Ktoś kiedyś powiedział, że motyw umiera w momencie, gdy na scenie pojawia się jego wersja buffo, czyli mówiąc prościej – parodia. Z perspektywy czasu możemy stwierdzić, iż twórca tegoż hasła musiał żyć przed Romanem Polańskim, który wyreżyserował drwiący z konwencji sztuki wampirycznej film „Nieustraszeni pogromcy wampirów”. Groteskowa opowieść o wyprawie doktora Abronsiusa i jego pomocnika Alfreda do demonicznej jaskini lwa, czyli zamku w Transylwanii (ojczyzna Włada III Palownika vel Drakuli) była prawdopodobnie pierwszym tworem kultury, który w sposób oczywisty stanął w opozycji do klasycznego ujęcia arystokratycznego krwiopijcy. Jeśli nie pierwszym, bo tu pewności mieć nigdy nie można, to już na pewno tym, który dał asumpt do wypaczania obrazu potwora władającego wyobraźnią masową od ładnych paruset lat. Wracając do tematu – wedle „teorii buffo” Polański powinien być tym, który wbił w wampirze serce osinowy kołek solidny na tyle, by zakończyć hegemonię, jaką od stuleci krwiopijca pełnił w masowej wyobraźni. Powinien, ale że wampir to istota, której ostateczne unicestwienie graniczy z niemożliwością, to i kule teoretyków się go nie imają. Mimo interwencji nieustraszonych pogromców, czy starań Lesliego Nielsena on wciąż wstaje ze swej trumny, otrzepuje się z ziemi, ostrzy kły i rozpływa się w ciemnościach. Na swojej drodze pozostawia trupy, anemików i napchane zielonymi papierkami kieszenie ludzi, którzy postanowią odświeżyć jego historię.

Ostatnimi laty Pana z przerośniętymi kłami wzięła na warsztat Stephenie Meyer. Zamieszkująca słoneczną Arizonę gospodyni domowa, szanowana członkini społeczności mormońskiej, matka pięciorga dzieci stworzyła cykl opowieści wampirycznych, które podbiły serca czytelników na całym świecie. Nieznana nikomu kobieta po raz kolejny udowodniła, że sprzedaje się najlepiej to, co ludzie znają. Korzystając z całego zamieszania, krwiopijca wygodnie zasiadł na pierwszym miejscu listy bestsellerów amerykańskiego ‘Timesa’. Co więcej, wielu uważa, iż seria powieści Meyer zdetronizowała cykl opowiadań o nastoletnim czarodzieju – „Harrym Porterze”, a więc trącający zgnilizną i gęstym kurzem potwór pokonał jeden z najbardziej charakterystycznych symboli dzisiejszej kultury popularnej. Razem z sukcesem literackim musiały nadejść propozycje od wytwórni filmowych, no i nadeszły. Dziś będzie mowa o owocu, jaki przyniosły pertraktacje na linii Meyer-świat filmu, będzie mowa o „Zmierzchu” Catherine Hardwicke.

„Zmierzchu”, którego premiera wywołała burzę emocji. Starły się bowiem dwa fronty – do nieprzytomności zakochany w prozie Amerykanki, a zatem bezkrytycznie wielbiący film i ten, który wyczuwa w produkcji lekki powiew ery „High School Musical”. Sam przyznam się do tego, że stronnic zapisanych przez Meyer nigdy na oczy nie widziałem i żadnego porównania z książką przeprowadzić nie mogę, ale to dobrze, bo przystępując do filmu byłem jak przysłowiowa „czysta tablica”, zatem więcej będzie w tym wszystkim obiektywizmu.
Historia miłosna Isabelli Swan i Edwarda Cullena oparta jest na starym porzekadle a propos zakazanego owocu, tak – to właśnie on kusi najbardziej. Mająca problemy z aklimatyzacją w nowym środowisku dziewczyna staje się obiektem westchnień jednego z największych miejscowych przystojniaków, ale i dziwaków zarazem. Jej matka podróżuje po kraju ze swym nowym mężczyzną, a ona mieszka w niewielkiej chatce ojca, który stara się jak może, ale i tak za bardzo nie wychodzi. On pojawia się w szkole w towarzystwie czwórki adopcyjnego rodzeństwa i nie rozmawia z nikim poza nimi aż do momentu jej przyjazdu. W końcu, sprawa się wyjaśnia. On jest wampirem, a ona pierwszą dziewczyną, do której poczuł pożądanie. Niemniej, Edward nie pije ludzkiej krwi – jest na zwierzęcej diecie, że tak to ujmę – i związek wydaje się być możliwym. Chłopak sięga po owoc zakazany – kobietę, w której szyje chciałby wgryźć się najbardziej, a Isabella zakochuje się w wampirze, który teoretycznie powinien ją przerażać.

Jak można zauważyć historia nie pasuje do pudełka z psychologicznymi opowieściami na temat miłości pomiędzy kobietą a mężczyzną a la Antonioni, ale i z założenia – taką mam przynajmniej nadzieję – nie miała tam trafić. Przeraża fakt, iż na forach internetowych wybuchła awantura o to, iż ludzie krytykujący film o ludzko-wampirycznym uczuciu nie rozumieją ukrytego dna opowieści i problemów filozoficzno-psychologicznych, które skrywa. Żeby nie wyjść, w oczach fanów, na ignoranta, który sam nie dostrzega pewnych znamion ‘głębokiego sensu’ „Zmierzchu” skupię się na kilku z nich.

Problem wampirzy – krwiopijca nie starzeje się fizycznie, ale dojrzewa mentalnie, a co za tym idzie dorosły osobnik może być uwięziony w ciele nieadekwatnym do jego rozwoju psychicznego. Zgoda, problem ciekawy, ale poruszany w niemalże każdym tworze wampirycznym, całkowicie nieoryginalny i schematyczny. Odsyłam chociażby do „Wywiadu z wampirem”.

Problem pożądania – krwiopijca zakochuje się w człowieku, ale jego dusza drapieżcy podpowiada, że obiekt westchnień byłby znakomitą przekąską. Osobnik jest zatem postacią tragiczną balansującą pomiędzy ludzkim a zwierzęcym spektrum emocji. Każdy antropomorfizowany wampir w historii literatury musiał stanąć w rozkroku pomiędzy człowieczeństwem, a instynktem zabójcy. Można poszukać u trochę bardziej doświadczonego kolegi po fachu Pani Meyer, Neila Gaimana.

Problem starzejącej się ukochanej – nic dodać, nic ująć. Wybranka serca wampira będzie umierać na jego oczach, gdy jemu nie przybędzie nawet siwy włos. On nie będzie chciał podarować jej życia wiecznego, bo wie, iż to, co zdaje się błogosławieństwem w istocie jest największym przekleństwem. Podobne problematy odnajdziemy już w balladach Goethego.

Alienacja wampirów – mimo normalnego wyglądu muszą stronić od towarzystwa ludzkiego, ponieważ duże skupisko osób zwiększa prawdopodobieństwo zwyciężenia drapieżcy nad człowiekiem. Ponadto, zidentyfikowanie wampira zagraża jego życiu. Ten problem, w przypadku krwiopijców ze „Zmierzchu” wydaje się zabawny, bo mogą oni egzystować w czasie dnia, doskonale radzą sobie z hamowaniem popędów, nie zabija ich słońce (powoduje jedynie zmiany na skórze), nie wyglądają jak Nosferatu z filmu Murnaua.

Cała ta niby filozoficzna podszewka „Zmierzchu” jest więc niesamowicie płytka. Poruszone przez film kwestie istnieją w kręgu opowiadań wampirycznych od lat i niejeden raz każda z nich była przedstawiona o niebo lepiej. Bohaterowie filmu, w szczególności wampir Edward, przypominają członków subkultury (chyba powoli można nazwać ich subkulturą) EMO. Cullen podkreśla swoją samotność, sprawia wrażenie osoby, która cały czas walczy ze swoimi wewnętrznymi siłami. Na własne życzenie oddala się od rówieśników, z którymi może przebywać – niejednokrotnie to udowadnia. Wampiryzm to dla niego taka wymówka, wygodna ucieczka od życia. Miłość od pierwszego wejrzenia ostatecznie zmienia zachowanie wampira, ale dodajmy, iż zmiany postępują bardzo powoli. Przez to znów robi się schematycznie, bo wielka miłość wprowadza promyk nadziei do życia emo-krwiopijcy.
„Zmierzch” śmiało można nazwać filmem doby „High School Musical”, ale nie chciałbym by metaforę zrozumiano skrajnie pejoratywnie, bo nie o to mi chodzi. Chodzi o to, że to po prostu kolejne dziecko kultury masowej, które pogrywając na utartych schematach osiąga niesamowity kasowy i frekwencyjny sukces. I nie mówię, że pogrywanie na utartych schematach jest czymś karygodnym, bo w wielu kwestiach odnalezienie nieodkrytych meandrów konwencji jest nie lada wyzwaniem. Proszę jedynie o to, by w – nie oszukujmy się – najnormalniejszym filmie o młodzieńczej miłości nie doszukiwać się skarbnicy dogmatów.

Zauważmy raczej, iż zarzuty kierowane w stronę Meyer (dotyczące marysuizmu, czyli budowania fabuły przy użyciu znanych stereotypów i schematów) znajdują swoje pokrycie w filmowej rzeczywistości „Zmierzchu”. Mamy piękną, zagubioną i inteligentną dziewczynę, która rozkwita i dorasta dzięki miłości. Mamy młodzieńca, który nie potrafi odnaleźć swego miejsca w świecie (jak wiemy, do czasu), a jedynym novum jest to, iż młodzieniec należy do klanu wampirów. Mamy ojca, który nie potrafi znaleźć wspólnego języka z córką mimo tego, iż kocha ją nad życie. Mamy uczniów szkoły – niedorosłych chłopców straszących dziewczyny robakami zawieszonymi na końcu patyka oraz dziewczyny wzdychające na myśl o romantycznej miłości. Cała niedojrzała sceneria liceum w sposób prosty i oczywisty skontrastowana jest z poważnymi relacjami zachodzącymi na płaszczyźnie Isabella-Edward. Rzecz można, jeden wielki schemat podkolorowany nieśmiertelnym motywem wampirycznym.

Pomimo to film ogląda się naprawdę bezboleśnie i nie widzę powodu, by mieszać go z błotem i obrzucać fanów wyzwiskami. Nie uważam, iż osobnik dowolnej płci przyznający się do tego, że na „Zmierzchu” uronił łezkę, czy po prostu nie żałował zakupionego biletu ma być kimś o mentalności niedojrzałej dziewczynki wierzącej, że rycerz na białym koniu wybawi ją od beznadziejności otaczającego świata. A nawet jeśli, to choć raz zwróćmy uwagę na siłę banałów, bo i one bywają piękne. Nie można lekceważyć ich tak samo, jak nie można lekceważyć schematów i motywów, jeśli jeszcze nie wiecie dlaczego, to podpowiem – „Zmierzch” (na dzień dzisiejszy) zbliża się do 200 milionów dolarów zysku.

5/10


produkcja - USA, 2008
reżyseria - Catherine Hardwicke
scenariusz - Melissa Rosenberg
pierwowzór - "Zmierzch" Stephenie Meyer
zdjęcia - Eliot Davis
muzyka - Carter Burwell
scenografia - Dan Bishop
kostiumy - Wendy Chuck
czas projekcji - 122 minuty


Kristen Stewart
Robert Pattison
Anna Kendrick
Justin Chon
Cam Gigandet
Michael Welch


Isabella Swan
Edward Cullen
Jessica Stanley
Erick Yorkie
James
Mike Newton



Autor recenzji: Filip Jalowski - FIDEL | Klub Miłośników Filmu, 17 stycznia 2008

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | NAPISZ DO AUTORA