Strona główna KMF
        
"Problem z "Życiem, którego nie było" (oryginalny tytuł "The Forgotten", do którego polski ma się jak pięść do nosa) nie polega na tym, że to film zły. Nie. To film średni. Większe bzdety widziałem. Ale nic nie denerwuje mnie tak, jak znakomity pomysł rozgnieciony brutalnie buciorami mało inteligentnych producentów i reżyserów, którzy nie potrafili zrozumieć, że widz być może ma te 110 IQ i w pewne trudno strawne kiczowate motywy nie uwierzy...

A "Życie..." stanowi idealny przykład filmu, który mógł być jeżeli nie znakomity, to przynajmniej bardzo dobry, a stał się ŚREDNI. Sama historia, zainspirowana snem scenarzysty Geralda Di Pego, jest co najmniej intrygująca. Główna bohaterka, Telly, przez 14 miesięcy opłakuje stratę swojego dziesięcioletniego synka Sama, który zginął w katastrofie lotniczej, gdy nagle okazuje się, że ów syn prawdopodobnie nigdy nie istniał i jest tylko wytworem jej chorej wyobraźni. Wszystkie pamiątki, kasety i zdjęcia znikają w ciągu jednego dnia, a psychiatra Telly oświadcza, że cierpi ona na poważną chorobę psychiczną...
 

Pierwsze pół godziny filmu jest dobre. Naprawdę. Wolne, pięknie pokazane, nie genialnie, ale udanie podszyte muzyką Jamesa Hornera. Wszystko zwiastuje głęboki, mroczny film, instygujący utwór z drugim dnem, trzymający w napięciu thriller stawiający mnóstwo pytań. Ale reżyser Joseph Ruben idzie na łatwiznę. Zamiast kontynuować psychologiczny dramat o kobiecie, która odkrywa, że jej ukochane dziecko nigdy nie istniało, skręca gwałtownie, a widz spostrzega, że zwyczajnie zrobiono go w konia. Ja osobiście zupełnie tego nie rozumiem - gdyby pan Ruben tak kochał efekty specjalne, wziąłby się za ekranizację jakiegoś komiksu, a skoro pojawiają się one tylko chwilami, są zupełnie chybione i gwałcą atmosferę filmu... no to już nie wiem co skłoniło twórców do tak fatalnej zmiany gatunku. Telly spotyka Asha, mężczyznę będącego w takiej samej sytuacji jak ona, i wtedy rozpoczyna się koszmar (i dla nich, i dla nas, tylko że w różny sposób) - mają miejsce niewytłumaczalne zjawiska, ścigają ich agenci bezpieczeństwa, pojawia się mężczyzna, którego nie można zranić. I co? I nic. Atmosfera grozy może i jest, serce parę razy mi podskoczyło, ale to chyba tylko ze względu na przerwaną gwałtownie ciszę... "Życie, którego nie było" zamienia się w nieefektowną jatkę bez znaczenia... Przepraszam, chyba popełniłem błąd. Gdyby była to jatka, to przynajmniej byłoby na co patrzeć. Ale tu nawet bitki specjalnej nie ma - ostatnie pół godziny to nudnawe, miałkie i zupełnie nielogiczne wytłumaczenie wszystkich nadprzyrodzonych zjawisk (oprócz, rzecz jasna, uprowadzenia Sama)... A więc, podsumowując, zapowiadający się znakomicie thriller kończy jako horror sf... a i to chyba nie do końca.

No, ale przynajmniej oprawa całej historii jest ładna. Na uwagę zasługują przede wszystkim aktorzy, a tak konkretniej to Julianne Moore - jej gra jest subtelna, ale wyraźna, nadaje dramatyzmu i dynamiki całej historii. Zgrabnym partnerem okazuje się Dominic West, jednak tak czy inaczej jego rola jest... no, dobrze, może nie zbędna, ale trochę niepotrzebnie rozbudowana (ale i tu pojawia się jasny punkt opowieści: fakt, że Telly i Ash nie wskakują do wyra, dowodzi, że w głowie scenarzysty nie sama żądza efektów siedzi ;-))... Pozostali bohaterowie pojawiają się jedynie chwilami i, łącznie z psychiatrą granym przez Gary'ego Sinise'a (nominacja do Oscara za pamiętną rolę porucznika Dana w "Forreście Gumpie"), dość bezbarwni, choć raczej nie przeszkadzają. Dobre są też zdjęcia Anastasa Michosa i, o czym już pisałem, muzyka Jamesa Hornera. Także w scenografii - przestrzennych mieszkaniach i wielkich halach lotniska - jest coś intrygującego, coś, co daje jednak "Życiu..." pewien mroczny klimat...

Ale to nie wystarczy, bo przecież podstawą filmu jest SCENARIUSZ i nawet znakomity pomysł nie ratuje filmu przed klapą, jeżeli nad scriptem zasiądzie niewłaściwa osoba, a jej wypociny zostaną dodatkowo zupełnie zniszczone przez niewłaściwego reżysera za kamerą. Piękna jest w "Życiu..." ramka, znakomita postać na środku zdjęcia - lecz co z tego, skoro fotografia prześwietlona...?

THE FORGOTTEN

USA 2004

reżyseria - Joseph Ruben
scenariusz - Gerald Di Pego
zdjęcia - Anastas Michos
muzyka - James Horner

występują:

Julianne Moore
Dominic West
Gary Sinise
Anthony Edwards
Alfre Woodard
i inni

 

e-mail
 Autor recenzji: Maciek Kukowski - KAKAPO


Klub Miłośników Filmu, 04.11.2004