MR. DEEDS GOES TO TOWN

(Pan z Milionami)
MR. DEEDS

(Mr. Deeds - Milioner z Przypadku)
Rok produkcji:
1936

Kraj:
USA

Reżyseria:
Frank Capra

Scenariusz:
Robert Riskin
  Rok produkcji:
2002

Kraj:
USA

Reżyseria:
Steven Brill

Scenariusz:
Tim Herlihy
Longfellow Deeds to przeciętny Amerykanin. Żyje sobie spokojnie w małym miasteczku Mandrake Falls nie niepokojony przez nikogo. Ma wszelkie powody by być zadowolonym z życia; ma wszystko, czego potrzebuje i choć nigdy w życiu nie postawił stopy poza rodzinnym miastem, to taki żywot mu bardzo odpowiada i za nic nie chciałby go zmieniać. Jednym zdaniem: człowiek zwyczajny, niczym się tak naprawdę nie wyróżniający, szczęśliwy z tym, co ma - Deeds stanowi ucieleśnienie ideału amerykańskiego obywatela. I tak by sobie egzystował w spokoju, gdyby nie śmierć pewnego bogacza, który okazuje się być jego wujkiem. Rozpoczyna to serię niekontrolowanych wydarzeń, które zaniosą Deedsa do Nowego Jorku, wystawią na próbę jego przekonania i zasady, rzucą w ramiona kobiety, która początkowo będzie chciała wykorzystać go jako przedmiot artykułu, by później się w nim zakochać, wywołają całą lawinę kontrowersji, zapoczątkują masę zmian oraz, ostatecznie, zmienią sposób postrzegania wielu ludzi na drugiego człowieka.


Longfellow Deeds (Gary Cooper)




Louise 'Babe' Bennett (Jean Arthur)




John Cedar (Douglass Dumbrille)




MacWade (George Bancroft)




Lokaj Walter (Raymond Walburn)
 

Longfellow Deeds (Adam Sandler)




Babe Bennett (Winona Ryder)




Chuck Cedar (Peter Gallagher)




Mac McGrath (Jared Harris)




Lokaj Emilio (John Turturro)
Martin W. Semple, działacz społeczny, wujek Deedsa, umiera w wypadku samochodowym we Włoszech - jego samochód wypada z trasy i stacza się w przepaść.   Preston Blake, miliarder, właściciel Blake Broadcasting Media, wujek Deedsa, umiera... zamarzając na szczycie Mt. Everest. Nie jest to na szczęście problemem dla służb ratowniczych, które ściągają zlodowacone zwłoki ze szczytu za pomocą helikoptera... Jedno z wielu absurdalnych przegięć w remake'u.


Deeds dziedziczy 20 milionów dolarów.   Deeds dziedziczy 40 miliardów dolarów oraz globalne imperium medialne. Swoją drogą warto w tym momencie wspomnieć o pewnym ciekawym aspekcie remake'u. Otóż, film Sandlera, na ile świadomie nie potrafię powiedzieć, potężnie szydzi z mediów, zarówno tych tabloidalnych, których przedstawiciele posuną się do iście bondowskiego skoku na spadochronie z wieżowca, żeby tylko zdobyć jedno zdjęcie (prześmieszna scena!), jak i tych poważnych, których dziennikarze to u Brilla i Sandlera przeintelektualizowane snoby. W oryginale media (gazety, gdyż telewizji jeszcze wtedy nie było) dostały swoją porcję krytyki za malowanie wizerunku dobrego człowieka w krzywym zwierciadle przeinaczanych faktów, lecz była to bardziej reprymenda, niż jakieś ogromne oskarżenie. A w remake'u zostało to podniesione do potęgi, szkoda tylko, że sam cel tego zabiegu, jeśli takowy istniał, został stłamszony przez rubaszne żarty i absurdalne wręcz wyolbrzymienie.


Deeds mieszka w Madrake Falls w stanie Vermont.   Deeds zamieszkuje w Mandrake Falls w stanie New Hampshire. Nie mam pojęcia po co ta zmiana...


Deeds pisze poezję na okazyjnych kartkach pocztowych. Jego wiersze są sentymentalne i inteligentnie rymowane, nawet jeśli proste, to ładne i napisane z pomysłem oraz uczuciem.   Deeds również tworzy poezję, ale trochę mniej wyrafinowaną, opierającą się na rymach częstochowskich, które mógłby wymyślić co inteligentniejszy przedszkolak. Przy okazji stara się sprzedać swoje 'dzieła' do firmy zajmującej się produkcją takich kartek. Na końcu nawet mu to się udaje.


John Cedar, ostatecznie największy przeciwnik Deedsa, to cyniczny prawnik z firmy Cedar, Cedar, Cedar i Buddington.   Chuck Cedar to dyrektor generalny Blake Broadcasting Media, za czasów wujka Deedsa pomagał mu w zarządzaniu firmą. Generalnie zainteresowany jedynie pieniędzmi, trochę bezpłciowy jako przeciwnik.


Deedsa fascynuje gra na puzonie. Już później, pod koniec filmu, na sali sądowej, wyjaśnia, że pozwala mu się to skupić tak, jak niektórym w skupieniu pomaga bazgrolenie na kartce papieru. Deeds nie martwi się, co zrobi z taką górą pieniędzy, tylko tym, co zrobi bez niego miejscowa orkiestra. Wyjeżdżając (pociągiem) do Nowego Jorku żegna się z Mandrake Falls grając na puzonie właśnie.   Deeds jest właścicielem pizzerii. Nie ma to absolutnie żadnej wartości w rozwoju akcji. Tak jak w oryginale Deeds nie przejmuje się, co zrobi z tak potężną sumą pieniędzy. Wylatując (helikopterem) do Nowego Jorku żegna się z Mandrake Falls odczytując jeden ze swoich koszmarnie rymowanych okazyjnych wierszyków. Oczywiście całe miasto jest wzruszone.


Marzeniem Deedsa jest uratowanie kobiety od wielkiego niebezpieczeństwa. Wykorzystuje to Babe, która podkłada mu się udając omdlenie.   W remake'u Deeds ma takie samo marzenie, dodatkowo umotywowane tym, że tak poznali się jego rodzice, ale od oryginału różni się sama forma. Babe prosi kolegę, aby udawał, że ją napastuje i rabuje, ale oboje niedoceniają Deedsa, który spuszcza tamtemu potężny i widowiskowy łomot z użyciem kosza na śmieci.


Deeds to człowiek kierujący się zdrowym rozsądkiem. Kiedy jeden z dyrektorów opery mówi mu, że taka instytucja nigdy nie przynosi profitów, gdyż jest nastawiona na przekazywanie artystycznych uniesień, odpowiada, że nie ma zamiaru być częścią czegoś, co przynosi straty.   Deeds Sandlera nie ma takich dylematów. Miast rozsądkiem kieruje się siłą argumentów swoich pięści. Kiedy pragnący wyższego kontraktu zawodnik drużyny baseballowej wpada z bluzgami na ustach do pokoju konferencyjnego, w którym znajdują się kobiety, dostaje cios między oczy, a później dopiero pytanie, dlaczego tak się zachowuje.


Deeds to kapitan lokalnej ochotniczej straży pożarnej. Będąc w Nowym Jorku, gdy słyszy syreny od razu się ożywia. Scena, w której pożar przerywa jego rozmowę z Babe, gdyż Deeds dołącza do strażaków, jest krótka i jej celem jest jedynie zaznaczenie pasji Longfellowa oraz tego, że zawsze jest chętny pomagać innym.   W remake'u ta krótka scena posłużyła Sandlerowi do pokazania kolejnych absurdów oraz do zafundowania kilku swoich dowcipów. Tak więc pokazany jest cały pożar, a Deeds, pod czujnym okiem wyjątkowo znudzonych sytuacją strażaków, wchodzi po rynnie na najwyższe piętro, by uratować z płomieni monstrualnych rozmiarów afroamerykankę i... jej siedem kotów, które pojedynczo wyrzuca przez okno. Jedynym wydźwiękiem tej sceny jest to, że nawet z sukcesu tabloidy potrafią zrobić porażkę, gdyż zmontowane ujęcia przedstawiają Deedsa jako napalonego gwałciciela.


Deeds zjeżdża po balustradzie swojej posiadłości, ale się nie wywraca. Przykład tego, że ma w sobie dziecko, ale jest człowiekiem rozważnym i inteligentnym.   Sandler zjeżdża po balustradzie, wylatuje w powietrze i ląduje bez telemarku za to z hukiem na stole. Jeden z licznych przykładów tego, jak pomysły Capry zostały podrasowane przez Sandlera dla szeroko rozumianego komediowego momentum.


Babe Bennett tak naprawdę urodziła się w małym miasteczku blisko Hartford. W filmie zostaje ono jedynie wspomniane dla poparcia tezy, że prości ludzie zawsze mają w sobie dobroć, nawet jeśli chwilowo zapomnianą na rzecz wielkomiejskiego wyścigu szczurów.   Winchestertonfieldville to małe miasteczko w stanie Iowa. Babe twierdzi, że się tam urodziła, gdyż myśli, że coś o tak absurdalnej nazwie nie istnieje na mapie Ameryki. A jednak istnieje. Co więcej, razem z Deedsem lecą tam samolotem w ramach niespodzianki, którą Longfellow zaplanował. Wszystko dla kilku lepszych lub gorszych komediowych wstawek. A tak naprawdę w remake'u Bennett urodziła się na Long Island.


Podczas pobytu w restauracji, Deeds i Babe zostają zaproszeni do stolika poetów i innych znanych osób. Tamci robią to, żeby się trochę pośmiać, bo im nudno i jednocześnie słyszeli o tym, że Deeds tworzy poezję na okazyjne kartki, co w ich mniemaniu oznacza głupotę, naiwność i prostactwo. Longfellow szybko zdaje sobie sprawę, dlaczego został zaproszony - to nie miły głupek jak u Sandlera! Odchodzi od stolika z uwagą na ustach, że w Mandrake Falls ludzie są lepiej wychowani, a gdy tamci zaczynają się z niego śmiać daje im nauczkę - każdy dostaje piąchę w nos. Warto nadmienić, że wcześniej pyta Babe, czy ta nie ma nic przeciwko takiemu rozwiązaniu sytuacji. Nie miała.   Bardzo podobna sytuacja ma miejsce w remake'u, tyle że miast poetów mamy dziennikarzy i przedsiębiorców. Tak samo jak w oryginale Deeds pyta Babe, czy ta nie ma nic przeciwko, a później robi jedną wielką demolkę, choć warto nadmienić, że przy wyjściu za wszystko płaci.


Przy okazji incydentu w restauracji Deeds poznaje pijanego w sztok poetę, który zaprasza Babe i jego do nocnej eskapady po mieście. Kończy się to ogromnym bólem głowy, przyprowadzeniem nagiego Deedsa do domu przez służby mundurowe oraz niezbyt pochlebnym artykułem w prasie. Jeszcze wtedy Babe uważała Deedsa za pracę.   U Sandlera rolę inicjatora wypadu na miasto przejmuje bad-boy światowego tenisa, John McEnroe (zagrał sam siebie). Rezultat nocy jest podobny, różni się jedynie tym, że Bennett nagrała wszystko za pomocą ukrytej w staniku kamery.


Babe zabiera Deedsa na wycieczki po mieście, żeby móc pisać o nim kolejne artykuły. Ukrytym celem Capry było pokazanie reakcji Deedsa na historyczne zabytki, czyli mała lekcja patriotyzmu. Przy okazji, koledzy dziennikarze Babe jeżdżą za nimi i robią zdjęcia. Dziennikarka nie musi posługiwać się żadnymi trikami, jak Babe z remake'u - wdzięk i ładny uśmiech wystarczają aż nadto.   U Sandlera Winona grająca Babe musi posługiwać się tak wyrafinowanymi podstępami jak kamera ukryta w biuście. Zważywszy, że Deeds Sandlera nie grzeszy inteligencją, mogłaby równie dobrze zaprosić kumpli z kamerą cyfrową.


Kolacja, na której Deeds planuje oświadczyć się Bennett, ma mieć miejsce w posiadłości Deedsa. Wszystko zostaje zepsute przez ochroniarza Deedsa, Cobba, który odkrywa przed Longfellowem prawdziwą tożsamość Babe.   Kolacja ma się odbyć w słynnej koszykarskiej hali Madison Square Garden. Romantyczne uniesienie niszczy sam Chuck Cedar, który puszcza Deedsowi telewizyjny program redaktora naczelnego Babe, Maca McGratha, w którym tamten wyjawia tożsamość swojej koleżanki po fachu.


Końcówka filmu Capry rozgrywa się w sądzie. Deeds zostaje postawiony w stan oskarżenia przez Cedara za to, że chciał rozdać pieniądze swojego wujka potrzebującym farmerom (należy pamiętać, że to czasy Wielkiej Depresji w U.S.A.). Ostatecznie, po wielu perturbacjach, udaje mu się przekonać sąd do swojej poczytalności, farmerzy się cieszą, a Babe kończy w ramionach Deedsa. Na tym Capra zakończył, wypada jedynie sobie dopowiedzieć 'i żyli długo i szczęśliwie' oraz 'i nie dorobili się na tym ani grosza, w zamian znaleźli mnóstwo przyjaciół'. Taki to był Capra.   Końcówka remake'u polega na tym, że Deeds przekonuje udziałowców Blake Broadcasting Media, żeby nie sprzedawać firmy, gdyż wtedy 50.000 ludzi straci pracę (plan Cedara na dorobienie się). Oczywiście mu się udaje, przy okazji wybacza Babe i odkrywa, że pieniądze nie są jego - należą do jego lokaja, Emilio, który okazuje się nieślubnym dzieckiem Prestona Blake'a. Ostatecznie Deeds kończy z miliardem dolarów w kieszeni.
Mało kto wie, że Longfellow Deeds Adama Sandlera ma za sobą kilkudziesięcioletnią przeszłość i oryginalnie nosił twarz Gary'ego Coopera oraz reżyserskie znamiona Franka Capry. Mało kto również wie, że postać ta początkowo nie była głupią wymówką do błaznowania na ekranie, a ważnym nośnikiem ideologicznym świadomego twórcy, który kilka lat później zasłynął takimi obrazami jak "Pan Smith jedzie do Waszyngtonu" oraz "To Wspaniałe Życie", a dzisiaj uznawany jest za jednego z największych amerykańskich reżyserów (a przynajmniej w Stanach, gdyż w Polsce Capra wciąż jest mało znany). Mało kto wreszcie wie, że Capra zgarnął za film Oscara za reżyserię, a jego dzieło jest stawiane w rzędzie amerykańskich klasyków. Czy taki film jak "Mr. Deeds Goes to Town" (u nas przetłumaczony na "Pan z Milionami"), w którym prosty człowiek staje do walki z systemem rządzonym przez zachłannych dorobkiewiczów i wygrywa dzięki swojej zawziętości oraz przyjaciołom, ma prawo bytu w XXI wieku? Nie, nie ma, i nie dlatego pomysł remake'u został poczęty. Sandler zobaczył w filmie Capry potencjał na typową dla siebie komedię, i taką też nakręcił.


Remake Sandlera i Brilla (reżyser) ma w zasadzie mało wspólnego z oryginałem. Fabularnie jest całkiem wierny - cały zarys, historia, niektóre dialogi oraz kilka ważniejszych scen zostało żywcem przeniesionych do czasów współczesnych i lekko 'uaktualnionych'. Ale już warstwa ideologiczna, która w filmie Capry miała kluczowe znaczenie i tak naprawdę stanowiła cel sam w sobie, tutaj została sprowadzona do potrzebnego, acz niewymagającego tła, które na końcu pozwoli podać widowni jakiś ładny morał. I tak remake jest po prostu komedią, na dodatek komedią typowo sandlerowską, i nie piszę tego z żadną dozą złośliwości - lubię dość kontrowersyjny i rubaszny styl tego komika. Jest śmiesznie, miejscami obrzydliwie, a czasami obraz wywołuje szczery uśmiech na twarzy. Niemniej jednak, porównując go z oryginałem, film Sandlera jest zbyt płytki, a wszystkie jego plusy i całe bądź co bądź ładne przesłanie bledną, gdy widziało się dokonanie Capry. Reżyser musi się przewracać w grobie, widząc jak jego dzieło zostało wypaczone. W oryginale chodziło o pokazanie siły ludzkich więzi, mocy przyjaźni, uczuć przełamujących władzę pieniądza, o przeciwstawienie dobrego, prostodusznego człowieka z silnym kręgosłupem moralnym i typowego cwaniaka, który dla pieniędzy i sławy gotów jest sprzedać własną matkę. Motyw ten stanowił o sukcesie filmu, albowiem poprzez niego Capra w typowy dla siebie sposób pocieszał Amerykanów w dobie Wielkiej Depresji. Była tam komedia, ale subtelna, opierająca się na słowach i nie przyćmiewająca przesłania, które u Sandlera pojawia się tak naprawdę w ostatnich 10-15 minutach. Capra wreszcie rozpoczął Deedsem swoją walkę o prawa maluczkich: tych, którzy nie mają szans z Wielkim Biznesem i kapitalistycznym wyzyskiem, również o tych, którzy świadomie usuwają się na bok i nie obchodzą ich pieniądze czy sława, lecz po prostu dobre i godne życie, jakkolwiek patetycznie to brzmi. W dzisiejszych czasach trudno to chyba zrozumieć, dlatego Adam Sandler nakręcił komedyjkę, która niby pokazuje to samo, ale tak naprawdę, poza śmiechem, nie przekazuje zbyt wiele. Całość została uwspółcześniona z taktem słonia w składzie porcelany. Wiele zmian z oczywistych względów musiało zostać wprowadzonych dla absolutnie komediowo-absurdalnego wydźwięku filmu i emploi samego Sandlera, lecz wiele zostało wciśniętych niepotrzebnie, na siłę i bez sensu, tak, że pozostaje wrażenie 'zmienić żeby zmienić'. Co ciekawe, najbardziej widoczne jest to nie w wydźwięku filmu, lecz w konstrukcji głównej postaci.


Deeds Sandlera jest małomiasteczkowym idiotą o złotym sercu, wokół którego rzeczy się po prostu same dzieją, kiedy on wyczynia głupoty, a przy okazji jest śmieszny, nieśmiały, kochający, odważny i uczciwy - taki miks wszelkiego dobra, który potrafi pocieszyć, ale też przywalić w mordę za obrazę godności damy. Postać tak przesadzona, że miejscami wręcz karykaturalna. Natomiast Deeds Coopera i Capry był człowiekiem prostym, lecz inteligentnym, dowcipnym, ale nie złośliwym, z zasadami i kodeksem wartości - nie dawał sobie dmuchać w kaszę, wiedział co robi i był świadomy podejmowanych decyzji. Też bronił kobiecej czci i potrafił przywalić jakiemuś chamowi, ale nie był tak bardzo impulsywny, czy wręcz agresywny, i robił to z głową. Do prostodusznego głupka było mu daleko, gdyż to, że był z małego miasteczka oznaczało u Capry, że nie został jeszcze skażony wielkomiejskim cynizmem i tumiwisizmem. Rozbieżność jest więc dosyć duża i rzutuje tym samym na resztę postaci. Na Babe Bennett, która w remake'u prezentuje się na ładną trzpiotkę i nałogową kłamczuchę, a nie profesjonalną dziennikarkę zagubioną w swojej pracy. Na jej redaktora naczelnego, który z żądnego sensacji, acz potrafiącego współczuć dziennikarza zamienił się w tabloidowego barona, który kocha to, co robi oraz to, co może sobie za to kupić. I na kilka innych, ale nie będę ich przytaczał, albowiem mija się to z celem - dość powiedzieć, że każda postać remake'u została 'urozmaicona', a dodatkowo doszło kilka nowych, naszkicowanych typowo pod sandlerowską komedię.


Co lepsze? No cóż, tutaj odpowiedź będzie nad wyraz oczywista - klasyk Capry. I pomimo tego, że o wiele bardziej cenię późniejszego o kilka lat "Pan Smith jedzie do Waszyngtonu", to Deedsa również lubię i chętnie powtarzam co jakiś czas. Podczas gdy remake Sandlera może jedynie śmieszyć i to w swój specyficzny sandlerowski sposób, "Pan Deeds jedzie do miasta" (wybaczcie, polski tytuł nie chce mi przejść przez klawisze...) jest idealnym lekkim filmem, mówiącym o ważnych sprawach. Jest tu komedia, jest i dramat, jest romantyzm i kino społeczne, jest wreszcie pokrzepiający wydźwięk, który działa po dziś dzień. Podsumowanie będzie więc krótkie i bolesne - jeśli lubisz humor prezentowany przez Adama Sandlera (i Johna Turturro, bo to on rządzi niepomiernie drugim planem) i potrzebujesz kompletnie odmóżdżającej rozrywki - "Mr. Deeds" może to ewentualnie zapewnić. Lecz jeśli masz większe wymagania, szukasz czegoś bardziej subtelnego, "rozrywki inteligentnej", wybór jest tylko jeden. Remake lubię, ale w porównaniu z oryginałem, tak naprawdę jedynym wybitnie pozytywnym jego aspektem jest to, że może zachęcić ludzi do sięgnięcia po film Capry. Do czego każdego serdecznie zachęcam.
Frank Capra od samego początku chciał mieć w swojej obsadzie Gary'ego Coopera. Czekał sześć miesięcy aż aktor nie będzie zobowiązany żadnym kontraktem. Opóźnienie kosztowało 100 tysięcy dolarów.


Główną rolę kobiecą miała zagrać Carole Lombard, lecz wycofała się z projektu na trzy dni przed jego startem (wybrała rolę w filmie "Mój pan mąż", czyli w oryginale "My Man Godfrey"). Zdjęcia rozpoczęto bez głównej aktorki, Jean Arthur pojawiła się dopiero później. Okazała się strzałem w dziesiątkę, Capra tak ją polubił, że nakręcił z nią jeszcze dwa filmy: "Pan Smith jedzie do Waszyngtonu" oraz "Cieszmy się życiem" ("You Can't Take It With You").


Szef Columbii, Harry Cohn, był przeciwny zatrudnieniu Jean Arthur do głównej roli. Dopiero po interwencji Capry, który przekonał go do wsłuchania się w jej wspaniały głos a nie patrzenia na twarz, zmienił zdanie.


Całkowite koszta produkcji wyniosły ponad 800 tysięcy dolarów, co było naprawdę wielką sumą w 1936 roku.


Jean Arthur zobaczyła cały film po raz pierwszy w 1972 roku na festiwalu filmowym, na którym gościła wraz z Caprą.


Szef Columbia Pictures, osławiony Harry Cohn, wyznawał zasadę, która nie pozwalała jego reżyserom powtarzać scen. W ramach oszczędności producenckiej. Capra znalazł sposób na obejście tych restrykcji - otóż pod koniec każdego ujęcia nie krzyczał "Cięcie!", lecz "Jeszcze raz!", po czym aktorzy natychmiast zaczynali odgrywać całą scenę od początku.


To pierwszy film, w którym Harry Cohn autoryzował dodanie nazwiska Capry w tytule filmu. Pełny tytuł brzmi więc "Frank Capra's Mr. Deeds Goes to Town".


Według Motion Picture Herald film został zakazany w Niemczech, dlatego że przy jego kręceniu udział brali aktorzy innego pochodzenia niż aryjskie.


Początkowo Cohn, Capra i Arthur planowali nakręcenie sequela pod tytułem "Pan Deeds jedzie do Waszyngtonu", na podstawie "The Gentleman from Wyoming" Lewisa Fostera. W rolach głównych wystąpić mieli ponownie Gary Cooper oraz Jean Arthur. Projekt wszedł na ekrany kin, ale pod tytułem "Pan Smith jedzie do Waszyngtonu", z wieloma zmianami fabularnymi, a w roli głównej Coopera zastąpił James Stewart.


Piękna scena, w której Babe recytuje wiersz, napisany dla niej przez Deedsa, została początkowo wykreślona przez Caprę ze scenariusza, ponieważ uważał, że jest zbyt sentymentalna. Jean Arthur poświęciła wiele pracy na przygotowanie się do tej sceny, przekonała więc reżysera, aby chociaż nakręcił ją na próbę. Motyw z Deedsem przewracającym się o kosz na śmieci został dodany jako element komediowy kontrastujący z sentymentalnym nastrojem sceny.


W filmie jest scena, w której Deeds nie może znaleźć rymu do wyrazu 'Budington'. Clarence Budington Kelland był jednym ze scenarzystów.


Według portalu IMDb remake powstał częściowo w oparciu o Projekt Norma, inicjatywę irlandzkich scenarzystów z Belfastu, w której chodziło o napisanie skryptu w oparciu o losowo wybraną historię lub model opowieści, gatunek lub lokację. Kluczowe słowa opisujące film to: Faust, dramat, więzienie. No cóż, kolejnym słowem, dodanym już później, po stworzeniu skryptu opartego na tym pomyśle, powinno być: Sandler.


W remake'u znajduje się odnośnik do Boo Radleya, kluczowej postaci z klasycznego "Zabić Drozda". Babe zmyślając historię swojego dzieciństwa opowiada Deedsowi historię o jabłoni Boo Radleya. W filmie znajduje się również odnośnik do Atticusa Fincha, głównego bohatera "Zabić Drozda". Witając się z Panią Finch, swoją sąsiadką, Babe nazywa jej psa "Atticus".


Tablica z napisem "Witamy w Mandrake Falls" i krótkim wierszykiem pod spodem jest dokładnie tą samą tablicą, które została użyta w oryginale.


W jednej ze scen, udająca szkolną pielęgniarkę Babe, mówi Deedsowi, że chłopak o imieniu Billy Barty siedzi chory w jej gabinecie. To hołd dla aktora Billy'ego Barty, który zmarł w 2000 roku, trzy miesiące przed rozpoczęciem zdjęć do "Mr. Deeds - Milioner z przypadku".


Jak w każdym filmie Adama Sandlera, w rolach drugoplanowych i epizodycznych występuje ciągle ta sama ekipa jego przyjaciół: Rob Schneider, Allen Covert, Peter Dante oraz pojawiający się w filmach Sandlera od czasu do czasu Steve Buscemi, John Turturro i Blake Clark.
Autor opisu: Dariusz Kuźma - Beowulf
E-mail kontaktowy: beowulf@film.org.pl
Data umieszczenia opisu: 30.08.2008



Strona główna działu Strona główna KMF