
Prowincjonalny żandarm, Cruchot, otrzymuje awans na starszego sierżanta i zostaje oddelegowany na posterunek w nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej Saint-Tropez, do której przybywa wraz z córką Nicole. Ambitny stróż prawa, widząc w tych przenosinach szansę na dalszą karierę, od razu bierze w obroty swoich podwładnych, dając im się poznać jako bezwzględny służbista i despota, jednocześnie będąc przykładnie uprzejmym wobec swego przełożonego, komendanta posterunku. Aby mu się jak najlepiej przysłużyć, opracowuje nowe metody walki z nieuchwytnymi dotąd nudystami, którzy swoim nieobyczajnym zachowaniem doprowadzają komendanta do rozpaczy. Jakby tego było mało, problemy w nowym miejscu pracy zaczyna sprawiać Cruchotowi córka, która rozgłasza, że jej ojciec jest zagranicznym milionerem, w dodatku wikła go w kryminalną sprawę głośnej kradzieży z muzeum obrazu Rembrandta... Ten film to skąpana w ciepłym, śródziemnomorskim słońcu pocztówka z Francji i pochwała - ze szczyptą dobrodusznej drwiny - tamtejszych stróżów prawa, ale też przede wszystkim znakomita, pełna gagów i wartkiej akcji komedia. Nakręcona za skromną sumę 130 tys. franków, odniosła we Francji wielki sukces, którego wyznacznikiem była liczba niemal 8 milionów widzów w kinach. Niewątpliwie ogromna w tym zasługa Louisa de Funesa, który przez poprzednie 20 lat grywał w filmach tylko epizody i niewielkie role, a w 1964 roku objawił się światu jako komik nad komikami, w dodatku w dwóch hitach (bo także w "Fantomasie"). Zapewne nie byłoby sukcesu pierwszego filmu serii bez de Funesa, ale też i bez znakomicie dobranych postaci żandarmów, z których na czoło wybijają się komendant Gerber, gamoń Fougasse i wesołek Merlot. |

W uznaniu zasług w walce z nudystami, żandarmi z posterunku w Saint-Tropez dostępują zaszczytu reprezentowania francuskiej policji na Międzynarodowym Kongresie Żandarmerii w Nowym Jorku. Cruchot nie zabiera ze sobą Nicole, która decyduje się przedostać do Ameryki na gapę, na tym samym statku, którym płynie jej ojciec. Tak na statku, jak i już w Nowym Jorku, Cruchotowi bezustannie wydaje się, że co chwilę widzi swoją córkę, a kiedy już dochodzi do spotkania, dokonuje cudów, aby jej obecność ukryć przed komendantem. Sam też w amerykańskiej metropolii co rusz wpada w tarapaty, to ścigając tamtejszych złoczyńców, to będąc sam poszukiwany przez stróżów prawa. Na dodatek podczas podróży statkiem rozchorował się Fougasse, który odtąd nowojorskie drapacze chmur oglądać będzie tylko przez szyby szpitala... Po sukcesie poprzedniego filmu kontynuacja była tylko kwestią czasu. Zdecydowano się od razu rzucić żandarmów na głęboką wodę - a raczej dosłownie za Wielką Wodę - i wysłać ich do USA. W efekcie druga część cyklu okazała się jeszcze lepsza, pomimo gorszego wyniku kasowego w kinach. Postawiono tym razem na komizm wynikający ze zderzenia dwóch kultur, a uwypuklenie wad i przywar narodowych Amerykanów i Francuzów zostało ukazane z sympatią i dużym przymrużeniem oka. Zwłaszcza, że nie tylko z Jankesami francuscy żandarmi stają w szranki - na statku przegrywają ze swymi odwiecznymi rywalami, Włochami, prestiżowe mecze w piłkarzyki i w kręgle. Jednym słowem, jest jak zwykle zabawnie i niegłupio, a w dodatku na uwagę zasługuje przepysznie sparodiowana słynna sekwencja taneczna z musicalu "West Side Story". |

Pierwszy dzień wakacji. Spodziewając się najazdu kłopotliwych wczasowiczów, obsada posterunku zostaje postawiona w stan najwyższej gotowości. Cruchot dwoi się i troi, pilnując porządku, ale jest bezradny wobec pirata drogowego w sportowym kabriolecie. Dopada go - a właściwie ją - na posterunku i urządza jej karczemną awanturę, nie wiedząc, że atrakcyjna paniusia jest wdową po naczelniku policji. Jednak już po chwili wpadają sobie w oko i od tej pory następuje nieustanny festiwal wzajemnych umizgów i zalotów, czemu z niepokojem przygląda się Nicole. Józefa, bo tak ma na imię wdówka, wkrótce jednak zaprzyjaźnia się z Nicole i bierze pod pantofel Cruchota, który nie spodziewał się takiego obrotu spraw. W dodatku Józefa namawia go do wzięcia udziału w konkursie na komendanta posterunku, który on zupełnie nieoczekiwanie wygrywa. Zdruzgotany Gerber staje się podwładnym Cruchota. Do czasu... Kto wie, czy nie najlepsza część cyklu. Publiczność oczekująca trzeciej części, w specjalnym plebiscycie zażądała, żeby sierżant Cruchot, który był wdowcem, wreszcie znalazł żonę. De Funes, którego słowo wtedy już wiele znaczyło, zgodził się na taki scenariusz, ale wymógł, żeby obiekt jego adoracji zagrała Claude Gensac. Okazało się to obsadowym strzałem w dziesiątkę, gdyż Józefa w jej wykonaniu to postać pełna energii, w dodatku bardzo sympatyczna, pomimo aparycji rozkapryszonej damulki z wyższych sfer. Perypetie Cruchota i Józefy są siłą napędową filmu i głównym źródłem zabawnych sytuacji, zwłaszcza, że dzielny żandarm w miłosnym zapale ani na chwilę nie zapomina o swoich obowiązkach. Relacje pomiędzy dwojgiem mających się ku sobie bohaterów oraz intrygi Gerbera, mające na celu poróżnienie ich, przedstawiono brawurowo, lecz jednocześnie w sposób pełen życzliwej sympatii. Znakomita zabawa, wyborny humor, rewelacyjny duet de Funes-Gensac. |

Szóstka naszych żandarmów niespodziewanie zostaje odesłana na wcześniejszą emeryturę. Przymusowa bezczynność wpędza Cruchota w coraz większą depresję, czemu nie jest w stanie zaradzić Józefa, która wymyśla mężowi coraz to nowe rozrywki. Kiedy w odwiedziny przybywa Gerber, a potem Merlot z wieścią, że Fougasse miał wypadek, nic nie pamięta i kuruje się w pensjonacie, Cruchot odżywa. Piątka kompanów wyrusza na pomoc koledze, któremu mają nadzieję przywrócić pamięć. Po drodze odkrywają, że miasteczku grozi śmiertelne niebezpieczeństwo z powodu bomby, której grupa chłopców użyła do budowy rakiety kosmicznej. Jakby tego było mało, żandarmi-emeryci, niepomni przestróg, wkładają mundury, co jest niezgodne z prawem. Dowiadują się o tym ich młodzi następcy i na naszych bohaterów rozpoczyna się obława. Pętla zaciska się coraz mocniej... Jeśli przyjąć, że najlepszym filmem cyklu była część trzecia, czwartą można śmiało postawić zaledwie pół kroku z tyłu, na równi z częścią drugą. Po raz kolejny otrzymujemy pełen zestaw atrakcji charakterystycznych dla tego cyklu. Wszystkie możliwości kilkuwątkowej, zgrabnie naszykowanej fabuły w pełni wykorzystuje niezawodna szóstka aktorów, z de Funesem i Galabru na czele. Omyłki, przebieranki, niecodzienne sytuacje, pościgi i ucieczki, wszystko to zapewnia klimat wspaniałej, wakacyjnej przygody z dreszczykiem emocji. Emocji, bo dzielni żandarmi przeważnie uciekają przed swoimi młodszymi kolegami po fachu, a ich wyprawa, pełna trudów i znojów, w palącym słońcu południa, jako żywo przypomina odyseję. W tej i w następnych częściach nie pojawia się już córka Cruchota, słychać jedynie wzmiankę o tym, że wyszła za mąż. |

Nowy żandarm, Beaupied, podczas patrolu po okolicy zauważa odlatujący z leśnej polany latający spodek. Jego nieskładna relacja nie znajduje uznania ani wiary u Cruchota, który jednak wkrótce doświadcza identycznego zdarzenia. Jemu z kolei nie wierzy komendant Gerber, ale Cruchot postanawia dowiedzieć się czegoś więcej o niezwykłym zjawisku. Szybko przekonuje się, że tajemniczym pojazdem przylatują kosmici, którzy przybierają ludzkie postacie, także żandarmów, co staje się początkiem całej serii nieporozumień. Odkrywa, że kosmici piją tylko olej, a pokonać ich można poprzez polewanie wodą, która zamienia ich w stertę bezużytecznego złomu. Cruchot i jego kompani wyruszają bronić Saint-Tropez przed inwazją z kosmosu... Zmiany, zmiany. W tym odcinku nie pojawił się już znakomity duet Jean Lefebvre-Christian Marin, udanie na drugim planie wspierający komediowe poczynania de Funesa. Zastąpili ich dwaj inni żandarmi, grubasek i dryblas, jednak odtwarzający ich aktorzy ani przez moment nie byli w stanie dorównać postaciom swoich poprzedników, gamoniowatemu Fougasse'owi i uśmiechniętemu od ucha do ucha Merlotowi. Również Claude Gensac (Józefa) została zastąpiona przez inną aktorkę, co także nie wyszło filmowi na dobre. Oprócz tego zawiodło właściwie wszystko. Średnio śmieszna, wręcz nudna, naciągana aż do bólu fabuła, a aktorzy, nie wyłączając de Funesa i Galabru, chwilami wydają się całkiem zagubieni. W porównaniu z tą poprzednie przygody żandarmów to wręcz pokaz finezyjnej, koronkowej roboty scenariuszowej i reżyserskiej. Film powstał w roku 1979 i wydaje się, że twórcy chcieli wykorzystać zjawisko "kina nowej przygody", które na świecie (a dokładniej w USA) właśnie wchodziło w swój najlepszy okres, zaś tematyka science fiction miała zagwarantować, że nowa odsłona cyklu będzie istnym samograjem. Tak się nie stało, w czym nie pomogły także wyjątkowo kiepskie efekty specjalne latającego pojazdu kosmicznego. Zdecydowanie najsłabsza część serii. |

Żandarmi przenoszą się do nowego posterunku, obszernego, wygodniejszego i wyposażonego w liczne udogodnienia techniki komputerowej. Jednocześnie od dowództwa dostają polecenie umożliwienia stażu czterem adeptkom szkoły policyjnej. Przybycie atrakcyjnych dziewcząt wprowadza zamęt na posterunku, gdyż wszyscy żandarmi prześcigają się w adorowaniu swych koleżanek, na czym zaczynają cierpieć małżeństwa Cruchota i komendanta. Jakby tego było mało, młode policjantki znikają po kolei w tajemniczych okolicznościach, co grozi skandalem i poważnymi konsekwencjami dla naszych stróżów prawa. Niebagatelną rolę w tajemniczych zniknięciach odgrywa komputer na posterunku oraz bransoletki czterech żandarmetek... Wyraźna poprawa. Nie jest to wprawdzie odcinek na miarę pierwszych czterech, ale całość, w porównaniu z fatalną poprzednią częścią, stoi na dość przyzwoitym poziomie. Jeden z dwóch nowych żandarmów został zastąpiony przez jeszcze innego, do roli Józefy powróciła natomiast Claude Gensac. Widzowi jest też chyba jakby żal starego, ciasnego, podniszczonego posterunku. Kiedy żandarmi w odpowiedzi na pytanie komisarza policji, czy nie tęsknią za starym komisariatem, odpowiadają chórem "Ależ skąd!", można mieć wątpliwości co do ich szczerości. Jeśli natomiast można mieć zastrzeżenia do niedostatków fabuły, to w pewnej mierze rekompensuje je obecność czterech młodziutkich policjantek. Na szczęście bowiem nie są to jakieś przeterminowane kaszaloty, tylko komplet naprawdę ładnych, zgrabnych, sympatycznych dziewcząt, którym w dodatku scenarzyści nie poskąpili scen paradowania w bieliźnie. |

CZY BĘDZIE KOLEJNA CZĘŚĆ? O tym można zapomnieć. Chyba nikt nie jest w stanie zastąpić nieżyjącego Louisa de Funesa w roli sierżanta Cruchota. Trzeba cieszyć się tym, czego na przestrzeni osiemnastu lat dokonał on i twórca serii, Jean Girault. Zresztą, może to i lepiej, że nie powstała część "Żandarm pod Waterloo", bo tematyka fantastyczna, jak pokazał przykład "Żandarma i kosmitów", najwyraźniej nie leżała twórcom serii, i kto wie, czy nie powstałby najgorszy film cyklu. W sumie nie można jednak wykluczyć, że Amerykanie wespół z Lukiem Bessonem wpadną na pomysł zrobienia remake'u. Na przykład z Christianem Clavierem w roli głównej, którego to aktora niegdyś obwołano, zdecydowanie na wyrost, następcą de Funesa. Opis zamieszczony gościnnie - autor: CASS [kontakt] |
STRONA GŁÓWNA |