"Witamy w Robalowie!!!"

Ostatnimi czasy jesteśmy zasypywani filmami, w których
aktorzy są tylko dodatkiem do wygenerowanych w komputerze
niesamowitych postaci. W zasadzie potrzeba tylko szybkiego
komputera i na przykład Mela Gibsona - i już mamy wielki
hit z rewelacyjnymi efektami specjalnymi. Niestety - efekty
tworzone komputerowo utraciły gdzieś po drodze magię dawniej
używanych makiet, kukiełek, czy animacji "poklatkowej".
Bądźmy szczerzy; Jar Jar Binks z "Episode I" to totalna
pomyłka, a najlepsze efekty specjalne, to (cytując za
Robertem Zemeckisem) takie, których nie widać (doskonały
przykład to "Forrest Gump" czy "True Lies"). Jednak
w "Żołnierzach kosmosu" Paul Verhoeven dokonał przełomu,
bo choć film jest wciąż wyśmiewany za błachość scenariusza,
to jednego nie można mu odmówić. Chodzi w tym miejscu
o perfekcyjne połączenie postaci generowanych komputerowo,
z grą aktorów. "Żołnierze kosmosu" to przykład perfekcyjnego w formie, kina kosmicznej akcji, który
w warstwie wizualnej do dziś pozostaje jednym z najciekawszych SF jakie stworzono!
Dlaczego? - spytacie. Przecież 'poważni' znawcy
kina określają film Verhoevena mianem 'głupiego', 'płytkiego', nazbyt krwawego
i urągającego ekranowemu Science Fiction. "Żołnierze kosmosu" to przecież tylko ciągła
strzelanina, epatowanie przesadnym obrzydlistwem obcinanych kończyn
i źle dobrana obsada słodkowyglądających młodych aktorów. Co do samej fabuły
natomiast, zarzuty są najcięższe - walka z robakami w kosmosie? To brzmi jak
pomysł na tanie kino SF, a nie jak scenariusz poważnego, wysokobudżetowego filmu.
Żołnierze vs Przerośnięte robaki? Przecież na samą myśl o takim starciu, uśmiech
pojawia się na twarzy - niedorzeczny pomysł prawda? Prawda! O to właśnie Verhoevenowi
chodziło; o pójście pod prąd, gdy wszyscy naokoło silili się na intelektualne wędrówki
wgłąb kosmosu, reżyser postanowił wrócić do korzeni, i mając do wykorzystania wysoki
budżet, stworzyć nowatorskie, zrobione z niezwykłą lekkością, czysto rozrywkowe widowisko SF. Verhoeven postawił
wszystko na głowie - nasi bohaterowie to nie nakoksowani twardziele, tylko licealiści
wprost ze szkoły wstępujący do Wojska. Służba zapewnia Obywatelstwo - zachęca ich slogan
reklamowy, Wojsko finansuje Studia - nęci inny. Chłopcy i dziewczęta wyjęci żywcem z "Beverly
Hills 90210" z uśmiechem na twarzach podejmują szkolenie, gdzie uczą się wojskowej
rutyny i nagle Ci wkraczający w dorosłe życie ludzie, stają się pilotami kosmicznej floty i
żołnierzami Piechoty morskiej - jak się później okaże, skazanymi na najkrwawsze boje
z kosmicznym robactwem. Kobiety walczą ramię w ramię z mężczyznami - marzenie G.I. Jane staje się rzeczywistością ;)

Johnny Rico (Casper Van Dien) zakochany po uszy w Carmen Ibanez
(jedna z pierwszych ról Denise Richards) postanawia wzorem
ukochanej wstąpić do wojska i walczyć przeciwko robalom.
Jako, że wyniki w nauce Rico miał nietęgie, siłą rzeczy
zostaje żołnierzem piechoty morskiej, czyli jako mięso
armatnie będzie walczył z robalami w full-kontakcie, na polu bitwy. W tym
samym czasie, gdy Rico przechodzi twardą szkołę życia,
Ibanez pnie się w górę po szczeblach kariery pilota,
a najlepszy przyjaciel Rico zostaje ekspertem w dziedzinie
badania psychiki (!) robali. Przez jęki zabitych, w takt
serii z karabinów, w krwawej scenerii obcinanych przez
robale kończyn i rozszarpywanych ciał młodych żołnierzy,
śledzimy losy naszych bohaterów, wśród których znajdzie
się również miejsce na miłość, zazdrość i prywatne tragedie.
Wszystko to, zostało niesamowicie zainscenizowane, bezbłędnie
sfilmowane, zagrane i jako całość jest "bardzo smacznym
kąskiem", nie tylko dla robala ;)

Robale... czemu właśnie taki przeciwnik? Przecież scena w której
z odwłoka gigantycznego robaka wystrzeliwany jest błękitny, potężny ładunek - niemal śmieszy.
Także cały konfikt ludzkości z kosmicznym robactwem zalatuje kiczem...
Ale dalszy rozwój wypadków nie daje widzowi szans na wyśmiewanie filmu - oto bowiem
Verhoeven ze śmiertelną powagą prowadzi swoich żołnierzy na rzeź, gdzie nogi, ręce i ludzkie
korpusy latają przed kamerą rzucane przez rozszalałe robale. To jeden z największych
paradoksów w kinie; wszystko jest w filmie i w bohaterach ustawione tak, że ostatnią rzeczą
jakiej spodziewa się widz, będzie rozerwanie jego ulubionej postaci na strzępy.
Tak więc mimo powierzchownej prostoty i naiwności scenariusza i filmowej rzeczywistości,
dajemy się wciągnąć w tę krwawą wojnę, a w rezultacie zaczynamy wszystko traktować...
poważnie. Pomaga w tym z pewnością lekko faszystowski posmak szkolenia i takiż wygląd mundurów,
oraz powaga serwisów informacyjnych donoszących o wojennych działaniach naszych bohaterów i pietyzm
świata przedstawionego; uzbrojenie, pojazdy, ideologie, wszędobylska propaganda, epicki rozmach bitwy z robalami itp.
Efekty specjalne w "Żołnierzach kosmosu" to już prawdziwy majstersztyk, który uwiarygadnia całą
fabułę, a pompatyczna i podniosła muzyka dodaje filmowi dosadnej, ale nie nachalnej nuty patosu.
Powstał dzięki temu film z dużym przymrużeniem
oka, który opowiada historię pół-żartem, pół-serio, ale na pewno stanowi doskonały przykład jednego
z najlepszych SF ostatnich lat! Może w niewielkim stopniu są "Żołnierze kosmosu" zabawą
konwencją, ale kto by się tym przejmował, skoro można film Verhoevena oglądać wiele
razy, i zawsze z taką samą frajdą patrzeć, jak Rico z ekipą faszerują kosmiczne ścierwo
seriami z karabinów maszynowych, przy wtórze genialnej muzyki Basila Poledourisa!

Tytuł oryginalny: Starship troopers
Tytuł polski: Żołnierze kosmosu
Reżyseria: Paul Verhoeven
Muzyka: Basil Poledouris
Występują:
Casper Van Dien,
Denise Richards,
Michael Ironside
Dina Meyer,
Jake Busey
Czas trwania: 115 minut
AUTOR RECENZJI:
Rafał Donica - DUX