrestlerem, dawało siłę do walki, pozwalało przekraczać granice dla innych pozostające poza zasięgiem. Teraz odmawia mu posłuszeństwa. Staje się ograniczeniem. Randy po zawale serca nie może już wykonywać zawodu. Odebrana mu zostaje, i tak iluzoryczna, wielkość. Nie mogąc polegać na ciele, nie pozostaje mu nic innego jak skierować się w stronę duchową. Dotychczas chyba przez niego nie odwiedzaną.

Randy decyduje się na tą samą ścieżkę, którą podążył Jean-Dominique Bauby, bohater "Motyla i skafandra", czy Benjamin Button w niedawnym filmie Davida Finchera. Przy tym żaden z nich nie miał specjalnego wyboru. Jean-Do po wylewie zupełnie utracił kontrolę nad swoim ciałem, Benjamin Button urodził się starcem z wszelkimi możliwymi zwyrodnieniami ciała, Randy otrzymał od swego ciała jedynie ostrzeżenie, ale za to jakże dobitne.


Podróż w stronę duchową nie polega w przypadku "Tarana" na zwróceniu się w stronę Boga, lecz na próbie odzyskania własnej tożsamości. Roli ojca i mężczyzny, których wyparł się na rzecz roli zapaśnika. Wyparł się do tego stopnia, że nie umie nawet zaakceptować swego prawdziwego imienia i nazwiska (naprawdę nazywa się Robin Ranzinski). Wstydzi się go nawet przed lekarzem w szpitalu. Zauważa jednak, że ten choć jest Irańczykiem, nie wstydzi się swego pochodzenia, nazwiska, a jego samego traktuje z należnym mu szacunkiem nie z tytułu, że jest wrestlerem "Taranem", lecz panem Ranzinskim, który w tej chwili potrzebuje pomocy. Randy'ego to zaskakuje, ale pomaga mu to na chwilę oswoić się z nową rolą - pacjenta zdanego na łaskę lekarza.

Randy podejmuje wyzwanie życia bez wrestlingu. Odnajduje porzuconą córkę. Nie prosi jej o wybaczenie. Prosi o to, by go uznała. By potwierdziła że jest, że istnieje. Nie jako zapaśnik, lecz jako ojciec. Córka okazuje się twardym przeciwnikiem. Początkowo jednak Randy wydaje się wygrywać. "Taran" poszukuje także wsparcia u kobiety, striptizerki Cassidy. Ta także okaże się silną rywalką. Ale Randy łatwo się nie podda, potrzebuje akceptacji jako mężczyzna i partner. Być może nawet oczekuje miłości. I także w tym pojedynku zdaje się prowadzić.

Walka na ringu w porównaniu z tymi bataliami to dla Randy'ego prawdziwa igraszka. Tam dysponował zahartowanym ciałem, w walce o siebie dysponuje jedynie odwykłym od okazywania uczucia sercem. Jego ciało było zawsze gotowe na ciosy, ale nie jego serce (w sensie duchowym, nie fizycznym, zresztą w sensie fizycznym serce też zaczyna go zawodzić). Toteż w walce o duszę nie czuje się tak pewnie, jak na ringu. Poza nim jest właściwie bezbronny.

Ale Randy dąży do celu. Nie poddaje się. W końcu jednak upada. Zapowiadające się zwycięstwa zamieniają się ostatecznie w porażki. Wszystkie nadzieje zostają mu odebrane (także na jego własne życzenie). Szczególnie zawodzi córkę, zapomina o spotkaniu z nią, zamiast tego wybiera dawne życie - m.in. idzie obejrzeć walkę. Córka żąda więc, by o niej zapomniał. Wszelkie wątpliwości rozwiewa także Cassidy - nie daje Randy'emu szansy na związanie się z nią. "Taran" nie widząc dla siebie miejsca decyduje się na jeszcze jedną walkę. Ten gest może być poczytywany jako oznaka słabości, tchórzostwa, ucieczki przed prawdziwym życiem. Jako rezygnacja z reszty życia na rzecz chwilowej wielkości na ringu. Ale w przypadku Randy'ego to czyn heroiczny, gdyż zarazem samobójczy. Paradoks? Bynajmniej. Heroizm często taki bywa. A "Taran" jest złakniony akceptacji i teraz już wie, że może na nią liczyć tylko ze strony publiczności. Pragnie jej tak bardzo, że gotów jest podjąć to ryzyko.


Czy ostatni gest oznacza zwycięstwo ciała nad duchem? Tak, ale nie oznacza to wcale utraty ducha. Ciało stało się duchem "Tarana". Ciało to jego tożsamość, także duchowa. Być może sztuczna, stworzona i zniszczona na potrzeby widowiska, ale "Taran" innej nie ma (po utracie szansy na ojcostwo) i nie chce mieć (Cassidy w końcu wyciąga do niego rękę, ale on odrzuca ją). Woli wierzyć swemu ciału, nawet jeśli zdaje sobie sprawę, że tym razem ono go zawiedzie. Decyzja powrotu na ring oznacza pogodzenie się z własnym losem, własnym miejscem, a nawet własną śmiercią. Randy jest współczesnym gladiatorem. Uznaje, że najlepsze miejsce na śmierć jest na arenie.

Przedstawiony proces, próba odnowy duchowej, podjęcie wyzwania nowego życia - wszystko to zostało uwiarygodnione do rozmiarów równie imponujących jak bicepsy "Tarana" dzięki zjawiskowo intensywnej kreacji Mickeya Rourke'a. Szczególnie wymowna jest scena nad morzem, w której "Taran" rozmawia z córką. W istocie słowa odgrywają tu najmniejszą rolę, choć niosą znaczenie. Najważniejsza jest jego twarz, więcej mówiąca o jego życiu niż słowa. Ogorzała, zniszczona, usiana bliznami, bruzdami, zmarszczkami. Z pozoru wręcz martwa, nieruchoma. Skorupa. W trakcie rozmowy coś się jednak zmienia - Randy zaczyna płakać. Po jego policzkach spływają łzy. I niemal natychmiast wysychają na suchej twarzy. Pooranej przez lata walki. Ale oczy ofiarowujące łzy to oczy jeszcze pełne życia. Nadziei. Pod skorupą ciała jest życie. Tworzą jedność. Nie wrestlera. Człowieka.


10/10



wytwórnia - Wild Bunch, Protozoa Pictures, Saturn Films, 2008
reżyseria - Darren Aronofsky
scenariusz - Robert Siegel
produkcja - Darren Aronofsky, Scott Franklin
zdjęcia - Maryse Alberti
muzyka - Clint Mansell
montaż - Andrew Weisblum
scenografia - Tim Grimes
kostiumy - Amy Westcott
charakteryzacja - Judy Chin, Michael Marino, Hayes Villandry
czas projekcji - 109 minut

wystąpili

Mickey Rourke
Marisa Tomei
Evan Rachel Wood
Mark Margolis
Todd Barry
Wass Stevens
Judah Friedlander

(Randy)
(Cassidy)
(Stephanie)
(Lenny)
(Wayne)
(Nick Volpe)
(Scott Brumberg)

Autor recenzji gościnnej: Szymon Kapela [e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 15 kwietnia 2011
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF