STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE

Zombie w drodze

Główną zasadą niemal wszystkich filmów o żywych trupach jest to, że akcja dzieje się w jednym, jasno (i najczęściej ciasno) określonym miejscu. Opuszczony dom w „Nocy żywych trupów”, kopalnia w „Dniu...”, centrum handlowe w obydwu wersjach „Świtu...”, miasteczko w „Powrocie żywych trupów”, miasto w „Ziemi żywych trupów” czy w końcu podziemna baza w „Resident Evil” i budynek w „[REC]”, które to filmy śmiało można podciągnąć pod formułę zombie-movie. Wszystko w określonej, zamkniętej przestrzeni. I oto przed nami pierwszy w historii filmowych zombie, film drogi! Można wręcz uznać „Zombieland” za plagiat „W krzywym zwierciadle: Wakacje”, bo kręgosłupem fabuły jest... podróż do wesołego miasteczka, które, podobnie jak w komedii z Chavy Chase’em, okaże się zamknięte i zostanie uruchomione dopiero przez bohaterów.

W zasadzie cały „Zombieland” okazuje się nieco wtórny. Sprintujące zombiaki mieliśmy już w remake’u „Świtu żywych trupów” czy choćby w „28 dni później”, więc dynamicznie pomykające żywe trupy z filmu Rubena Fleischera to żadna nowość, a raczej kontynuacja modelu szybkiego zombie, który, jeśli nie chce znudzić współczesnego zjadacza popcornu, nie powinien już być powolną kreaturą. Z bólem w sercu przyznaję, że mimo zadatków na nowatorskie (o czym za chwilę) i luzackie spojrzenie (o tym też za chwilę) spojrzenie na formułę zombie-movies, „Zombieland” nie wykorzystał w pełni swojej szansy. W ogólnym rozrachunku okazuje się bowiem kolejnym przeciętniakiem, nie potrafiącym stawić czoła takim perełkom gatunku jak „Świt żywych trupów” Snydera czy „Wysyp żywych trupów” Wrighta, który w genialny sposób pomieszał komedię i wolno człapiące zombiaki, zadając kłam twierdzeniu, jakoby dzisiejszy widz miał się nudzić oglądając mozolnie człapiące trupy.
Co więc oferuje nam „Zombieland”, czego jeszcze nie widzieliśmy? Pomyślmy... <br>
Film rozpoczyna się iście hitchcockowskim trzęsieniem ziemi. Oto w prologu oglądamy świat po zombie-apokalipsie, gdzie niedobitki ludzkości przystosowały się do współistnienia z żywymi trupami obok. Patent ten już kiedyś widzieliśmy – „Ziemia żywych trupów” Romero się kłania. Żeby jednak nie być zbyt srogim dla „Zombielandu”, stwierdzam bez cienia wątpliwości, że tak dobrego i tak klimatycznego prologu nie widziałem od „Świtu...” Snydera i przyznaję, że ów prolog niesamowicie zaostrzył mi apetyt na dalszą część filmu. W dodatku, po prologu nadeszła czołówka, która dosłownie zwaliła mnie z nóg: ujęcia plujących krwią zombie, uciekających ludzi, płonących ludzi itd. pokazane zostały w slow-motion z taką wizualną maestrią, że zacząłem się bać, czy aby twórcy w pierwszych minutach filmu nie stawiają sobie poprzeczki zbyt wysoko i czy starczy im pary na resztę filmu. I wreszcie trzecia rzecz, za którą „Zombielandowi” należy się pochwała, czyli interaktywne napisy towarzyszące nam przez cały film (choć pod koniec wydają się być wstawiane już nieco na siłę). Te interaktywne napisy to punkty z kodeksu głównego bohatera „Jak przeżyć w Zombielandzie”, co samo w sobie było świetnym pomysłem, wyświetlane na ekranie i „reagujące” na to, co akurat się dzieje. Wszystko to, o czym przed chwilą napisałem, przedstawione zostaje nam w ciągu pierwszych dziesięciu minut filmu. I to jest największą bolączką „Zombielandu”, bo reżyser wystrzelał się z armaty na samym początku, by później przejść na karabin, a całą opowieść skończyć serią z kapiszonów.

Im dalej w film, tym mniej zombiaków, chwilami zapominamy, że to w ogóle opowieść o zombie, choć tytuł „Zombieland” i genialny prolog obiecywały znacznie szersze ukazanie zjawiska. Gdy po 20 minutach seansu jakiś zombiak wyskakuje jak potwór z szafy, zaczyna nam wręcz coś zgrzytać, że w filmie drogi opartym na dialogu i relacjach między postaciami nagle pojawia się jakiś żywy trup. Najbardziej szkoda mi jednak zakończenia. Czekałem na finałową rzeźnię w stylu „Martwicy mózgu”, w której żywe trupy latałyby po ekranie jak mięso armatnie, a dostałem kilka wygibasów w wesołym miasteczku, nie mające nic wspólnego z pełnokrwistą nawalanką, jakiej się spodziewałem. Twórcy filmu odważnie sobie poczynali w środkowej części filmu, wkładając w ręce 12-letniej dziewczynki broń i pozwalając jej strzelać, tym większe było moje zdziwienie, że w finale nie odważyli się na „mocniej” i „więcej”, oferując nam nudnawe i szablonowe zwieńczenie całej opowieści.
Jakość filmu podnosi z pewnością kreacja Woody’ego Harrelsona, którego nieco tragiczny, nadpobudliwy bohater, twardziel o gołębim sercu, intryguje i przykuwa do ekranu. Harrelson z błyskiem w oku upaja się zabijaniem zombie, traktując ich ekstermincję jak konkurs na najbardziej widowiskowe ubicie żywego trupa. Przebiera w różnych rodzajach broni i pomysłach na załatwienie kolejnych umarlaków, tworząc bardzo wyrazistą postać łowcy zombie, bardzo wyluzowanego i niebezpiecznego jak granat bez zawleczki. Także dość nieoczekiwany, zabawnie poprowadzony i tragikomicznie zakończony epizod Billa Murraya wart jest zapamiętania. Znajdziemy też w „Zombieland” kilka pomysłowych i widowiskowo zainscenizowanych „śmierci” żywych trupów, trochę humoru ze sceną z „odjazdem na motorze” na czele oraz sympatyczne nawiązanie do „Za garść dolarów więcej”, w postaci motywu muzycznego podczas pierwszego spotkania głównych bohaterów, gdy celują do siebie ze strzelb.

Nie jest „Zombieland” filmem złym czy słabym, bo ogląda się go całkiem przyjemnie i bezboleśnie, co jest też zasługą niezbyt długiego czasu trwania – niecałe 90 minut. Można też śmiało „Zombieland” uznać za udany debiut kinowy Rubena Fleischera, z kilkoma błyskotliwymi, choć niestety niewykorzystanymi w pełni, patentami. Wracając jednak do początkowego trzęsienia ziemi, szkoda, że twórcy nie poszli za ciosem i zamiast po wgniatającym w fotel początku zwiększać stopniowo napięcie i pokazywać nam coraz mocniejsze „kataklizmy”, zaoferowali nam coś w stylu sprzątania po trzęsieniu ziemi, i za to właśnie rozczarowanie, oceniam „Zombieland” jedynie na...

6/10

ZOMBIELAND

Tytuł międzynarodowy: Zombieland
Czas trwania: 88 minut
Rok produkcji: 2009, USA

Reżyseria: Ruben Fleischer
Scenariusz: Rhett Reese, Paul Wernick
Zdjęcia: Michael Bonvillain

Wystąpili:
Jesse Eisenberg (Columbus)
Woody Harrelson (Tallahassee)
Emma Stone (Wichita)
Abigali Breslin (Little Rock)

Autor recenzji: Rafał Donica - DUX
Obróbka HTML: Filip Jalowski - FIDEL
Klub Miłośników Filmu, 18 grudnia 2009

STRONA GŁÓWNA      RECENZJE | ANALIZY | ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE