Drugi dzień festiwalu wypełnił swoją osobą Eric Serra - nadworny kompozytor francuskiego reżysera Luca Besson. To właśnie Besson odkrył tkwiącego w muzyku kompozytora filmowego. Kiedy prosił go o napisanie muzyki do swojego pierwszego, krótkometrażowego filmu z 1981 roku "L'Avant-dernier", ten odparł, że nie jest kompozytorem, tylko muzykiem. Besson odpowiedział mu na to: "Ależ owszem, JESTEŚ kompozytorem". Jak widać był wystarczająco przekonywujący, gdyż współpraca obydwu panów trwa po dziś dzień, a jej owocami są m.in. tak znakomite ścieżki dźwiękowe, jak: "Metro", "Wielki Błękit", "Nikita", "Leon Zawodowiec", "Piąty element", "Joanna d'Arc" czy ostatnio "Artur i Minimki", którego druga część właśnie powstaje. Fragmenty wszystkich tych partytur mogliśmy usłyszeć na koncercie. Co warte odnotowania, Serra spytany na konferencji prasowej o to, którą swoją współpracę z Bessonem ceni sobie najbardziej nie potrafił wskazać żadnej konkretnej. Mówił: "To jest trochę jak z dziećmi, ma się ich kilkoro, każde z nich jest inne, a przecież nie kochamy któregoś z nich bardziej od pozostałych".
|
 |
|
Ale Serra to przede wszystkim gitarzysta i wokalista udzielający się na gruncie elektro-rocka. Swój pierwszy solowy album wydał w 1998 roku, a zatytułowany był po prostu R.X.R.A. Tak powstała, towarzysząca kompozytorowi na piątkowym koncercie, RXRA Group, w której skład wchodzą (poza samym Ericem odpowiadającym za wokal i gitarę basową): klawiszowiec Thierry Eliez, saksofonista Emile Parisien, bracia Grandcamp - gitarzysta Jim i perkusista Jon oraz Sydney Thiam i Pierre Marcault grający na przeróżnych instrumentach perkusyjnych i etnicznych.
Kompozytor specjalnie przyleciał do Krakowa z Las Vegas, gdzie obecnie pracuje nad muzyką do nowego spektaklu "Cyrk Słońca", przygotowywanego dla Hotelu Luxor. Jak sam przyznał, koncert kosztował go parę zmian w terminarzu, ale ani przez moment nie żałował decyzji o przyjęciu zaproszenia do Polski. Spytany podczas konferencji o to, czego możemy się spodziewać po wieczornym koncercie odpowiedział żartobliwie: "Spodziewajcie się najgorszego". Chwilę potem zapewnił jednak, że publiczność będzie porwana. I faktycznie, chociaż artysta kazał na siebie czekać ponad pół godziny, to zrekompensował się grając znacznie dłużej niż planował, podgrzewając jeszcze i tak wyśmienitą już atmosferę imprezy. O samych błoniach Serra powiedział: "Graliśmy już w wielu innych miejscach, (...) ale to wspaniałe, że mamy okazję zagrać dzisiejszy koncert na tych ogromnych, zielonych błoniach. Bardzo mi się to miejsce podoba". Ten entuzjazm było widać po kompozytorze zarówno na próbie generalnej, która odbyła się zaraz po konferencji prasowej, jak i na samym koncercie. Podczas próby można było przechadzać się między muzykami z RXRA po scenie i podglądać ich przy pracy. Dało się zauważyć w nich wielką radość z gry i rozpierającą ich od wewnątrz energię, której dali upust na wieczornym występie. Ale była to również próba wymagająca maksymalnego skupienia, po to, aby wszystko dopiąć na przysłowiowy ostatni guzik. Słowem: idealne połączenie pasji i profesjonalizmu.
|
 |
|
Jeśli chodzi o sam koncert, to muzycy RXRA dali prawdziwie mistrzowski popis swoich umiejętności. Serra zrobił prawdziwy przegląd własnej twórczości. Usłyszeliśmy właściwie wszystkie słynniejsze jego utwory, pochodzące głównie ze współpracy z Lucem Bessonem. I tak zagrane zostały: "NPOKMOP" i "Rico's Gang Suicide" z "Nikity", "Leon the Cleaner" oraz "Noon" z "Leona zawodowca", utwór "Talk to Him" z "Joanny D'Arc", "Bogo Matassalai" z "Artur i Minimki", "Five Millenia Later" z "Piątego Elementu", "Congabass" i motyw przewodni z "Subway" oraz dwie piosenki: "It's Only Mystery" z tegoż filmu i "Little Light of Love" z "Piątego Elementu". Dodatkowo zagrana została też owertura z "GoldenEye", lecz tenże utwór został chyba rozpoznany przez niewielu, jako że stanowi niezbyt jasny punkt w karierze muzyka. Natomiast największą uwagą - zarówno przez wyczekującą publikę, jak i sam zespół - obdarzony został rzecz jasna "Wielki Błękit". Usłyszeliśmy aż cztery motywy z tego filmu: "The Big Blue Overture", "La Raya", "Homo Delphinus" i "Let Them Try", a także piosenkę "My Lady Blue".
Jednak wszystkie te utwory znacząco różniły się od tego, do czego przyzwyczaiły nas albumy i nie jest to "wina" akustyki czy też złego wykonania. Po prostu Serra wraz z zespołem postanowił zabawić się własną muzyką, wykonując mnóstwo miksów, remiksów i rajdów po danej ścieżce. Chociaż dało się w tym wszystkim rozpoznać konkretne tematy, to nacisk położono na wielce wyluzowane aranżacje. Bardzo często mieliśmy do czynienia z zabiegiem zapodania konkretnego tematu przez kompozytora, który potem ulegał deformacjom na skutek improwizacji i wolnej amerykanki stosowanej przez pozostałych muzyków. Jedynie piosenki odegrane zostały bez większych zmian aranżacyjnych. Był to bardzo ciekawy efekt - choć z jednej strony nie raz były trudności z rozpoznaniem konkretnej melodii, to jednak bardzo łatwo było się poddać temu muzycznemu szaleństwu (kontrolowanemu). Co prawda muzyka Serry w wersji albumowej niespecjalnie nadaje się na koncerty, to jednak tu artysta pokazał, że tak naprawdę może z nią zrobić wszystko - i tak się będzie podobać. Dobrze się stało, że to właśnie tak swobodnie operujący muzyką filmową artysta był gwiazdą pierwszego Festiwalu w Krakowie. Serra doskonale pokazał jak elastyczna potrafi być ta muzyka, że nie musi być więźniem sztywnych ram tematycznych, ale potrafi prawdziwie zaskoczyć i porwać, jeśli tylko ma się wystarczająco pasji i pomysłów. A tego najwyraźniej muzykowi nie brakuje. Na konferencji prasowej Serra podkreślał, że równie dobrze czuje się w skórze kompozytora jak i gwiazdy rocka, i faktycznie obydwie te osobowości ujawnił przed nami na koncercie. Widowisko było więc przednie - na przemian słyszeliśmy spokojne kawałki i prawdziwie ostre, popisowe, numery. Publiczność bardzo szybko łyknęła zresztą bakcyla, zmuszając zespół do grania jeszcze długo po zakończeniu rzeczywistego programu. Licznie zgromadzona widownia nie szczędziła braw, szczególnie dla Emile Parisiena, który ze swoimi saksofonami wyczyniał prawdziwe cuda. Ale każdemu z muzyków trzeba oddać to, że potrafi wykrzesać ze swoich instrumentów po prostu maksimum możliwości. A finałowy popis poszczególnych muzyków, połączony z ich prezentacją przez Erica i podziękowania publiczności to już prawdziwy majstersztyk emocjonalny, który pozostanie w nas chyba na zawsze. Docenić należy także stronę wizualną koncertu. Ciekawe, wpisujące się w klimat graficzne wizualizacje oraz perfekcyjna reżyseria światła sprawiły, że koncert był naprawdę rewelacyjny. Choć może z tradycyjną ilustracją związany był dość marginalnie, stanowiąc nawet pewną odskocznię od niej, to jednak pokazał, że muzyka filmowa może mieć wiele twarzy, barw i dźwięków.
|
 |
|
Warto wspomnieć też o swoistej ciekawostce, jaka miała miejsce tego dnia za kulisami. Otóż zgłosił się tam człowiek, podający się za fana pana Serra i chciał się z nim koniecznie zobaczyć. Narobił takiego szumu, że ochrona w końcu skontaktowała się z artystą, który wyszedł do mężczyzny. Fan chciał po prostu zdobyć autograf swojego idola na jednej z jego płyt - okazało się, że posiada on jeden z najrzadszych albumów Serry. Tak rzadki (edycja limitowana, jednakże nie pamiętam konkretnego tytułu), że nawet sam autor nie posiadał go w swoich zbiorach i natychmiast chciał ją odkupić. Fan - jak to fan - odmówił :).