Trzeba było stu lat od pierwszej muzyki filmowej, by w Filharmonii Krakowskiej zabrzmiały partytury, którymi rozkoszujemy się od dziesięcioleci w filmach. Soundtracki od lat mają liczne rzesze fanów i zawsze dziwiło mnie, że nie doceniano tego należycie. Jeden festiwal rocznie to nie pełnia radości, ale to na pewno krok w dobrą stronę, bo -szczególnie po wczorajszym koncercie - wybrałbym się na takie widowisko co najmniej raz w kwartale. Trzeba powiedzieć, że inauguracja I Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie udała się wyśmienicie.
Koncert wypełnił całą Filharmonię, otwarciu powagi dodał Prezydent Miasta Jacek Majchrowski, za prowadzenie koncertu odpowiadała Magdalena Miśka oraz Tomasz Raczek. Niestety para ta stanowiła największy minus całości. Tak, jak muzycy zasługują na ocenę celującą, tak tej parze należy się trója z minusem. Już na samym początku zapowiedziano liczne niespodzianki, których nigdy się nie doczekaliśmy, ponadto nie uniknęli kilku błędów rzeczowych. Przed segmentem poświęconym polskim twórcom zaserwowali mdląco nadęty wstęp, zwrócili uwagę, że Ennio Morricone nie komponował ot tak sobie, tylko musiał dopasowywać swe partytury do akcji filmu, a Johna Williamsa pochwalili za niepowtarzalne kompozycje. Ujmę to tak - geniusz Williamsa jest niezaprzeczalny. Można go chwalić za wiele rzeczy, ale na pewno nie za niepodobne do siebie kompozycje.
|
 |
|
Przykry obowiązek rzetelnego recenzenta spełniłem, mogę przejść do tego, co milsze. Koncert miał uczcić stulecie od powstania pierwszej kompozycji na potrzeby filmu. Dlatego rozpoczęła go właśnie muzyka z trwającego zaledwie 11 minut "Zabójstwa Księcia Gwizjusza" z 1908 roku. Był to również początek pierwszego segmentu imprezy, który poświęcono kompozytorom europejskim. W tymże mogliśmy również usłyszeć wyśmienicie wykonane utwory Nino Roty z "Ojca chrzestnego" - "The Godfather Waltz" i "Love Theme". Konkluzją tej części był "Gabriel's Oboe" z "Misji".
Środkowy segment stanowiła muzyka polskich kompozytorów. Na początku zabrzmiał "Los człowieka" z "Człowieka z żelaza" Andrzeja Korzyńskiego. Po nim nastąpiło mocniejsze uderzenie i jeden z najlepszych momentów koncertu zarazem. Genialny "Taniec Eleny" Michała Lorenca z "Bandyty" jak się okazało sprawił największą frajdę muzykom z Sinfonietta Cracovia. Wraz z wzrastającym tempem utworu, coraz szersze uśmiechy gościły na licach orkiestry. Mogę się mylić, ale jak sądzę pociągnęli ów "Taniec" dłużej niż w wykonaniu, które znam z albumu. Silnym elementem okazały się również wykonania kompozycji Wojciecha Kilara - "Poloneza" z "Pana Tadeusza" oraz "Vampire Hunters" z "Draculi" Francisa Forda Coppoli. Był to jednak wstęp do utworów Zbigniewa Preisnera. Wykonanie "Lili Wodnej" z "Dekalogu IX" oraz "Pieśni Weroniki" z "Podwójnego życia Weroniki" uświetniła sopranistka Elżbieta Towarnicka. Jako zaledwie amator, nie znawca nie zdobędę się na głęboką analizę wokalnych zdolności tej pani, jednak mogę zapewnić, że "Pieśń Weroniki" zafundowała mi kilkuminutowe ciarki. Był do jeden z dwóch najjaśniejszych momentów pierwszej połowy koncertu. Po tym widownia otrzymała dwudziestominutową przerwę na otrząśnięcie się z wrażenia.
Po przerwie finałowa część koncertu poświęcona była w całości kompozytorom amerykańskim. Jak się okazało, orkiestra wróciła na scenę ze zdwojonymi siłami, które nie opuściły ich już do końca występu. Wpierw uderzyli w widownię energicznym tematem z "Siedmiu Wspaniałych". Oprócz zachwytu wywołało to u mnie refleksję, że koncert można było wzbogacić o czwarty segment, w którym można by usłyszeć kompozycje kina azjatyckiego. Ale cóż - zawsze można chcieć więcej. Następnie uraczono nas motywem z "Star Treka" Jerry'ego Goldsmitha oraz "Love Theme" z "Titanica" Jamesa Hornera. Niestety ten drugi zaaranżowano dziwnie, przez co wypadł blado na tle wyśmienitej reszty koncertu. Na koniec zostawiono oczywiście Johna Williamsa. Usłyszeliśmy między innymi imponujące wykonaniem i obszernością fragmenty ścieżki z "Parku Jurajskiego". W długich minutach usłyszeliśmy motyw główny oraz moją ulubioną "Journey To The Island". Był to jeden z najcieplej przyjętych fragmentów koncertu. Na końcu przyszedł czas na coś oczywistego. W programie co prawda wkradł się błąd, w którym później podtrzymywali nas prowadzący, zapewniając, że w finale usłyszymy temat z "Gwiezdnych Wojen", części I. Na szczęście usłyszeliśmy "Main Title/Rebel Blockade Runner". Szkoda, że po tak obszernych fragmentach "Parku Jurajskiego" nie zagrano również fenomenalnego "Throne Room / End Title".
|
 |
|
Pozostał pewien niedosyt, prowadzący Tomasz Raczek powiedział z uśmiechem, że jemu brakuje trochę kompozycji z "Indiany Jonesa", przez co cała widownia liczyła, że będzie to bis i zapowiedziana niespodzianka zarazem. Niestety rozbrajająco zakomunikował, że niestety nie. Widownia z trudem jednak wymogła nieplanowany bis, którym okazało się skrócone wykonanie motywów z "Parku Jurajskiego". Należy docenić orkiestrę za to, że wykonali je równie zachwycająco co poprzednio, ale trochę inaczej. Choć wszyscy mieli ochotę na więcej, tym razem był to już jednak definitywny koniec.
Warto wspomnieć, że Sinfonietta Cracovia grała wzbogacona o jeszcze dwie sławy - skrzypka Roberta Kabarę oraz dyrygenta Kaspara Zehndera. Podobnie jak w przypadku pani Towarnickiej nie mogę się wypowiedzieć wnikliwie na temat ich występu, jako zwykły amator muzyki filmowej. Jako taki jednak mogę stwierdzić, że bez namysłu zobaczyłbym ten koncert ponownie i również bez wątpienia wybiorę się na II Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie za rok. Jest jeszcze niezliczona ilość partytur, które zasługują na takie potraktowanie i wykonanie przez prawdziwych profesjonalistów. Nawet nieudane prowadzenie koncertu nie zakłóciło odbioru tej uczty dla duszy.