Koncert muzyki z filmu "Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia"

DZIEŃ 3: 31 MAJA 2008, SOBOTA, godz. 21:00

Ostatni dzień festiwalu rozpoczął się od wykucia wielkich pierś...eee to znaczy konkursem na najciekawsze przebranie za postać z "Władcy Pierścieni". Dla zwycięzców przeznaczonych było aż 50 podwójnych wejściówek na wieczorny pokaz filmu. Organizatorzy zapędzili się jednak nieco w statystykach i na zorganizowany pod Wieżą Ratuszową na Rynku Głównym plebiscyt przyszło jedynie 15 uczestników. Wobec takiego stanu rzeczy trzeba było rozdać nagrody wszystkim. Pomysł z lekka chybiony, gdyż przez to dostało się parę osób, które w 5 minut stworzyły sobie stroje - wystarczyło włożyć na siebie zerwane chwilę wcześniej plakaty, tworząc zbroje i hełmy (a po zwinięciu w rulon nawet miecze) - otrzymując w ten sposób darmowe bilety. Dodatkowo wyróżniono także drobnymi upominkami dwie dziewczyny, które zamiast zwiewnych kiecek księżniczek przywdziały sztuczne brody i wcieliły się w role Gandalfa i Gimliego, wykazując się tym samym największą fantazją. No, ale trzeba jakoś przyciągnąć gawiedź, co niewątpliwie się udało, gdyż już sam pokaz strojów wywołał niemałe zainteresowanie mieszkańców i turystów przechadzających się po skąpanym w popołudniowym słońcu rynku.
Na prawdziwe atrakcje trzeba było jednak czekać aż do wieczora - wtedy to bowiem, wraz z wybiciem przez zegar godziny 21, zacząć miał się specjalny pokaz filmu. Około 10 000 widzów przybyło tłumnie na Błonie, aby podziwiać niemalże 300 artystów wykonujących na żywo ponad 180 minut muzyki Howarda Shore'a do "Drużyny Pierścienia". A wszystko to z towarzystwem samego obrazu Petera Jacksona, który był wyświetlany na mierzącym 11 x 18 metrów ekranie - jednym z największych w Europie. Był to siódmy w historii, a drugi plenerowy pokaz "Władcy Pierścieni" tego rodzaju (poprzedni odbył się w Waszyngtonie). Tak w liczbach prezentuje się finałowy koncert krakowskiego Festiwalu.

Masa pracy, wielkie zaplecze techniczne, ale jak przyznają sami organizatorzy - wszystko to było warte zachodu. Atmosfera wielkiego wydarzenia udzieliła się chyba wszystkim. Zabrakło tylko samego Howarda Shore'a, który z powodu zawału pracy nad swoją nową operą nie mógł przybyć. A podobno chciał nawet przylecieć z Paryża do Krakowa... niestety, nie było dogodnego lotu. Na początek puszczony został więc specjalny wstęp od kompozytora, który pozdrowił dawną stolicę Polski i posłał masę podziękowań w kierunku ludzi odpowiedzialnych za koncert. Wśród tych osób znaleźli się oczywiście muzycy, a więc Sinfonietta Cracovia, Chór Pro Musica Mundi, Chór Chłopięcy Pueri Cantores Sancti Nikolai, amerykańska mezzosopranistka (dodajmy, że bardzo urocza) Kaitlyn Lusk i Ludwig Wicki - szwajcarski dyrygent, co wyjaśnia punktualność widowiska.

Najważniejsza tego wieczoru była jednak sama muzyka Kanadyjczyka. Przedsięwzięcie było doprawdy karkołomne i każdy zachodził w głowę, czy też się uda. Teraz już wiemy, że udało się wyśmienicie, chociaż nie obyło się bez wpadek. Po ok. 10 minutach filmu siadło na moment nagłośnienie, ale problem szybko naprawiono (za co technicy otrzymali gromkie brawa). Wpadka ta została jednak dobrze przyjęta przez publiczność, gdyż udowodniła, że nie było tu żadnego oszukaństwa i orkiestra faktycznie grała na żywo, a poza tym przywróciła nam na chwilę czasy niemego kina :). Potem wszystko poszło już jak po maśle, a koncert okazał się strzałem w dziesiątkę.
Choć w sumie trudno tu opisać te wielkie wrażenia poprzez literki. Była to po prostu projekcja filmu na sporym ekranie, w plenerze i z dodatkiem orkiestry. Tylko tyle i aż tyle, aczkolwiek różnica w stosunku do oryginalnego nagrania studyjnego była bardzo duża. Przede wszystkim na płycie muzyka wydaje się naprawdę rozbuchana, słychać jak wielki ma rozmiar. W wykonaniu na żywo słychać było za to sporo detali, które na krążku gdzieś człowiekowi uciekały. W trakcie koncertu uleciał za to trochę (co ma zapewne związek z brakiem akustyki - w końcu wszystko poszło z wiatrem) ten wielki majestat ścieżki. Niezaprzeczalnym atutem takiego wykonania dzieła Shore'a na żywo było to, że miejscami dało się wyłapać szczegóły, których za żadne skarby nie usłyszy się w samym filmie. Monumentalna partytura Shore'a przemawiała tutaj nieco bardziej stonowanym głosem. To jednak nic złego, a wykonanie orkiestry było naprawdę godne podziwu, bo choć film został podzielony na dwie części (z 20 minutową przerwą), to i tak trzeba było niezwykłej precyzji i wyczucia każdego muzyka, aby zilustrować tego ekranowego kolosa. Wprawdzie dało się słyszeć parę wpadek, jak np. soliści z chóru chłopięcego - nie wiadomo, czy pożarła ich trema, czy po prostu nie przepłukali gardeł, ale wyraźnie nie dawali sobie rady z fragmentem "Orthanc", towarzyszącym scenie, w której uwięziony Gandalf wysyła po pomoc ćmę. Także piosenka z napisów końcowych, "In Dreams" nie zabrzmiała tak jakbyśmy sobie tego życzyli, ale generalnie nie było to nic wielce rażącego.

Dużo bardziej bolesne okazały się inne niedopatrzenia. I tak pierwsze, na co można narzekać to sama scena. Szkoda, że nie była w układzie schodkowym - wtedy widać by było wszystkich muzyków, a tak przeciętny widz w zasięgu wzroku miał jedynie pierwszy rząd smyczków i dyrygenta. Ponadto okazało się, że w niektórych sektorach panuje lekki chaos i ekran przesłaniają głośniki - oczywiście nic nie dało się z tym zrobić, a wszelka samowolka w rodzaju oglądania projekcji na stojąco szybko była tłumiona przez ochronę. Także rozstawienie orkiestry pozostawiało wiele do życzenia - chór i sekcja dęta były praktycznie niewidoczne z miejsc siedzących, a to przecież na nie, zamiast na film, wędrował wzrok najczęściej... Największy jednak minus należy się samej publice, która zapewne w dużej mierze składała się z fanów filmu - niestety raz, że nie potrafili oni zjawić się o czasie (jeszcze 20 minut po rozpoczęciu projekcji ludzie szukali swoich miejsc!), a dwa, że zaczęli tłumnie wychodzić już podczas pierwszych napisów. Szkoda, że nie potrafili się wstrzymać te parę chwil, podczas których można było dowiedzieć się kto i na czym w ogóle grał, że o kulminacji muzycznej nie wspomnę. W końcu nie chodziło tu przecież o zwykły kinowy seans, na którym zresztą takie zachowanie również nie należy do najodpowiedniejszych...
Pomijając jednak te minusy, to projekcja "The Lord Of The Rings" z muzyką na żywo była z pewnością bardzo udanym i niezapomnianym przeżyciem, które spokojnie można wnukom opowiadać ;). Naprawdę przyjemnie udało nam się spędzić te 3 godziny, mimo, iż patrzyliśmy głównie na zrywy orkiestry, do której film był jedynie kolorowym dodatkiem ;). Ale to już nasze redakcyjne zboczenie ;).



CZĘŚĆ I
Prologue: One Ring To Rule Them All
The Shire
Bag End
Very Old Friends
Farewell Dear Bilbo
Keep It Secret, Keep It Safe
A Conspiracy Unmasked
Three Is Company
Saruman the White
A Shortcut to Mushrooms
Strider
The Nazgul
Weathertop
The Caverns of Isengard
Give Up the Halfling
Orthanc
Rivendell
The Sword That Was Broken
The Council of Elrond Assembles
The Great Eye
PRZERWA

CZĘŚĆ II
The Pass of Caradhas
The Doors of Durin
Moria
Gollum
Balin's Tomb
Khazad-dum
Caras Galadhon
The Mirror of Galadriel
The Fighting Uruk-hai
Parth Galen
The Departure of Boromir
The Road Goes Ever On...


e-mail
Autor relacji: Jacek Lubiński - MEFISTO
Zdjęcia pochodzą ze strony www.muzykafilmowa.pl


< WSTECZ: DZIEŃ 2 - PIĄTEK

CZYTAJ DALEJ: PODSUMOWANIE >


POWRÓT DO WYBORU
POWRÓT DO "ARTYKUŁÓW"