AMERICAN BEAUTY - SCORE

MUZYKA: Thomas Newman
ROK PRODUKCJI: 2000
WYTWÓRNIA: DreamWorks
CZAS TRWANIA: 37:23 min.


01. DEAD ALREADY
02. A ROSE
03. POWER OF DENIAL
04. LUNCH WITH THE KING
05. MENTAL BOY
06. MR. SMARTY MAN
07. ROOT BEER
08. AMERICAN BEAUTY
09. BLOODLESS FREAK
10. CHOKING THE BISHOP
11. WEIRDEST HOME VIDEOS
12. STRUCTURE & DISCIPLINE
13. SPARTANETTE
14. ANGELA UNDRESS
15. MARINE
16. WALK HOME
17. BLOOD RED
18. ANY OTHER NAME
19. STILL DEAD



W rok po średniej składance z filmu wyszedł score autorstwa oczywiście Thomasa Newmana, który w pełni mnie usatysfakcjonował i posłał w zapomnienie poprzednią płytę. O ile mi wiadomo jest to najpełniejszy score do filmu, chyba, że ktoś wynalazł jakiegoś bootlega, ale wątpię. Kompozycja pierwsza (a także 18) pokrywa się z utworami umieszczonymi na końcu i początku poprzedniego wydania. I te w zasadzie mogę tu pominąć przypominając jednakże o tym, jak bardzo podobał mi się "Any Other Name" :) Muzyka z "American Beauty" jest ogólnie wyciszona i nie ma w niej większych wybuchów, werbli, itp.- cały czas pozostaje w jednym tonie, przypominając nam że stanowi wciąż tło filmu. Jest to jednak bardzo mocne tło, które nie nudzi i świetnie daje sobie radę samodzielnie. Przykładem jest utwór nr 2, od którego zaczniemy. Melodia spokojnia, ale rytmiczna (pojawia się w snach Lestera o Angeli), budzi szczególne odczucia - aż chce się zamknąć oczy i pomarzyć... "Power Of Denial" jest już z kolei bardziej żwawą kompozycją, jednak niezbyt oddaloną klimatem i rytmem od poprzedniej. Bardzo sympatyczna. Kolejny utwór wprowadza nas na nowe tory i jest jeszcze bardziej żwawy od poprzednika, chcociaż czerpie sporo z tematu przewodniego. "Mental Boy" przystopowuje i jednocześnie nadaje tajemniczości i nastroju pozostałym kompozycjom. Również piękna melodia. W podobnym tonie (ale o ileż różnym!) jest "Mr. Smarty Man". Z kolei następny za nim "Root Beer" jest już czymś zupełnie innym. Dalej mamy problem z numerem 8, gdyż dla mnie jest to ni mniej, ni więcej jak dłuższa wersja utworu pierwszego, która dodatkowo nie wnosi zupełnie nic oprócz przypomnienia tematu przewodniego. Odbiega od tego nieznacznie następna melodia, która jest czymś pomiędzy ww "American Beauty", a "Lunch with the King" - czerpie w każdym razie z obu tych kompozycji. "Chocking the Bishop" zaczyna się bardzo spokojnie i spokojny jest już prawie do końca, jednak wbudza lekki niepokój. Nr 11 z kolei to bardzo ładna ballada (że użyję takiego słowa) bezbłędnie wkomponowana w całą resztę. "Structure & Discipline" to chyba najspokojniejszy utwór na płycie - stonowany, czasem słabo słyszalny, a jednocześnie bardzo odprężający. "Spartanette", które jest bardzo podobne do nr 10 burzy ten spokój nabierając tempa, które znowu obniża się w scenie negliżu Angeli ("Angela Undress"). Potem poziom wyrównuje "Marine" nie dając nam jednak zasnąć, a kolejne dwa utwory przygotowują grunt pod koniec historii i przede wszystkim pod "Any Other Name" (nic nie poradzę, że mi się tak podoba ;) Płytę kończy "Still Dead", który jest kontynuacją "Dead Already" i jest też bardzo doń podobny. Reasumując: przepiękna płyta, która w niczym nie ustępuje "Road to Perdition", a od której bardziej podobał mi się może tylko "The Horse Whisperer". Dla fanów i nie dla fanów całkowicie polecam. Jedyny mankament to długość płyty (krótsza nawet od zwykłego soundtracku!!) i taki kwiatek jak "American Beauty". Cała reszta jest świetna. Mocne pięć gwiazdek.

Ocena:
Auto recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI