ADVENTURES OF TINTIN, THE

MUZYKA: John Williams
ROK PRODUKCJI: 2011
WYTWÓRNIA: Sony Classical
CZAS TRWANIA: 65:25 min.


01. THE ADVENTURES OF TINTIN
02. SNOWY'S THEME
03. THE SECRET OF THE SCROLLS
04. INTRODUCING THE THOMPSONS AND SNOWY'S CHASE
05. MARLINSPIKE HALL
06. ESCAPE FROM THE KARABOUDJAN
07. SIR FRANCIS AND THE UNICORN
08. CAPTAIN HADDOCK TAKES THE OARS
09. RED RACKHAM'S CURSE AND THE TREASURE
10. CAPTURING MR. SILK
11. THE FLIGHT TO BAGGHAR
12. THE MILANESE NIGHTINGALE
13. PRESENTING BIANCA CASTAFIORE
14. THE PURSUIT OF THE FALCON
15. THE CAPTAIN'S COUNSEL
16. THE CLASH OF THE CRANES
17. THE RETURN TO MARLINSPIKE HALL AND FINALE
18. THE ADVENTURE CONTINUES



"Przygody Tintina" to seria komiksów belgijskiego rysownika Georges'a Remi, znanego pod pseudonimem Hergé (wym. Erży - od zbitki inicjałów RG). Przygody młodego reportera o charakterystycznym fryzie i jego uroczego psa to nie tylko klasyka komiksu frankońskiego, ale fenomen na skalę europejską. Liczy się przede wszystkim fakt, że cykl ten rozszedł się dotąd w ponad 200 milionach egzemplarzy, a przetłumaczono go na przeszło 50 języków. Z czasem komiks dotarł też do Polski, jednak nie cieszy się u nas równie dużą popularnością co na zachodzie. Ciekawe, czy na popularyzację Tintina (wym. Tętę) w nadwiślańskim kraju wpłynie, goszcząca właśnie w kinach, ekranizacja od Stevena Spielberga i Petera Jacksona?

Choć filmowy Tintin jest zlepkiem historii z aż trzech różnych tomów i bliżej mu do młodego Indiany Jonesa, niż rysowanego pierwowzoru, to nie ma co ukrywać, że Spielberg po raz kolejny pokazał klasę w kinie przygodowym. Mimo, iż z początku trochę ciężko się przyzwyczaić do techniki motion capture, w jakiej film zrobiono, to jednak łatwo o niej zapomnieć i szybko można się zatracić w tej niesamowitej przygodzie. A skoro wybieramy się nań z kapitanem Spielbegiem, to oczywistym jest, że na pokładzie będzie też pierwszy oficer - John Williams. I tak, jak Spielberg potwierdził, iż wciąż jak mało kto potrafi kręcić filmy przygodowe, tak samo Williams - po trzyletniej przerwie od wielkiego ekranu - po raz kolejny udowodnił, że jest mistrzem filmowej ilustracji.

Mimo tak długiej i bogatej kariery, Tintin jest swoistym debiutem obu panów - to ich pierwszy animowany projekt. I przypuszczalnie dlatego tak dobrze wypadł, bo obaj podeszli do niego jak do zwykłego filmu, a nie do 'kreskówki'. Muzyka Williamsa wolna jest od mickey-mousingu, choć od pierwszej do ostatniej minuty wręcz emanuje niesamowitą ilością energii i optymizmem. Jest więc dokładnie taka, jak można było tego oczekiwać - awanturnicza, barwna, żywa i z humorem. Przy czym słuchając jej można bez trudu rozpoznać styl kompozytora, gdyż maestro podąża tu tą samą drogą, poetyką i orkiestracjami, jakie stosuje od dawien dawna. Tym samym można mu zarzucić, iż nie oferuje nic nowego. I wcale nie będzie to zarzut bezpodstawny - "Terminal", "Catch Me If You Can" czy też seria Indiana Jones to z łatwością narzucające się oczywistości. Williams zdecydowanie nie odkrywa Tintinem Ameryki, ale czy zabawa w muzycznego rewolucjonistę miałaby tu jakiś sens? Raczej nie - szczególnie, że i sam film rewolucją może być co najwyżej techniczną (a i to okaże się po latach). Amerykanin jest po prostu konsekwentny w swym podejściu do kolejnej wielkiej przygody. Ot, stary dobry Williams, którego niejednemu zapewne brakowało w ostatnich latach.

I jak na score starego, dobrego Williamsa przystało, tak i "Przygody Tintina" obfitują w ciekawe tematy, które w zależności od zapotrzebowania przewijają się przez cały krążek. Tym samym prawie każdy utwór wart jest uwagi. Skoncentrujmy się jednak tylko na tych najciekawszych, do których zalicza się z pewnością otwierający album utwór tytułowy. Ten lekko jazzujący kawałek, który ilustruje bardzo fajną, klasycznie animowaną czołówkę, przyjemnie wpda w ucho i świetnie wprowadza nas w klimat filmu/partytury. Podobnie "Snowy's Theme" - odnoszący się do równie ważnego bohatera filmu, psa Milusia - często gości na albumie. I choć wiele osób na widok cudnego czworonoga pewnikiem zawyje z radości, to na szczęście muzyce daleko do niestrawnej cukierkowatości. Otrzymujemy lekki, zwinny motyw, z bardzo ciekawymi fragmentami na fortepian rodem z chopinowskich koncertów. Równie ciekawie prezentuje się dynamiczny, oparty o instrumenty smyczkowe temat przypisany (z reguły podpitemu) kapitanowi Haddockowi (Baryłka) i jego legendarnemu przodkowi, Sir Francisowi. Możemy go usłyszeć w końcowym "The Adventure Continues", ale też i w "Captain Haddock Takes The Oars", "Red Rackham's Curse And The Treasure", czy "Sir Francis And The Unicorn". Ten ostatni to zresztą istna perełka i bodaj najlepszy utwór na płycie, ilustrujący epicką walkę dwóch okrętów podczas sztormu. Swoim brzmieniem przywołuje na myśl złoty okres Hollywood i korsarskie wyczyny ówczesnych klasyków z Erichem Wolfgangiem Korngoldem na czele. Słuchając tego utworu aż chciałoby się, by Spielberg nakręcił film o piratach, czy w ogóle o żegludze - choćby tylko po to, żeby Williams mógł skomponować cały score w takim stylu. W kawałku tym pojawia się zresztą interesujący temat słynnego "Jednorożca" - zatopionego statku wokół którego osnuto fabułę, a który naturalnie nie raz jeszcze dane nam będzie usłyszeć.

Znacznie bardziej 'kontrowersyjnie' jawi się mocno operowy fragment "Presenting Bianca Castafiore". W utworze tym wykorzystano unikalny wokal śpiewaczki Renee Fleming, która rewelacyjnie wykonała połączenie "Cyrulika sewilskiego" Gioacchina Rossinego i "Je veux vivre dans le reje" z opery "Romeo i Julia" Charlesa Gounod. Kawałek ten zdaje się pasować do reszty płyty jak Haslinger do ucha, co potęguje dodatkowo wieńczący całość dźwięk tłuczonego szkła. Aby jednak w pełni docenić ten motyw należy zobaczyć film, w którym odnajduje się on idealnie. W ogóle, co nie powinno nikogo dziwić, cała muzyka spisuje się idealnie w połączeniu z obrazem. Co więcej, "Przygody Tintina" to istny majstersztyk ilustracyjny - aż trudno sobie wyobrazić, jakby ta produkcja wyglądała bez partytury Williamsa. Na pewno straciłaby wiele ze swojego przygodowego charakteru - szczególnie w scenach akcji, w których Williams ze Spielbergiem zawsze świetnie się uzupełniali. Takie momenty, jak "The Pursuit of the Falcon", "Escape From The Karaboudjan" czy "The Clash of the Cranes" już na płycie robią wrażenie i porywają swą dynamiką, a co dopiero w połączeniu z filmem. Poza tym jedną z zalet muzyki z Tintina jest fakt, iż zyskuje ona wraz z kolejnymi odsłuchami, podczas których da się wychwycić sporo smaczków oraz ciekawych na- i rozwiązań.

Jednakże, mimo tych wszystkich ochów i achów, czegoś tej ścieżce zabrakło. I choć jest to praca niezwykle bogata tematycznie, to nie posiada tego jednego, wyrazistego tematu głównego - charakterystycznej nuty, którą od razu można by utożsamić z tym konkretnym tytułem. Przydałaby się ona tym bardziej, że przecież Spielberg i Jackson planują nakręcić całą trylogię o Tintinie. Szkoda więc, że w przypadku przygód francuskiego żurnalisty, Williams nie zdecydował się (jak to miało miejsce ze słynnym archeologiem i młodym czarodziejem) na nieco więcej indywidualności, tudzież bardziej oryginalnego klimatu. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to naprawdę dobry soundtrack. Może nie praca wybitna, niemniej stojąca na wysokim poziomie, o jakim wielu dzisiejszych kompozytorów może pomarzyć. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko radośnie oznajmić: "John is back!"

Ocena:
Autor: Maciej Wawrzyniec Olech - LAWRENCE
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI

Podziel się