STRONA GŁÓWNA
|
RECENZJE KMF
|
NAPISZ DO AUTORA
Wśród kolorowych uliczek Paryża Adam Goldberg rozmawiał z Julie Delpy o pewnej
książce, która wywarła na nim piorunujące wrażenie. Jej autor usiłował udowodnić
czytelnikowi, że w każdym zakątku świata szansa na spotkanie osoby poznanej we
wcześniejszej fazie swojego życia jest niebywale duża. Z nieco innej beczki:
„Efekt motyla” otwiera wschodnia maksyma informująca nas, że nawet ruch skrzydła
stworzenia tak wątłego, jak tytułowy owad, może wywołać huragan tysiące
kilometrów dalej. W „21 gramach” grupa obcych sobie ludzi, nie do końca
świadomie, w znaczący sposób wpływa nawzajem na swoje życie, a w „Trzech kolorach”
Kieślowskiego wszyscy bohaterowie spotykają się na pewnym statku.
Ta stricte filmowa wyliczanka w pewnym sensie udowadnia trafność tezy
postawionej przez autora książki, która zafascynowała bohatera „2 dni w Paryżu”.
W cywilizacji zachodu życiem rządzą ciągi przyczyn i skutków. Zatraciliśmy
umiejętność myślenia magicznego, życia w oderwaniu od suchej logiki, nieco
nieludzkich sylogizmów. Ganiamy od punktu A, do punku B. Każdy ma swoją
trajektorię, a zatem jasne jest to, że niektóre z nich muszą się przeciąć,
niektóre ze sobą kolidują, a inne znakomicie uzupełniają. Paradoksalnie,
wschodnia maksyma doskonale ilustruje dzisiejszego człowieka zachodu. Jesteśmy,
jak wszyscy wymienieni wyżej bohaterowie. Pasujemy do tez książki, niezłe z nas
motyle. O tym opowiada najnowszy film Pawła Borowskiego, „Zero”.
|
 |
 |
|
Młody reżyser podjął niezwykle ambitne przedsięwzięcie. Po nakręceniu zaledwie
dwóch filmów krótkometrażowych, z których jeden trwał mniej więcej siedem minut,
drugi nieco ponad jedenaście, rzuca się na głęboką wodę i tworzy film niemal
dwugodzinny. Oczywiście, gdybym za wodę bez gruntu uważał jedynie znaczny skok
dotyczący metrów zużytej taśmy, byłoby to zachowanie dość idiotyczne. Bardziej
niż o długość kliszy chodzi mi o ilość bohaterów i historii, które się na niej
wzajemnie przeplatają. Scenariuszowo porównałbym „Zero” właśnie do wspominanych
„21 gramów”, które – uważam, że nieprzypadkowo – pojawiają się w jednej ze scen
filmu. W momencie, gdy jeden z bohaterów stoi przy sklepowej kasie, za witryną
możemy zobaczyć opakowanie z tym właśnie filmem. Może zbieg okoliczności, może
celowy zabieg, a może ktoś odpowiednio machnął skrzydełkiem.
Prócz fabuły opierającej się na konstrukcji układanki, której poszczególne
elementy otrzymujemy po niemalże każdej scenie, łączy „Zero” i „21 gramów” coś
jeszcze - atmosfera. Obraz świata pozbawionego chociażby krzty nadziei na lepsze
jutro. Bohaterowie Borowskiego to takie biedne wersje Edypów. Odarte z
jakiegokolwiek patosu, żyjące w rzeczywistości, w której nie ma co liczyć na
cudowną boską interwencję, budzą się jedynie po to, by odsłuchać dalszej części
dawno zapisanego wyroku. Męskie i damskie prostytutki, aborcje, podsłuchy,
zdrady, myśli samobójcze, pijani kierowcy, dysfunkcyjne rodziny, bieda, choroby
i dewianci, a naokoło betonowe gmachy budynków i dziurawe chodniki zalane czarną
deszczówką – „życie jest piękne”.
To właśnie ta morowa atmosfera jest w moim przekonaniu piętą achillesową filmu
Borowskiego. Rozumiem, że zamysłem twórcy była chęć pokazania świata odartego z
kolorowych barw rodem z polskich komedii romantycznych, czy bijących rekordy
popularności seriali z kuźni TVN-u. Niemniej, całe to „odzieranie” poszło
odrobinę za daleko. Nie pozostały żadne kolory prócz czerni, bieli i ich
wariacji. Z ekranu straszy nas kościotrup, a nie prawdziwy świat z krwi i kości.
Całkowite wykluczenie pierwiastków pozytywnych stawia widza w dość niewygodnej,
acz dziecinnie prostej sytuacji. Po prostu, siedzimy i zastanawiamy się, jak to
całe „życie” może jeszcze dowalić naszym bohaterom. Nie musimy dumać nad ich
losem, czy osobowością. Każdy ma coś na sumieniu, każdy będzie ukarany. Jesteśmy
świadkami egzekucji.
Sama konstrukcja zamknięta jest w sposób niepozostawiający miejsca na poważną
krytykę. Mimo całej plejady bohaterów i multum małych historii, Borowski jest w
stanie zszyć całość nicią scenariusza tak, by gotowy produkt nie rozłaził się w
różnych dziwnych miejscach. Nie można mieć również zarzutów do samej realizacji
– kawał porządnej, lecz nieco rzemieślniczej roboty. Szukanie oznak osobowości
twórcy w warstwie formalnej filmu, będzie po prostu stratą czasu.
|
 |
 |
|
Może właśnie do tego braku formalnego zaangażowania ze strony twórcy odnosi się
dość enigmatyczny tytuł całości? Może tytułowe zero oznacza łączną sumę
szczęścia zaserwowaną widzowi w czasie niemal dwugodzinnego seansu? A może tytuł
odnosi się do tego, o czym wspominałem na samym początku? Do współczesnego
światopoglądu, który wyrazić można za pomocą kilu wzorów logicznych, w których
nie ma miejsca na jakikolwiek skok w bok – skok do krainy malowanej całą paletą
barw? To jedynie kilka propozycji, które pozostawiam w głowie potencjalnego
czytelnika. Być może Borowski chciał, aby każdy odnalazł tytułową liczbę w innym
miejscu?
„Zero” ma pewną wartość terapeutyczną. Wszyscy ci, którzy myślą, że na świecie
nie może być gorzej, po seansie przekonają się, że delikatnie dramatyzowali. Mamy
tę przewagę, że o naszym życiu ponoć decydować może jakiś tam motylek. W świecie
Borowskiego dla motylków nie ma miejsca – swe skrzydlate huragany przyczyn i
skutków mogłyby wzniecać co najwyżej jakieś ćmy lub nietoperze. Jeśli widz ma
ochotę na obejrzenie dobrze skonstruowanej, wyraźnie inspirowanej głośnymi swego
czasu filmami („21 gramów”, czy „Babel”) agonii kilkunastu bohaterów, zapraszam
do kin.
Have a nice Apocalypse!
Chciałoby się dodać…