Tak umiera nadzieja
M. Night Shyamalan ma pecha. Po premierze "Szóstego zmysłu", który był punktem zwrotnym w jego karierze, otrzymał nominację do Oscara
i został nazwany geniuszem horroru. Po premierze "Niezniszczalnego" przylepiono mu plakietkę "to ten, co kręci filmy z zaskakującymi
zakończeniami". Po "Znakach" dało się odczuć już lekkie zmęczenie materiału, choć według mnie film trzyma wysoki poziom, nie licząc
nieszczęsnej końcówki z okładaniem kosmity kijem bejsbolowym. "Osada" zbierała już dużo gorsze recenzje, wytykające reżyserowi wtórność
i brak ciekawych pomysłów, co wcale tak bardzo nie mijało się z prawdą. Próba wyjścia z zaszufladkowania pod postacią "Pani w błękitnej wodzie"
spotkała się z jeszcze bardziej druzgocącą reakcją krytyków (akurat tego filmu nie widziałem, ale na Rotten Tomatoes ma średnią ocen 24%).
Jak to jest ze "Zdarzeniem"? Niestety, tak jak się obawiałem, film utrzymuje tendencję spadkową.
Do seansu przygotowywałem się najlepiej jak potrafiłem - nie szukałem w internecie żadnych wycieków, zdjęć i plotek, nie oglądałem żadnych
zwiastunów, poza tymi w kinie (swoją drogą nie zdradzały one kompletnie niczego z fabuły), a jedynym złamaniem ustalonej przeze mnie
zasady było przeczytanie notatki w "Dzienniku Wschodnim" (jednym z lubelskich dzienników), w której Pan Redaktor odnosi się do filmu bardzo
pochlebnie i wystawia mu ocenę 6/6. Wtedy zaświtała mi jeszcze nadzieja, że Shyamalan przełamie złą passę, a jego najnowsze dzieło będzie
miało to coś, co każe mi zapamiętać seans do końca życia. I zapamiętam ten seans do końca życia. Niestety.
Film zaczyna się zgodnie z zasadą podyktowaną przez Hitchcocka: trzęsieniem ziemi. Pewnego dnia w samym środku Nowego Jorku, a dokładniej w Central Parku
i jego okolicach, dochodzi do przerażających wydarzeń - ludzie bez powodu zaczynają popełniać samobójstwa na różne wymyślne sposoby. Początkowo rząd uznaje
wszystko za atak terrorystyczny, a następnie ogłasza ewakuację miasta. W międzyczasie poznajemy głównych bohaterów: Elliot to nauczyciel biologii w jednym z
liceów w Filadelfii. Ma żonę Almę i najlepszego przyjaciela Juliana, wychowującego córkę o imieniu Jess. Małżeństwo dwójki głównych bohaterów przechodzi coś w rodzaju kryzysu, a Julian
z uporem maniaka próbuje dociec o co chodzi i pomóc bliskim. Koniec wprowadzenia postaci. Kiedy wszystkie osoby dramatu lądują w pociągu okazuje się,
że tajemnicza przypadłość dotyka coraz więcej miast i miasteczek. Gdy kolejarze tracą kontakt, jak sami to trafnie ujęli - "ze wszystkimi",
postanawiają zatrzymać się gdzieś w Pensylwanii i wysadzić tam pasażerów. Od tej chwili rozpoczyna się ucieczka głównych bohaterów pod tytułem
"byle dalej stąd".
"Zdarzenie" w pewien sposób przypomina "Znaki" - odpowiedź na pytanie "o co chodzi?", początkowo trochę nieśmiałą, widz otrzymuje mniej więcej w
jednej trzeciej filmu (do końca miałem nadzieję, że to jednak zmyłka i na finał szykuje się coś mocniejszego), a reżyser stara się ukazać poczucie
wszechogarniającej śmierci i zagrożenia bohaterów. "Stara się" to słowo-klucz. Inwazję kosmitów, widziana oczami wątpiącego pastora, oglądałem siedząc
przez cały czas na brzegu fotela, nowy film Shyamalana zaś oglądałem przecierając oczy ze zdumienia. Mniejsza o to, że żadnej atmosfery zagrożenia w
"Zdarzeniu" po prostu nie ma. Nie wiem, naprawdę nie wiem co skłoniło go do napisania tak koszmarnych dialogów. Przykład? (A)lma rozmawia z (E)lliotem
(piszę z pamięci, więc może nie być dokładnie):
(Miejsce akcji - środek łąki)
A: Był taki facet... Pamiętasz jak zostałam kiedyś po godzinach w pracy? Tak naprawdę poszłam wtedy do niego. Pomyślałam, że w obliczu śmierci powinieneś o tym wiedzieć.
E: (robi minę zbitego psa) Okłamałaś mnie?
(cięcie)
(później, w pobliżu jakiegoś bliżej nieokreślonego budynku)
E: Też chcę ci coś wyznać. Poszedłem kiedyś do apteki, a za ladą stała naprawdę piękna dziewczyna. Podszedłem do niej i poprosiłem o syrop na kaszel, a wcale nie miałem kaszlu. Kosztował całe sześć dolarów.
A: Żartujesz?
E: Tak
A: Całe szczęście (uśmiecha się)
(koniec rozmowy)
Jako horror "Zdarzenie" też jest marne. Tzw. "straszne sceny" dzielą się na dwie kategorie: kategoria pierwsza - scena typu "cisza, cisza, cisza, ŁUP",
kategoria druga - reżyser mówi "wrzucamy teraz megaklimatyczną scenkę, która na pewno wszystkich przestraszy, a przynajmniej zaniepokoi".
No i w ten sposób otrzymujemy klimatyczne rozmowy (na podobnym poziomie jak pokazane powyżej), klimatyczne miejsca (tu akurat nie jest źle),
a nawet klimatyczną staruszkę - pustelniczkę (no comment). Kolejną zagadką, wartą napisania książki, jest sposób w jaki Shyamalan tworzy postacie
drugoplanowe - i nie chodzi wyłącznie o mroczną babcię. W pewnym momencie oprócz głównych bohaterów w grupie idzie dwóch nastolatków - jeden służy do
prowadzenia rozmowy z Elliotem (o rodzinie i dzieciach! Umarłem na miejscu), a drugi do pyskowania i wyważania drzwi. A dalej? Zestresowany szeregowiec
jeżdżący Hummerem (Właśnie - w pewnym momencie bohaterowie nie mogą jechać żadną z dróg i postanawiają iść piechotą na przełaj, zostawiając na asfalcie
dwa samochody terenowe - taki szczegół), zakręcony ogrodnik wcinający przez całą drogę hot-dogi i jeszcze kilka podobnych ewenementów.
Nigdy nie miałem nic do Marka Wahlberga jako aktora. Słyszałem opinie typu "sztywniak", "drewniak", "drewniany jak Ben Affleck", ale uważałem je za przesadzone.
Natomiast podczas seansu w kinie za każdym razem kiedy kamera pokazywała twarz Pana M.W., przed oczami stawał mi nasz rodzimy Paweł Małaszyński - jedna mina, zero
ekspresji, tragedia, masakra, płacz i zgrzytanie zębów. Reszta obsady sobie radzi, ale więcej nie warto pisać pisać. Może oprócz tego, że bardzo przyjemnie patrzy się
na Zooey Deschanel :).
Jest jednak coś, co ratuje film od totalnej porażki - bardzo dobra muzyka Jamesa Newtona Howarda, która stara się budować klimat, ale jest niecnie niszczona przez
dialogi i Wahlberga. Oprócz tego warto nadmienić jeszcze o ciekawych zdjęciach (które świetnie obrazują to, o czym nie będę pisał, bo byłby to spoiler) i niepokojącym
początku - szczególnie scena samobójstw na budowie robi duże wrażenie. Jednak jedna rzecz nie daje mi spokoju - skoro tytułowe "zdarzenie" obejmowało swoim działaniem
wszystkich w okolicy, to dlaczego w niemal każdej takiej scenie znajdzie się jedna osoba, która trzeźwo patrzy na samounicestwianie się innych? Tego nie wie chyba nawet sam
M. Night Shyamalan.
Nie mogę powiedzieć, że straciłem pieniądze i czuję się okradziony, bo w promocji w kinie wylosowałem darmowy bilet, ale wychodząc z sali powinienem otrzymać
jakąś dopłatę w ramach rekompensaty za stracony czas. Mimo wszystko nie żałuję jednak, że poszedłem do kina. Mogłem spotkać się ze znajomymi, pośmiać się z
koleżanki, która podskakiwała na każdej straszniejszej scenie i pogadać z nimi o lepszych filmach.
Ocena: 3,5/10
 |
ZDARZENIE
Rok i kraj produkcji: 2008 / USA
Czas trwania: 91 minut
Reżyseria: M. Night Shyamalan
Scenariusz: M. Night Shiamalan
Muzyka: James Newton Howard
Zdjęcia: Tak Fujimoto
Obsada:
| Mark Wahlberg | .....Elliot Moore |
| Zooey Deschanel | .....Alma Moore |
| John Leguizamo | .....Julian |
| Ashlyn Sanchez | .....Jess |
| Spencer Breslin | .....Josh |
| Betty Buckley | .....Pani Jones |
|
 |
 |
Autor recenzji: Maciej Poleszak - CIUNIEK |
Klub Miłośników Filmu 04.06.2008 |
|