Mariusz Bielecki - SHOOMIR:
Słuchając w domu monumentalnych dzieł muzyki filmowej muzyki często pojawiały się u mnie ciarki na plecach, a było to powodowane "zaledwie" dźwiękami wydobywającymi się z głośników wieży lub komputera. Jakie wrażenie mogłoby zrobić wysłuchanie tych utworów na żywo, w wykonaniu prawdziwej, wielkiej orkiestry. Przekonałem się o tym na tegorocznym koncert światowej muzyki filmowej w Filharmonii Śląskiej, który momentami zapierał dech w piersiach i można tylko nieco żałować, że dyrygent Krzesimir Dębski nie wybrał do repertuaru więcej jeszcze bardziej monumentalnych utworów, ale gdyby tak ktoś zechciał spełnić nasze muzyczne życzenia, to musielibyśmy w sali koncertowej spędzić chyba z tydzień. :)
Już pierwszy prezentowany motyw muzyczny (z "Matrixa") zaskoczył niesamowicie efektownością, która wcale się nie zmniejszyła po dokonaniu orkiestrowej aranżacji elektronicznego przecież motywu i choć przyzwyczajenie do oryginalnej wersji było silne, to jednak był to jeden z najmocniejszych akcentów tego koncertu. Szczególnie początek i koniec tego utworu "wgniatały w fotel" i spowodowały, że z jeszcze większą niecierpliwością oczekiwałem kolejnych zarówno dobrze znanych nam motywów jak i tych, których nie znałem w ogóle lub wręcz miały mieć swoją jakby premierę (nowa kompozycja Krzesimira Dębskiego).
Z wielką radością przyjąłem również informację, że w programie znajduje się wspaniały motyw z "Children of Sanchez" autorstwa Chucka Mangione. Ku mojemu zdumieniu postanowiono jednak zastąpić tą znaną, niesamowitą trąbkę, która prowadziła ten motyw, a także resztę instrumentów podczas muzycznych "refrenów", na elektroniczne skrzypce, które według mnie mają się nijak w porównaniu z prawdziwymi. Jednak miło było usłyszeć ten niezwykły motyw, nawet w wykonaniu skrzypek i klarnetu, choć trąbki i tak im nie wybaczę. :)
Mocno w pamięć zapadł mi także utwór "Now We Are Free" pochodzący z "Gladiatora", ale tu w przeciwieństwie do motywu matrixowego, przyzwyczajenie do pierwotnej aranżacji okazało się zbyt silne i poza paroma naprawdę efektownymi momentami, w których swoją ogromną siłę zaprezentowała niemal cała orkiestra naraz, aranżacja ta pozostawiała wiele do życzenia i nie mogę o niej powiedzieć, że wszystko w niej pasowało do siebie i razem tworzyło pożądaną wielką, wyśmienitą kompozycję na żywo.
Natomiast za jeden z najwspanialszych fragmentów tego koncertu uważam wykonanie partii solowej na skrzypce w motywie przewodnim z "Red Violin". Byłem z niego tym bardziej zadowolony, ponieważ porównanie doskonałego wykonania tego utworu na normalnych skrzypcach przez koncertmistrza Eugeniusza Pawełka oraz partii skrzypcowych w późniejszych utworach na tych elektronicznych Krzesimira Dębskiego, pozwoliło postawić te pierwsze o kilka stopni wyżej w "instrumentalnej ewolucji". ;)
Pozostałe utwory tego koncertu zapadły już mniej w pamięć, niemniej jednak wysłuchanie na żywo motywów z "Listy Schindlera", "Cinema Paradiso", "Dziecka Rosemary" czy całkowicie mi nieznanych, a jednak bardzo dobrych kompozycji samego dyrygenta - Krzesimira Dębskiego, wytworzyło niezapomniane wrażenia i upiększyło niesamowicie ten wieczór spędzony w filharmonii. Szkoda tylko, że taki koncert muzyki filmowej jest organizowany tylko raz w roku, ale i tak cieszę się, że mieliśmy możliwość wysłuchania tych wszystkich utworów w wykonaniu najprawdziwszej wielkiej orkiestry, którą dyrygował jeden z najlepszych współczesnych polskich kompozytorów muzyki filmowej. I to właśnie, nawet mimo deklaracji np. wielkiego kompozytora Wojciecha Kilara jakoby była ona tylko drugorzędną w stosunku do prawdziwej muzyki klasycznej, daje nam jednak możliwość obcowania z tymi wielkimi partyturami ilustrującymi wspaniałe filmy, ale także żyjącymi swoim własnym życiem. A przecież ruchomy obraz wzbogacony tą muzyką stanowią właśnie widowiska filmowe, które tak kochamy ze względu na zawartą w nich magię.
Patrycja Domagała - PAT:
Na pewno nie szłam na ten koncert z tak wielkimi nadziejami jak bracia Łudzeń, niemniej jednak liczyłam na interesujący wieczór z muzyką filmową w jak najlepszym wykonaniu. Raczej nie zastanawiałam się nad utworami, jakie dyrygent wybrał do zaprezentowania, chociaż bardzo chciałam posłuchać na żywo któregoś z utworów Michaela Nymana, choćby motywu przewodniego z filmu "Fortepian". Po zapoznaniu się z programem najbardziej ciekawa byłam interpretacji muzyki z "Matrixa", "Dzieci Sancheza" i "Gladiatora". Wyglądało na to, że zapowiadał się bardzo intrygujący wieczór.
Niestety srodze się przeliczyłam. Wiadomo, że w niewielkiej sali koncertowej i przy ograniczonej liczbie członków orkiestry trudno się spodziewać zaprezentowania przeważnie niezwykle szerokich i monumentalnych utworów muzyki filmowej w całej ich okazałości, lecz te fizyczne ograniczenia w żaden sposób nie powinny zwalniać muzyków od odpowiedniego przygotowania prezentowanych kompozycji. Tak się jednak nie stało. Chociaż otwierający koncert utwór z filmu "Matrix" był jeszcze do przyjęcia, dalsza część koncertu okazała się miejscami wręcz żenująca. Raziły przede wszystkim dwie rzeczy - ewidentne niedopracowanie wszystkich prezentowanych utworów oprócz kompozycji własnych dyrygenta Krzesimira Dębskiego oraz natrętna konsekwencja tegoż dyrygenta we "wzbogacaniu" na siłę wszystkich kompozycji o solówki wykonywane na elektrycznych skrzypcach przez niego samego. Jak już wspomniałam, najlepiej wykonana okazała się muzyka Dębskiego napisana do kilku seriali i filmów europejskich. Chociaż charakter poszczególnych jego utworów był dosyć zbliżony, zdecydowanie okazały się one najbardziej żywiołowymi, dynamicznymi i doskonale zagranymi kompozycjami koncertu. Nieźle również wypadły utwory żydowskie, chociaż ich nagromadzenie na pewien czas przekształciło koncert "Światowej muzyki filmowej" w koncert "Motywów żydowskich w światowej muzyce filmowej", a przecież nie o to chodziło.
Jednym z najgorszych elementów koncertu były zdecydowanie solówki Dębskiego na elektrycznych skrzypcach. Dyrygent z premedytacją umieszczał je w każdym utworze, prawdopodobnie aby zaprezentować swój kunszt gry na tym instrumencie, lecz efekt był co najmniej odwrotny - brzmienie elektrycznych skrzypiec absolutnie nie pasujące ani do ogólnego brzmienia orkiestry, ani do drugiego solisty - klarnecisty, niezwykle irytowało, a częste fałsze pojawiające się w wielu utworach były wręcz nie do zniesienia. Natomiast zamianę solowych partii trąbki w motywie przewodnim "Dzieci Sancheza" na solówkę skrzypiec elektrycznych można było uznać jedynie za profanację. Krótko mówiąc, skrzypce pana Dębskiego częstokroć zrujnowały prezentowany fragment muzyczny - tak się stało na przykład z motywem z filmu "Dziecko Rosemary".
Niestety, niedociągnięcia całej orkiestry również były aż nadto zauważalne. Błędy rytmiczne w motywie przewodnim z "Greka Zorby", utworze skądinąd tak niezwykle dopracowanym właśnie pod względem rytmicznym, nie najlepiej świadczyły ani o umiejętnościach dyrygenta, ani samej orkiestry, natomiast wręcz kulejąca sekcja rytmiczna w "Gladiatorze" wołała o pomstę do
nieba. Podsumowując - ciekawie zapowiadający się koncert muzyki filmowej przerodził się w istny koszmar, którego nie zdołały uratować nawet dosyć częste błazenady pana Dębskiego. Mnie orkiestra Filharmonii Śląskiej na długi czas zniechęciła do jej powtórnego wysłuchania, chociaż pozostała część publiczności ku naszemu zaskoczeniu wyglądała na wniebowziętą. Prawdopodobnie tak otumanił ją czar samego miejsca - wszak filharmonia jest miejscem dostojnym, w którym wykonuje się jak najbardziej dostojnie i perfekcyjnie muzykę, w związku z czym jakiekolwiek niedociągnięcia ze strony wykonawców w ogóle nie są, a już na pewno nie powinny być, zauważane. Ciekawa jestem tylko, jak ten koncert odebrali uczniowie szkół muzycznych, którzy dosyć licznie się na nim zjawili. W końcu przecież przyszli się czegoś nauczyć. Tylko czego.
Rafał Gałuch - HUNTER:
Wieczór. już nie mogę doczekać się aż usłyszę koncert muzyki
filmowej pod batuta Krzesimira Dębskiego. Jeszcze przed koncertem spotkałem
się z kilkoma innymi znawcami muzyki filmowej. Patrząc na ich miny i
słuchając komentarzy widziałem, że to dla nich nie lada wydarzenie i też nie
mogą się już wprost doczekać by zasiąść w Filharmonii Śląskiej i oddać się
przyjemności słuchania. Trochę dyskutowaliśmy też na temat twórczości pana
Krzesimira i jakie są nasze (może nazbyt wygórowane) oczekiwania.
Zastanawialiśmy się, czy może uda nam się zamienić kilka słów z tak
znakomitym muzykiem. Nadszedł w końcu czas, gdy udaliśmy się już w kierunku
Filharmonii na spotkanie z muzyką. Z muzyką, którą kochamy. Muzyką Filmową.
Podczas koncertu (na tych koncertach, na które ludzie przychodzą
w garniturach na ogół jest antrakt) była krótka przerwa. Nikt nie chciał
jako pierwszy dzielić się wrażeniami. Ale już po minach można było się
zorientować, że coś jest nie tak. Moje odczucia nie były jednak odległe
(bałem się, że będą) od odczuć pozostałych. Rozumiem, że muzyka może być w
różny sposób zinterpretowana, ale to, czego dopuścił się dyrygent przeszło
nasze oczekiwania. Na to, czego dopuszczono się z muzyką z filmu "Gladiator"
powinien być paragraf. Jedyną różnicą w zdaniach był fragment z "Matrixa",
który podobał mi się pomimo tego, że osoba rozpisująca ten kawałek - starała
się by jak najmniej przypominał oryginał. Panie Krzesimirze. Jeśli w jakimś
utworze autor umieścił główny motyw na skrzypcach - to nie po to by zastąpił
go pan klarnetem czy innym instrumentem. Nawet, jeśli takowych powstało
tylko kilka sztuk na cały Świat. Kolejna rzecz, która bardzo mnie zaskoczyła
i na dodatek nie mogę powiedzieć, że pozytywnie, to wokal (czy raczej
pianie) w niektórych utworach.
W końcu nadeszła ostatnia część koncertu, tak lubiana przez
muzyków, - czyli brawa i bisy. Cóż, braku poczucia humoru prowadzącemu nie
można zarzucić. Ale brak zdolności do rapowania - owszem. Na koniec jedna
osoba na sali poderwała się by uhonorować dyrygenta owacją na stojąco -
jakoś nie poderwała za sobą całej publiczności. Ale nie powiem byłem
zaskoczony długością aplauzu. Zdążyliśmy wyjść z rzędu i zniesmaczeni udać
się do szatni.
Gdy wychodziliśmy już po koncercie nikt nie chciał odezwać się
słowem. Szliśmy w milczeniu i zastanawialiśmy się, "co to u diabła miało
być?". Byłem bardzo zawiedziony. A sądząc po minach współtowarzyszy nie
byłem w tym odosobniony.
Adam Łudzeń - ALIEEN:
Nie ukrywam, że na koncert ten czekałem bardzo długo - właściwie od pierwszego dnia, w którym się o nim dowiedziałem. Wchodząc do filharmonii czułem się niesamowicie podniecony,
podekscytowany. Dla fana muzyki filmowej to bez wątpienia wydarzenie roku. Gdy wreszcie się
zaczęło - mój entuzjazm lekko opadł po pierwszej części koncertu, a w przerwie wciąż
zadawałem sobie pytanie - "czy ten koncert był rzeczywiście nie najwyższych lotów, czy
to moje wymagania są aż tak bardzo wygórowane...?" Jak się za chwilę okazało - większa
część słuchowiska nie tylko dla mnie była przeciętna, ale także dla całej reszty - bez
wyjątków (co można zobaczyć po wypowiedziach innych słuchaczy). Zacznijmy od początku.
Może najpierw to, co zdecydowanie nie przypadło mi do gustu. Pierwszy motyw - "Matrix".
Początek i koniec - rewelacja, jak w oryginale. Niestety cała reszta na poziomie - żeby
nie skłamać - dość mizernym. Klarnet zamiast skrzypiec wygrywających główny, zawodzący
motyw przewodni w "Liście Schindlera" nie jest absolutnie najlepszym rozwiązaniem.
A aranżacja "Gladiatora" to był największy niewypał i największa porażka całego wieczoru.
W wielu utworach była niepotrzebna zamiana instrumentarium (skrzypce zamiast trąbki w
temacie "Dzieci Sancheza" nie były aż tak złe, ale na pewno gorsze od oryginału), wiele niepotrzebnych, wplecionych wręcz na siłę skrzypcowych solówek pana Krzesimira oraz
klarnetowcyh solówek pana Mrozka. Oczywiście ich kunszt i talent zasługują na naprawdę
olbrzymie uznanie, solówki są pod względem technicznym naprawdę rewelacyjne, ale w tym
przypadku było ich trochę za dużo i były one do siebie nieco zbyt podobne - przez co nie
poruszały za każdym razem tak samo słuchaczy - wręcz przeciwnie, momentami nawet trochę
niestety nużyły... Motyw z "Cinema Paradiso" to też nie było to, czego się
spodziewałem. Natomiast absolutnym zaskoczeniem był dla mnie motyw przewodni z "Red Violin"
- zagrany perfekcyjnie przez sztukmistrza orkiestry, wręcz idealnie, jak w oryginale. To był
zdecydowanie jeden z najlepszych elementów całego koncertu - w tym przypadku do niczego
nie można było się przyczepić. Jak się można było spodziewać - także najlepiej wypadły wszystkie motywy autorstwa pana Dębskiego - wiele z nich miało to coś, ten "power", podczas którego słuchania człowiekowi aż miło robiło się na sercu. Dla takich właśnie momentów warto iść na taki koncert. Niestety - tego wszystkiego było zdecydowanie za mało, a Krzesimir Dębski (trzeba przyznać, że prowadził cały koncert naprawdę świetnie - ciekawie, z humorem)
zostawił po sobie niestety nie najlepsze wrażenie - w końcówce niepotrzebnie zrobił z siebie
- że tak brzydko powiem - pośmiewisko. Cóż mogę napisać na koniec - bardzo się rozczarowałem. Tym bardziej, że spodziewałem się koncertu, który zauroczy mnie absolutnie, wciśnie w fotel, zostawi niezapomniane wrażenie, jakby psychiczną skazę w podświadomości.
Tymczasem całość wypadła w moich oczach średnio i nieco mnie zniesmaczyła. Tym niemniej
nie uważam, że koncert był nieudany, zły, beznadziejny czy coś w tym stylu - absolutnie nic
z tych rzeczy. Ale najlepszy czy nawet bardzo dobry wieczór to nie był. Nieraz było
naprawdę dobrze, ciekawie, bez zarzutu, innym razem było słabo, człowiek czuł się wręcz
zażenowany... No cóż - mimo wszystko fajnie było w takim koncercie uczestniczyć, fajnie
jest usłyszeć taką orkiestrę i motywy przez nią grane na żywo. I mimo wielu niezbyt
pozytywnych wrażeń - całość jest jakimś doświadczeniem, to coś ważnego dla wszystkich
miłośników muzyki filmowej, do których oczywiście bezsprzecznie się zaliczam. Na szczęście
całość nie zniesmaczyła mnie aż tak, żebym zrezygnował z odwiedzenia filharmonii za rok,
przy okazji kolejnego koncertu muzyki filmowej. Pójdę na pewno i mam nadzieję, że kolejne
takie wydarzenie tym razem absolutnie "wgniecie" mnie w fotel.
Paweł Łudzeń - GRUBY:
Szedłem na ten koncert z wielkimi nadziejami pozytywnego skonfrontowania swojej
czysto teoretycznej wiedzy z praktycznym wykonaniem. Rzadko ma się bowiem szansę
usłyszeć na "żywo" wykonanie partytury, którą zna się doskonale w oryginalnym
brzmieniu. Ponadto całość potęgował fakt, że dyrygentem orkiestry miał być sam
Krzesimir Dębski, znany muzyk i kompozytor. I rzeczywiście, pan Dębski okazał się
człowiekiem niezwykle błyskotliwym, o niezłym poczuciu humoru, w szczególności
sytuacyjnego. Jednak jego zachowanie w końcowej części koncertu oraz indywidualne
solowe występy przy akompaniamencie orkiestry, pozostawiały czasem wiele do życzenia.
Sam koncert również miał bardzo zróżnicowany przebieg. Fragmentami było znakomicie,
w innych znowu miejscach bardzo słabo. Już sam początek wywołał u mnie trochę mieszane
uczucia - bardzo dziwne wykonanie utworu "Clubbed to Death" ze ścieżki dźwiękowej do
filmu Matrix jako wariacja tylko na orkiestrę. Warto zaznaczyć, że kompozytor nie
trzymał się sztywno zaplanowanego programu, więc o tym jaki utwór będzie grany
dowiadywaliśmy się bezpośrednio przed jego wykonaniem. Później było nieco lepiej w
motywie przewodnim do "Rosemary's Baby" Krzysztofa Komedy. Choć w tym akurat fragmencie
solowy występ na skrzypcach pana Dębskiego był zupełnie niepotrzebny i trochę nie na miejscu. Całkiem nieźle zagrane były również utwory do "Red Violin" (ze wpaniałym indywidualnym występem na skrzypce sztukmistrza orkiestry pana Pawełka) i "Cinema Paradiso", oba w formie zaaranżowanej wariacji. Nieco gorzej zostały zagrane fragmenty z "Autumn Leaves" i "Children of Sanchez". A już zupełnie negatywnie w odbiorze wypadł kawałek "Now We Are Free" z filmu Gladiator, który zupełnie nie wyszedł orkiestrze, prawdziwa kakofonia. Zdecydowanie najlepiej - co zrozumiałe - brzmiały fragmenty partytury skomponowane przez pana Dębskiego, w tym robocza muzyka do ukraińskiego filmu "Pierestrojka", która po raz pierwszy została zaprezentowana szerszej publiczności. Z kompozycji nie uwzględnionych w programie należy wspomnieć o bardzo przeciętnym zaprezentowaniu znakomitego motywu z "Schindler's List" Johna Williamsa, tym razem na klarnet w wykonaniu Wojciecha Mrozka, który obok Krzesimira Dębskiego był główną postacią wieczoru. W pewnym momencie koncertu za duży był również położony nacisk na motywy żydowskie, aczkolwiek ich wykonanie było całkiem przyzwoite.
Pozostała część nie jest warta szerszego omówienia. W każdym razie tak jak wspomniałem na samym początku - czasami było bardzo dobrze, czasami średnio, a czasami bardzo źle. Pomimo tego moje wrażenia z koncertu są jak najbardziej pozytywne. Choć z całą pewnością oczekiwania były dużo większe.
|
STRONA GŁÓWNA "MUZYKI" |