ZŁY MIKOŁAJ ROBI TO Z SIOSTRĄ PANI MIKOŁAJOWEJ...
Święta Bożego Narodzenia – jakże wdzięczny temat filmowy. Ile to już razy mieliśmy okazję obejrzeć przeróżnego rodzaju opowieści, traktujące o tym najwspanialszym okresie w roku. Okresie radości, miłości i pokoju, w którym spotykają się krewni i przyjaciele, by w cieple domowego ogniska zjeść wigilijną kolację, pośpiewać kolędy i wręczyć sobie prezenty. Świąteczne filmy kojarzą się nam zapewne ze słodką, kolorową historią, utrzymaną w miłym, rodzinnym klimacie, podkreślonym wesołą melodią i prześlicznie prószącym śniegiem. No i ze Świętym Mikołajem – sympatycznym panem ze sporym brzuchem, doniosłym głosem i wiecznie rozpromienionym licem; wzorem cnót i autorytetem u dzieci. Tym razem jednak zetkniemy się z nieco inną wersją świątecznej opowieści, a przede wszystkim z zupełnie odmiennym typem Świętego Mikołaja.
Willie Soke (Billy Bob Thornton), tytułowy „Zły Mikołaj”, bynajmniej nie traktuje Świąt jako okresu, w którym wypełnić ma swoje magiczne posłannictwo, i to nie tylko dlatego, że jest zwyczajnym mężczyzną przebranym za Mikołaja, któremu dzieciaki w supermarketach siadają na kolana i zwierzają się ze swoich podchoinkowych pragnień. Willie to także zawodowy złodziej, utalentowany kasiarz, który wraz ze swym wspólnikiem, karłem Marcusem (ten przywdziewa strój elfa), co rok, w podobny sposób, zgodnie z podstępnym planem, obrabowują sklepowe sejfy. Grudzień jest więc dla niego niczym innym, jak czasem, w którym należy przygotować się i wykonać złodziejską robotę. To jednak nie z tego powodu, a właściwie nie tylko z tego, moglibyśmy określić go jako „złego”. Dlaczego więc? By tego dociec powinniśmy na moment skoncentrować się na głównym bohaterze.
Bo Willie to facet, który „przegrał z życiem”, sięgnął dna. Był dwa razy żonaty, siedział w więzieniu, brał udział w wojnie, był ranny. Ma swoje lata na karku, lecz nie podoba mu się to, kim się stał. Niejednokrotnie zamierzał ze sobą skończyć. Nie potrafi inaczej zmierzyć się z tą cholerną, ciężką i smutną egzystencją, zimnym i okrutnym światem, jak za pomocą alkoholu. Dlatego praktycznie bezustannie widzimy go trzymającego w ręku flaszkę. Najbardziej jednak dobijają go, jak sam mówi, siadające mu na kolanach, śliniące się dzieciaki. Willie nie cierpi Świąt, nie znosi swego kostiumu Mikołaja i gwiżdże w zasadzie na całą tą podstępną maskaradę. Na spotkania z dzieciakami przychodzi konkretnie nawalony, do maluchów zwraca się najczęściej z trudem wypowiadanymi słowami: „spieprzaj z moich kolan”, bądź „odpieprz się od mojej brody”, często zlewa się w spodnie, zasypia, grzebie sobie w tyłku lub wdaje się w bójkę z kartonowym reniferem. Słowem – nie jest to Święty Mikołaj, pod opieką którego przeciętna matka pragnęłaby zostawić swoje dziecko.
Na swojej drodze do całkowitego pogrążenia się Willie spotyka jednego dnia pewnego otyłego chłopca, sprawiającego wrażenie osoby niewinnej i nie do końca zdającej sobie sprawę z częstokrotnie trudnych i zawiłych momentów codziennego życia; w oczach głównego bohatera, natomiast, uchodzącej początkowo za dziecko niepełnosprawne umysłowo. Chłopak bowiem potrafi nieprzerwanie dręczyć Williego pytaniami natury świątecznej, doprowadzając go tym samym do szewskiej pasji, z czego nawet nie za bardzo zdaje sobie sprawę. Od razu powiem, że, jak to już kino zdążyło nas przyzwyczaić, między tą dziwną, zupełnie od siebie odbiegającą parą (zdruzgotany alkoholik i niczego nieświadomy, bezbronny chłopiec) narodzi się przyjaźń, ugruntowana dodatkowo symboliczną wymianą przygotowanych z poświęceniem prezentów.
Mamy więc, w pewnym sensie, do czynienia ze swoistą anty-opowieścią wigilijną. Nie ma szlachetnego i wesołego Świętego Mikołaja – jest testujący wytrzymałość wątroby, chudy, wytatuowany, zniszczony przez życie, cyniczny i wulgarny pijak. Nie ma radującej się rodzinki – chłopcem opiekuje się nie mniej dziwaczna od niego samego babcia, a Willie jest samotnikiem. Nie ma nawet śnieżnobiałej atmosfery, gdyż akcja rozgrywa się w skąpanym w słońcu Phoenix. Są jednak istotne wartości, jest morał i szczęśliwe, choć nieco różniące się od tych, z jakimi zazwyczaj się stykaliśmy, zakończenie. Willie, choć jest on Mikołajem, który „je, pije, sra i pieprzy się” i stanowi „żywy dowód, że Święty Mikołaj nie istnieje”, zna swą wartość, ceni samodzielność, nie znosi, gdy człowiek pomiata człowiekiem i kiedy chce, potrafi się temu przeciwstawić. Z kolei jego młodszy kumpel przywraca mu wiarę w przyjaźń, co jest przyczyną ich wspólnej, mniejszej lub większej metamorfozy. Nie jest to więc obleśny spektakl degrengolady niepogodzonego z losem człowieka, ani historia współczesnego Mikołaja w wersji gore, ale nadmiernej ckliwości czy przesadnego moralizatorstwa również, na szczęście, nie uświadczymy.
Jeżeli chodzi o aktorstwo – Billy Bob Thornton to Zły Mikołaj idealny. W swej roli jest przekonywujący do tego stopnia, że trudno wyobrazić sobie innego aktora na jego miejscu. Jest to w zasadzie jego film, mimo iż drugi plan obsadzony został bez zarzutu. Zdołał on z człowieka, wydawałoby się upadłego i złego do gruntu, stworzyć postać fascynującą, której kibicujemy niezależnie od tego, czy właśnie zapija się na umór, czy budzi się z kacem, klnie, złorzeczy, kradnie, czy sika sobie w spodnie, a jednocześnie odegrał to z takim realizmem, że smród nietrzeźwego Williego jest niemal wyczuwalny.
„Zły Mikołaj” to przede wszystkim wspaniała komedia, przyprawiona humorem często pikantnym, niemniej jednak niezwykle śmiesznym. To film, który prawdopodobnie nie zostanie puszczony w wigilijny wieczór przez publiczną telewizję jako część świątecznego bloku, ale na półtorej godziny zabawnej i niegłupiej rozrywki w kinie jest jak znalazł. Przewrotny, szyderczy i nieco obrazoburczy rarytas. Gorąco polecam.
|
 |
Ocena: 8/10
ZŁY MIKOŁAJ (Bad Santa)
USA 2000
reżyseria: Terry Zwigoff
scenariusz: John Requa, Glenn Ficarra
producent: Sarah Aubrey, John Cameron, Bob Weinstein
zdjęcia: Jamie Anderson
scenograf: Sharon Seymour
kostiumy: Wendy Chuck
producent wykonawczy: Ethan Coen, Joel Coen
obsada: Billy Bob Thornton jako Willie T. Soke
Bernie Mac jako Gin Slagel
Lauren Graham jako Sue
John Ritter jako menadżer
Tony Cox jako Marcus
Brett Kelly jako dzieciak
Lauren Tom jako Lois
Ajay Naidu jako sprawiający problemy Hindus
Lorna Scott jako matka z Milwaukee
Harrison Bieker jako chłopak z Milwaukee
Tom McGowan jako Harrison
Alex Borstein
|
| Autor recenzji:
Michał Jakubowski - JAKUZZI |
|
Klub Miłośników
Filmu, 21.11.2004
|
|