
2001 - UNUSED SCORE
MUZYKA: Alex North ROK PRODUKCJI: 1968 / 1993 WYTWÓRNIA: Varese Sarabande CZAS TRWANIA: 35:28 min.
Cóż, trudna to będzie recenzja, bo wiele w niej sprzeczności. Z jednej strony długo "polowałem" na tę płytę, z drugiej - jest ona wbrew pozorom łatwo dostępna. Płyta niemal legendarna, jednak nie żaden biały kruk. Muzyka na niej zawarta nie została użyta w słynnym filmie Stanleya Kubricka - trochę szkoda, chociaż z drugiej strony dobrze, że jej nie użyto... Zacznijmy od tego, że w końcu to "dzieło" kupiłem. Wkładam do odtwarzacza, słucham i... totalny zawód. Kompozycja nie jest może jakoś strasznie zła i być może pasowałaby idealnie do wizji reżysera, jednak moje oczekiwania były znacznie większe, a i sama partytura zdaje się nie być tym, czym miała być w planach. Możliwe, iż jest to spowodowane przerwaniem w połowie prac nad nią (stąd tak krótki czas trwania tej ścieżki) i nienależyte dopracowanie tej połowy, która zdążyła powstać. Ale niesmak i tak pozostaje. Niepodważalnym w moim mniemaniu zarzutem jest to, iż kompozycja Alexa Northa jest właściwie bez wyrazu. Fakt, sam wstęp ("Main Title") robi wrażenie, ale jest to chyba najjaśniejszy punkt tego wydania. Pozostałe utwory, nawet jeśli "świecą" - to z marnym skutkiem. Czas trwania całości to niby tylko ponad pół godziny, ale miejscami dłuży się strasznie i aż kusi, aby przeskoczyć ze słuchaniem trochę do przodu... Poszczególne ścieżki - nawet jeśli tworzą całość - trudno nazwać spójnymi czy uzupełniającymi się. Jest to ciężka w słuchaniu ilustracja, z brakiem bardziej charakterystycznych melodii czy elementów. Śmiem twierdzić - nieco ironicznie - iż ilustracja Alexa Northa to przypadek, gdzie nieużyta partytura sprawdziłaby się zdecydowanie lepiej w filmie niż poza nim, podczas "zwykłego" słuchania. Naprawdę trudny do określenia jest skutek zmęczenia i nudy, które wypływają z krążka - a niby wszystko wydaje się "być na miejscu"... Tam, gdzie potrzebne jest mocniejsze "wejście" - dostajemy orkiestrę w pełnym tego słowa znaczeniu. Tam, gdzie ma być cicho i spokojnie - słyszymy skrzypce i delikatnie poprowadzone (trzeba dodać, że orkiestrą dyryguje ś.p. Jerry Goldsmith) instrumenty dęte, flety, itp. Zatem wszystko wydaje się być ok, ale paradoksalnie zawodzi. Nie jest to płyta zła, ale na tle filmu i muzyki w nim ostatecznie użytej (oraz na tle innych płyt z muzyką filmową, jakich przesłuchałem) mogłaby być znacznie lepsza i "sympatyczniejsza" w odbiorze niż efekt końcowy. Niewykluczone, że kiedyś zmienię zdanie na temat tej partytury, być może uznam ją nawet za arcydzieło... Być może. Ale póki co - stawiam dwie gwiazdki + pół na zachętę. Nie odradzam, nie polecam - ryzyko podejmujcie sami. Albo stracicie dużo, albo zyskacie naprawdę wiele... |
![]() |
|
![]() |