W amerykańskiej mitologii istnieje coś, co
można by określić jako motyw „od zera do bohatera”. Ma niezliczoną ilość
i różnorodność odmian, przecinających się z praktycznie każdą dziedziną
życia w Nowym Świecie. Jedną z takich odmian jest ‘wersja szkolna’, w
której to mamy nieudacznika, który jest człowiekiem dobrym, miłym i
uczciwym, ale ciągle wyśmiewanym przez innych (preferowani są bezmózgowi
gwiazdorzy szkolnego sportu, a przede wszystkim futbolu amerykańskiego -
czyli rugby). I generalnie nie wyśmiewany jedynie za bycie
nieudacznikiem (którym tak naprawdę to nie jest, ale to zaraz), lecz
także za to, z kim się przyjaźni, czym się interesuje, a także jak
wygląda, bo trzeba dodać, że nasz nieudacznik prawie zawsze ma problemy
z otyłością. Generalnie ma chłopak przewalone i to nie tylko z powodu
tegoż wyśmiewania, lecz także dlatego, że sam powoli zaczyna wierzyć w
to, co zewsząd słyszy. Wspomniany wcześniej mit objawia się po
kilku(nastu) latach od ukończenia szkoły, kiedy to nasz nieudacznik, już
teraz człowiek sukcesu o sylwetce osy, przypadkiem trafia z powrotem do
mieściny, gdzie przeżył największe upokorzenia (bo pasuje też dodać, że
szkoła nieudacznika znajduje się wielokrotnie w jakiejś małej mieścinie
lub dalekich przedmieściach wielkich miast). Odwiedza rodzinę i odnawia
kontakty z kumplami. Spotyka wszystkie te wspaniałości świata
przeszłości albo zapijaczone, albo z trudem wiążące koniec z końcem.
Zemsta idealna – pokazać im jak on, ten tak wykpiwany cienias, wybił się
i zmienił, podczas gdy tamci życie zaprzepaścili. Mit też idealny, bo
pokazuje, że wszystko jest możliwe, jeśli się tylko chce, oraz że trzeba
zawsze pozostać sobą, a także daje nadzieję wszystkim poniewieranym
dzieciakom, które, tak jak nasz nieudacznik, męczą się w swojej szkole.
Jednym słowem typowy amerykański mit. W filmie „Just Friends” Amerykanie
po raz kolejny mierzą się ze swoją ukochaną mitologią, lecz tym razem
dodają do niej kilka nowych elementów.
|
 |
 |
Tym razem Roger Kumble („Szkoła Uwodzenia”)
próbuje swoich sił w starciu z tym zakorzenionym głęboko w amerykańskiej
kulturze mitem, a że facet miał zawsze ambicje na coś więcej, to
postanowił się przy okazji przyjrzeć z pewnego dystansu związkom
damsko-męskim oraz szkolnym stereotypom. A co najlepsze, wszystko to
robi z dużym przymrużeniem oka i odrobiną ironii. Naszym nieudacznikiem
jest więc tutaj Chris Brander czyli Ryan Reynolds, dość charyzmatyczny
aktor młodego pokolenia znany z przebojowych ról komediowych („Van
Wilder”) i, co warto nadmienić, o nienagannej sylwetce. We wstępie
dostajemy go więc ucharakteryzowanego na poczciwego grubaska, pełnego
marzeń, złudzeń i nadziei, który dodatkowo kocha się w swojej
wieloletniej przyjaciółce Jamie - szkolnej gwieździe (kolejna część mitu
to znajomość lub chęć poznania najpopularniejszej dziewczyny w szkole),
czyli pasującej do tej roli idealnie, ładniutkiej Amy Smart. Ból w tym,
że Jamie traktuje go jak brata i umawia się z innymi. Na jednej z
pożegnalnych imprez, Chris decyduje się w dość wymyślny sposób wyznać
swoje uczucia, lecz przypadkowo to, co miała przeczytać ona, zostaje
wyrecytowane przed wszystkimi zgromadzonymi – gorszego upokorzenia być
nie może i nasz nieudacznik ucieka zapłakany do domu. Potem wyjeżdża bez
pożegnania z przedmieść New Jersey (bo tam właśnie zamieszkiwał) do
Nowego Jorku...
10 lat później widzimy go jako uosobienie bogactwa, klasy i popularności
– pracuje w dużej firmie fonograficznej, ma masę pieniędzy i znajomości,
a każda kobieta chce znajdować się u jego boku. Generalnie spełniony sen
dla poczciwego, zakompleksionego grubaska, którego widzieliśmy chwilę
wcześniej. Poświęcenie? Chris odseparował się od rodziny i w domu nie
przebywa, z przyjaciółmi ze szkolnej ławy kontaktów nie utrzymuje, a
Jamie wyrzucił z pamięci. Jednakże los zgotuje mu niedługo perfidnego
figla. Pod naciskiem szefa, musi namówić na podpisanie kontraktu będącą
na topie pop-gwiazdkę, która krótko mówiąc jest na niego napalona. Gra
ją Anna Faris, młoda aktorka znana u nas głównie ze „Strasznych filmów”.
Nie byłby to mój pierwszy wybór do roli idolki nastolatków, a jednak
Kumble miał nosa i aktorka sprawdza się świetnie w roli, która okazuje
się iście genialną parodią. Wracając do głównego wątku, Chris i Samantha
(Faris) lecąc do Paryża mają mały wypadek i ich samolot ląduje... no
gdzie ląduje? W New Jersey! Pozostaje więc tylko czekać na wypełnienie
wszystkich luk naszego mitu-szablonu i tak też się staje. Chris wraca do
domu, spotyka starych przyjaciół szczęśliwych, wrogów przegranych i
umawia się z Jamie na lunch. Wydaje się, że wszystko idzie zgodnie ze
schematem? Zonk! Jednak nie, bo jak napisałem wcześniej, Kumble to
reżyser z inicjatywą i postanowił się mitem zabawić, przekręcić go i
popatrzeć na niego w krzywym zwierciadle.
|
 |
 |
I tak Chrisa nie ponoszą żadne romantyczne
uniesienia, on po prostu chce się najnormalniej w świecie z Jamie
przespać, aby zemścić się za wszystkie te lata, kiedy musiał być ‘tylko
przyjacielem’. Sadystyczna przyjemność z oferowanej mu przez los zemsty
na szkolnych oprawcach zdaje się go w ogóle nie obchodzić – on nimi
pogardza. Co więcej, Kumble bawi się stereotypem głównego bohatera i
robi z niego zapatrzonego w siebie narcyza-playboya, któremu daleko do
uwielbianego niegdyś przez Jamie Chrisa. ‘Nowy’ Brander wyznaje pewną
teorię o tzw. ‘przyjacielskiej strefie’, czyli krótko mówiąc – kiedy
zejdziesz z dziewczyną na przyjacielskie stosunki, to jesteś bracie
przegrany i nie jawisz się jej już w kategoriach seksualnych. Wydaje
się, że Kumble z Reynoldsem świetnie się bawią, ale to jeszcze nie
koniec! W zasadzie od momentu, kiedy Chris rozpoczyna wprowadzanie
swojego niecnego planu w życie, zaczyna się zabawa momentami iście
apokaliptyczna, bo Chris robi wszystko co tylko można źle, zraża do
siebie wszystkich i skonfrontowany ze swoją przeszłością przegrywa dosyć
drastycznie. Zabawa trwa w najlepsze i osiąga punkt kulminacyjny w
postaci Samanthy, która to po prostu jest żywą kpiną z wszelkich Britney,
Paris i innych tego typu ‘gwiazdek’. Rola całkowicie przeszarżowana, a
zarazem w konstrukcji prosta jak budowa cepa; zlepek wszystkich
najgłupszych cech sezonowych skandalistek, sprowadzony do jednej
postaci: krzykliwej, piskliwej, zadufanej w sobie i po prostu głupiej. A
dodatkowo to niezła szydera z przemysłu muzycznego, promującego
największe szmiry (piosenka Samanthy o przebaczaniu) i maksymalnie
głupie ślicznotki, żeby tylko zarobić. Karykatura moim skromnym zdaniem
idealna.
A jednak to wszystko, te motywy i motywiki, to tylko drugie dno, bo to w
końcu przede wszystkim komedia romantyczna (z naciskiem na ‘komedia’),
może trochę nietypowa, ale jednak. A może ‘aż’ drugie dno, bo mnie na
przykład zainteresowało na równi z popisami niekwestionowanej gwiazdy
filmu – Reynoldsa, który swoją drogą przechodzi miejscami samego siebie
i sam w sobie stanowi wystarczającą atrakcję obrazu Kumble’a. Satyrą
więc tego nazwać się nie da, bo i nie taki był zamysł reżysera. Chodziło
przede wszystkim o zabawienie widza i to się jak najbardziej udaje.
Wszelkie stereotypy, mity i karykatury, pokazane pod komediową
przykrywką, są tu po prostu atrakcyjnym bonusem. Należy dodać, że
bonusem świetnie pomyślanym i wykonanym. Szkoda jedynie, że już na
ostatnie pół godziny trochę jakby zabrakło pomysłu i wyszło już bardziej
komediowo-mdło, jednak za wcześniejszą, brawurowo poprowadzoną część
można film „Zostańmy przyjaciółmi” jedynie chwalić. Za to ten film
uznaję właśnie dobrym, na tyle dobrym, że wartym polecenia... każdemu,
bo i każdy coś tu znajdzie dla siebie. Jeśli już nie komediowe wariacje,
czy inteligentne szyderstwo, to chociażby dosyć nostalgiczny powrót do
szkolnej przeszłości. I chociaż w Polsce lata szkolne wyglądają nieco
inaczej niż za Wielką Wodą, to myślę, że każdy pretekst dla powrotu do
wspomnień jest dobry.
|
 |
 |
Pomimo tego, że morały zawarte w filmie
mogą wydawać się miejscami mało strawne, to są o tyle dobrze zamaskowane
niezłą reżyserią i celnym doborem aktorów, że nie zwraca się na nie
uwagi przed końcówką, która automatycznie musi być podana według pewnych
zasad rządzących amerykańskim kinem rozrywkowym. Film „Zostańmy
przyjaciółmi” nie wybija się w zasadzie niczym niezwykłym, nawet jeśli
wziąć pod uwagę opisane powyżej aspekty. Skonstruowany jest na schemacie
używanym pod wieloma postaciami od lat, tylko trochę uatrakcyjnionym i
cieszącym warstwą wizualną i dialogową. Tak więc czy warto się z nim
zapoznać? Jak najbardziej, bo jest dobrze wyważonym, inteligentnym
produktem i jako półtorej godziny bezkompromisowej rozrywki sprawdza się
wyśmienicie. A na dodatek jest naprawdę śmieszny (co w dzisiejszych
czasach nie jest aż takie oczywiste, jeżeli chodzi o komedie) i oferuje
kilka celnych komentarzy. Czego więcej chcieć? Mit pozostaje
niezmieniony. Natomiast my możemy rozkoszować się dobrą zabawą, jaką nam
zaoferował Roger Kumble wraz z obsadą. Całkiem nieźle jak na komedie
romantyczną.
 |
Tytuł oryginalny –
"Just Friends"
Tytuł polski- "Zostańmy przyjaciółmi"
Czas trwania: 96 minut
Produkcja: U.S.A./Kanada
Reżyseria: Roger Kumble
Scenariusz: Adam ‘Tex’ Davis
Muzyka: Jeff Cardoni
Zdjęcia: Anthony B. Richmond
Montaż: Jeff Freeman
Obsada:
Ryan Reynolds – Chris Brander
Amy Smart – Jamie Palamino
Anna Faris – Samantha James
Chris Klein – Dusty Dinkleman
Chris Marquette – Mike Brander
Klub
Miłośników Filmu | 27 X 2006 |
|
| Autor recenzji:
Darek Kuźma - BEOWULF |