Polska rzeczywistość i lokalny, drapieżny kapitalizm są wciąż tematami zbyt mało eksploatowanymi komediowo, choć właśnie w swojej skarlałej, przaśnej, środkowoeuropejskiej wersji wydają się wręcz stworzone do tego, by je niemiłosiernie obśmiewać. Próbował z nikłym rezultatem zrobić to Juliusz Machulski w "Pieniądze to nie wszystko", ale to jeden z nielicznych przykładów podjęcia tematyki, której obrzeża jawią się naszym fachowcom od branży filmowej raczej jako osnowa dla komedii gangsterskich ewentualnie prób dramatycznych. Tymczasem Piotr Wereśniak, współtwórca "Kilera", reżyser "Stacji" i "Zakochanych" zabrał się do kwestii od drugiej niejako strony. Na podstawie sztuki Marka Rębacza "Dwie morgi utrapienia" zrobił lekką komedię, która - nie ukrywajmy - moralizując odrobinę, stawia nuworyszowskie dążenie do kasy za wszelką cenę przeciw chłopskiemu sprytowi i życiowemu doświadczeniu.
Maniek Kosela (Andrzej Grabowski) wraz z żoną (Joanna Żółkowska) jest posiadaczem tytułowych dwóch mórg pola, na którym prowadzi produkcję pomidorów. Samo w sobie nie byłoby to niczym dziwnym, gdyby nie fakt, że morgi owe znajdują się w centrum miasta stołecznego Warszawy i są "najgorętszym" w całym mieście kawałkiem nieruchomości wartym kilka milionów zielonych papierków. Maniek ma dwójkę "miastowych" dzieci (Małgorzata Kożuchowska, Paweł Deląg), które nie chcą mieć nic wspólnego z gospodarstwem ojca póki nie "przyciśnie" ich pewien bardziej przedsiębiorczy grecki "biznesmen" postanawiający wykorzystać rodzinne układy, by uzyskać dostęp do bezcennego kawałka gruntu.
Pretensjonalne, powiedziałby ktoś. Kolejna opowiastka wychwalająca trud ciężkiej pracy chłopa nad miejskie brakoróbstwo. PSL - owska agitka, krzyknie kto inny. Zgoda, film Wereśniaka nie jest wolny od moralizatorstwa, podkreśla przywiązanie do ziemi, krytykuje płytkie dążenie do pieniędzy kosztem rodzinnego dziedzictwa. Spójrzmy jednak z jaki sposób to robi. To nie film propagandowy, ale lekka, pogodna komedia, którą ogląda się z przyjemnością znacznie większą niż wszystko, co widzimy na polskich ekranach od lat, z wyjątkiem może komedii Juliusza Machulskiego i duetu Konecki - Saramonowicz. I tak należy do niego podchodzić. Jeżeli szukacie społecznie zaangażowanego dzieła z tezą lub linią programową, zapomnijcie o "Zróbmy sobie wnuka". Jeżeli natomiast oczekujecie pogodnej, bezpretensjonalnej satyry na dzisiejsze czasy, zabawnego komentarza do stosunków miasto - wieś, to na filmie Wereśniaka będziecie się bawić dobrze.
Nie oznacza to oczywiście, że twórcy ustrzegli się błędów. Nie wszystko gra tutaj tak, jak byśmy chcieli. Jest kilka nietrafionych dowcipów (szczególnie jeden policyjny), parę scenariuszowych mielizn i potknięć, które powodują, że nie zawsze rozumiemy motywacje bohaterów. Pod względem aktorskim natomiast, "Zróbmy sobie wnuka" to w zasadzie koncert na jedne skrzypce, a smyczek trzyma Andrzej Grabowski. Maniek Kosela w jego wykonaniu to prawdziwy chłop o złotym sercu, który zawsze jednak dopina swego. Oprócz Grabowskiego warto zwrócić uwagę w szczególności na Joannę Żółkowska i Kasię Bujakiewicz, która aż się prosi o jakąś dużą rolę filmową.
"Zróbmy sobie wnuka" to pierwszy film w reżyserii Piotra Wereśniaka, jaki miałem okazję zobaczyć i choć bez wątpienia nie jest on doskonały, to daje nadzieję, że do bardzo nielicznego grona zdolnych polskich twórców komediowych dołączy jeszcze jeden.
AUTOR RECENZJI:
Edward Kelley - KELLEY