Czwartek, 29 czerwca - podróż do Madrytu
czyli trochę niezwiązanych z muzyką informacji wstępnych
 | |
Zgodnie z planem w trasę wyruszyłem z samego rana. Mój pociąg do Berlina z przesiadką we Frankfurcie nad Odrą odchodził z dworca głównego w Poznaniu, punktualnie o 6:22. Jak do tej pory wszystko było w jak najlepszym porządku. Podróż koleją nie była specjalnie wyczerpująca, choć fakt przesiadki na niemiecki Regional Express do Berlina był dla mnie wielką niewiadomą, szczególnie, że tą trasą jechałem po raz pierwszy. W wyniku niedoinformowania nie kupiłem wcześniej biletu na RE, a na przesiadkę miałem zaledwie 6 minut. Na szczęcie w moim przedziale siedział bardzo miły przedstawiciel zachodniego sąsiada, który w całej swej dobroci udzielił mi kilka bardzo istotnych rad. Dzięki drobnej pomocy wszystko odbyło się więc gładko i bilet za 8,50 euro zakupiłem u przemiłej niemieckiej konduktorki. Nie minęła godzinka i znalazłem się w punkcie przeznaczenia - Berlin Ostbahnhof. Teraz miałem już z górki. W kiosku dworcowym nabyłem pożywnego sandwicza oraz bilet na S-bahn numer 9, który powiózł mnie bezpośrednio do Schoenefeld Flughafen. Byłem na miejscu. Pierwszy etap podróży został zakończony sukcesem. Przede mną tylko parę godzin czekania na samolot. Dopiero o 15:45 stalowy ptak linii easyJet miał mnie zawieść do upragnionego portu docelowego - Madrytu.
Lotnisko Schoenefeld nie należy do największych, a terminal linii easyJet jest wręcz skromny, szczególnie, jeżeli pod uwagę weźmiemy liczbę odprawianych tam pasażerów. Dużo polskiej mowy i równie wiele bezradności w konfrontacji z nowoczesną techniką (mam tu na myśli stanowiska samodzielnej odprawy). Wielu obywateli naszego kraju na zadane im pytanie w dowolnym języku obcym odpowiada "non abla". Jest to bez wątpienia dodatkowe utrudnienie i powód niepotrzebnego stresu. Jako porządny obywatel poczułem się więc w obowiązku wesprzeć zrozpaczonych rodaków.
Obsługiwałem stanowisko "samodzielnej" odprawy drukując współobywatelom naszego wspaniałego "kaczolandu" boarding passy i naklejki na bagaż.
|  |
Miłym akcentem w oczekiwaniu na odlot było udzielenie pomocy miłej młodej dziewoi, która na wyjazd do Anglii zabrała ze sobą za dużo kosmetyków i innych niezbędnych precjozów, w wyniku czego zmuszona została do dokonania darowizny na rzecz przewoźnika z tytułu nadbagażu. Pech chciał, że nie dysponowała ona gotówką w walucie euro, a w jej portfelu znajdowały się tylko banknoty z podobizną królowej Elżbiety II. Do odlotu samolotu na Wyspy pozostało zaledwie 20 minut, i cóż ja biedny mogłem zrobić? Serce mi się krajało jak widziałem biedulę w takiej rozpaczy. Wymieniłem jej więc te funty na euro ponosząc przy tym niepowetowane straty. Za 20 funtów zapłaciłem 30 euro. O zgrozo!!! To była najgorsza wymiana w historii. Po przeprowadzonej kalkulacji doszedłem do wniosku, że jestem o 5 euro lżejszy. No cóż! Takie życie! Miałem jednak satysfakcje, iż pomogłem urodziwej pannie i jako dżentelmen poniesione straty zaliczyłem w poczet nieuniknionych kosztów podróży ;). W końcu sam wsiadłem do swojego samolotu i ruszyłem w stronę miejsca przeznaczenia. Trzy godzinki później dotarłem do celu (na temat jakości obsługi w tanich liniach lotniczych nie będę się rozpisywał, bo każdy, kto takimi liniami leciał, wie jak sprawa wygląda...).
Po wylądowaniu w stolicy Hiszpanii doznałem szoku. Lotnisko tam mają przeogromne. Prawie 15 minut zajęło mi dotarcie do stacji metra, która nota bene jest zlokalizowana w budynku portu lotniczego. Nie wiem, które miejsce zajmuje ono w rankingu największych lotnisk, ale jestem przekonany, że jest to jeden z największych obiektów tego typu w Europie.
Noclegi miałem zarezerwowane w hostelu tuż przy stacji metra, tak więc dojazd nie sprawił mi zbyt dużego kłopotu. Gorzej było z odnalezieniem samego budynku. W jednej kamienicy położonej w samym centrum miasta znajdowały się aż 4 różne hostele, a na zewnątrz nie figurowała żadna tablica informująca o tym fakcie. Na szczęście na opisie szczegółowo określono adres oraz piętro. Była prawie 20:00 wieczorem, a ja w końcu znalazłem się w swoim klimatyzowanym pokoju. Byłem wyczerpany podróżą. W sumie zajęła mi ona prawie 15 godzin. Wziąłem tylko szybki, zimny prysznic i poszedłem spać. W piątek z samego rana rozpoczynał się bowiem festiwal Soncinemad 2006 - cel mojej podróży.
CZYTAJ DALEJ: PIERWSZY DZIEŃ FESTIWALU >>