(500) DAYS OF SUMMER - SCORE

MUZYKA: Mychael Danna, Rob Simonsen
ROK PRODUKCJI: 2009
WYTWÓRNIA: Sire Records
CZAS TRWANIA: 34:57 min.


01. MAIN TITLE
02. TROUBLE
03. THINGS WERE GOING SO WELL
04. I WANT TO GET HER BACK
05. ANAL GIRL
06. FRIENDS
07. IKEA
08. AFTER DANCE
09. SERIOUS
10. 87
11. ARM DRAWING
12. NOBODY CAN
13. ART GALLERY
14. NEW WAVE
15. I LOVE US
16. BLIND DATE
17. I'M NOT GOING
18. TRAIN RIDE HOME
19. SKETCHING AGAIN
20. TO THE ARCHITECT



Nie tak dawno przyszło mi zachwalać album z piosenkami do tego cudownego filmu. W międzyczasie światło dzienne ujrzał także i score - co prawda tylko w formie elektronicznej, ale jednak - co samo z siebie niejako narzuciło kolejną recenzję, do której zasiadłem z ochotą. Chęć była tym większa, iż wydaniu temu nie trzeba poświęcać ogromnej ilości czasu i tekstu. Zacznijmy więc!

Krążek rozpoczyna dokładnie ta sama melodia, co soundtrack - tyle tylko, że tym razem jest ona pozbawiona głosu narratora, a więc klarowniejsza i przyjemniejsza w odbiorze. To kawałek naprawdę uroczej, spokojnej melodii, która świetnie oddaje ducha filmu i może nie stanowi jego wielce charakterystycznego punktu, ale z pewnością łatwo ją z nim skojarzyć. I choć sam fragment jest stonowany i rozwija się powoli, to jednak jest to jeden z najlepszych i najbardziej pamiętnych momentów płyty. Cała reszta zlewa się trochę w jedno, a krótkie, chwilami zbyt krótkie ścieżki sprawiają, że słucha się tego albumu ciągiem i trudno zeń wyłonić jakieś lepsze czy gorsze momenty - szczególnie, że wszystkie mają bliźniaczo podobne tempo i stylistykę i jedynie kilka ma szansę w pełni się rozwinąć.

Większość tematów Danna i Simonsen oparli o podobne, fortepianowe brzmienie, do którego często dołączają delikatne smyczki i pojedyńcze instrumenty, jak dzwoneczki, klarnet, flety i elementy elektroniczne, którymi łagodnie doprawiono całość (patrz choćby pierwsze nuty tej płyty, czyli przefiltrowany przez komputer gwizd). Utworów żywszych jest jak na lekarstwo - "Trouble", "Ikea", "87" i "Art Gallery" to właściwie wszystko, co można wymienić - ale w końcu nie jest to film akcji. Tak więc nawet i one nie przekraczają dozwolonej prędkości i korzystają z podobnych rozwiązań. Partytura ta została zresztą napisana trochę na jedno kopyto (co bynajmniej nie jest zarzutem - szczególnie względem filmu) i trudno doszukać się tu naprawdę wyjątkowych, czy oryginalnych brzmień (utrzymany trochę w klimatach "Małej Miss" temat numer 10; prześliczne "New Wave" z wiolonczelową wirtuozerią i optymistyczne, narastające "Train Ride Home" to moje ulubione przykłady).

To nie jest z pewnością ilustracja zła, czy też nijaka - jest miła dla ucha i odprężająca. Ale też nie wybija się ponad przeciętną i nie zapada w pamięć. W filmie spisuje się dobrze jako nienachalne tło, które świetnie współgra z pozostałymi elementami, choć niewątpliwie zostaje przytłoczone rewelacyjnymi, charakterystycznymi dla danych scen piosenkami. Na płycie jest nieco gorzej - większość utworów bez odpowiedniego kontekstu nie jest w stanie się obronić i stają się one zwyczajnie nudne i miałkie, acz zachowują charakter całości. I choć nie da się nie zauważyć, że w tym samym roku spod ręki Danny wyszło podobne, acz nieco cięższe i bardziej dramatyczne "The Time Traveler's Wife", to można spokojnie przymknąć na to ucho. Te pół godziny mija szybko i bezboleśnie, a przede wszystkim naprawdę kojąco. I właśnie dlatego naciągam do pełnej trójki. Ale jakoś specjalnie polecał jednak nie będę. Poniżej okładka alternatywna.




Ocena:
Autor recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI