DIE HARD

MUZYKA: Michael Kamen
ROK PRODUKCJI: 1988 / 2002
WYTWÓRNIA: Varese Sarabande / Colosseum
CZAS TRWANIA: 74:27 min.


01. THE NAKATOMI PLAZA
02. GRUBER'S ARRIVAL
03. JOHN'S ESCAPE / YOU WANT MONEY?
04. THE TOWER
05. THE ROOF
06. THE FIGHT
07. HE WON'T BE JOINING US
08. AND IF HE ALTERS IT?
09. GOING AFTER JOHN AGAIN
10. HAVE A FEW LAUGHS
11. WELCOME TO THE PARTY
12. TV STATION / HIS BAG IS MISSING
13. ASSAULT ON THE TOWER
14. JOHN IS FOUND OUT
15. ATTENTION POLICE
16. BILL CLAY
17. I HAD AN ACCIDENT
18. ODE TO JOY
19. THE BATTLE
20. GRUBER'S DEPARTURE
21. LET IT SNOW! LET IT SNOW! LET IT SNOW!
     (INSTRUMENTAL VERSION) (Julie Styne, Sammy Cahn)



14 lat. Tyle musiał czekać Michael Kamen, aby wydano jego muzykę do absolutnej klasyki kina akcji - "Die Hard". Zadaniu temu wyszła na przeciw Varese Sarabande i trzeba powiedzieć, że odwaliła kawał fuszerki. Muzyka brzmi tutaj średnio, mamy sporo szumów i nagłych wyciszeń muzyki - nieoficjalne bootlegi wypadają o wiele lepiej pod tym względem. Ogółem całość po prostu źle odrestaurowano i jedynie ilość muzyki (ponad 70 minut) jest zadowalająca. Do tego Varese postanowiła "uczcić" to wydanie jedynie trzema tysiącami kopii. Tak więc limited edition, jak ostatecznie nazwano tą płytę, dostać jest niesamowicie trudno, trudniej nawet od bootlegów, których od czasu powstania filmu namnożyło się trochę. I to pierwsze minusy tej płyty. Kolejnym jest muzyka sama w sobie. Dokonanie Kamena jest bowiem jednym z tych, które dość trudno słucha się poza filmem. W samym zresztą obrazie ta muzyka brzmi absolutnie rewelacyjnie, dodając tempa, klimatu, a nawet suspensu. Na płycie jej odbiór jest już znacznie trudniejszy i w dodatku trzeba ją odsłuchać co najmniej kilkanaście razy, żeby w pełni docenić jej wartość.

Jak większość wie, w filmie użyto kilku utworów nie skomponowanych przez Kamena. Pierwszym takim fragmentem jest słynna "Oda do Radości", której użyciu przeciwstawiał się sam kompozytor, twierdząc, że nie można tak podchodzić do klasyki. Kamen zapierał się tak bardzo, iż zaproponował reżyserowi, że skomponuje osobny temat, oparty na kanwie "Ody...". McTiernan jednak nie zgodził się i dzięki temu scena otwarcia sejfu przeszła do historii kina. Ten utwór jest tu obecny jak najbardziej - jest to nr 18, "Ode to Joy". Drugim równie słynnym zapożyczeniem jest motyw Jamesa Hornera z "Aliens", a mianowicie "Resolution and Hyperspace". Użyty on został w finale filmu, także zastępując motyw przygotowany przez Kamena (i trzeba przyznać, że spisał się doskonale w tej roli). Co ciekawe, nie usłyszymy tego fragmentu w "Aliens" (tylko na wydaniu płytowym), gdyż Cameron wolał w danym momencie raz jeszcze oprzeć się na innym motywie - "Bishop's Countdown". Tego kawałka nie znajdziemy tu jednak. Podobnie, jak i brak ostatniego już zapożyczenia, czyli krótkiego motywu z oryginalnego "Man on Fire" Johna Scotta. Tego fragmentu McTiernan użył jako podkład do finałowego spotkania Johna z Alem Powellem - krótka, wzruszająca muzyka. W końcu brak tu końcowej, niesamowitej piosenki "Let it Snow! Let it Snow! Let it Snow!". Zaserwowano nam jedynie jej wersję instrumentalną, ale to już nie to samo. Jeśli zaś idzie o oryginalny podkład Kamena, to mamy tu praktycznie wszystkie ważniejsze motywy i fragmenty. Nie ma jedynie dwóch. Brak motywu Johna McClane'a, który oczywiście pojawia się w poszczególnych pozycjach, ale nie ma osobnego fragmentu z tą melodią. No i nie ma dość znaczącej pozycji ze sceny McClaine vs. Gruber i Karl w pomieszczeniu pełnym komputerów (wszyscy chyba pamiętamy słynne "Shoot the glass"). Ten motyw także słychać tu we fragmentach, np. "The Fight" czy "Going after John Again", ale nie ma go osobno, a cały był przecież znacznie bardziej rozbudowany i lepszy. Cała reszta już jest, co cieszy nas niezmiernie.

Cała muzyka charakteryzuje się trzema rzeczami, na które warto zwrócić uwagę. Po pierwsze ciągła atmosfera zagrożenia oraz bezustannej gry, jaką toczą pomiędzy sobą John i 'terroryści' ("Kto powiedział, że jesteśmy terrorystami?" ;). Kamen osiągnął to głównie za pomocą sekcji smyczkowej i dętej. Niemal co chwila słychać narastające rytmy wiolonczel i skrzypiec oraz niesamowite uderzenia w struny tychże. Dodatkowo towarzyszą temu cymbały, czasem syntezatory i gitara elektryczna oraz perkusja. Tworzy to właśnie niesamowity, wspomniany wyżej, klimat. Po drugie co chwila słychać różnorodne dzwoneczki, cymbałki czy zwykłą akustykę, które przywodzą na myśl okres, w jakim toczy się akcja filmu, a mianowicie święta Bożego Narodzenia. W porównaniu z atmosferą zagrożenia daje to świetny efekt, aczkolwiek głównie filmowo niż muzycznie. W końcu po trzecie motyw głównego bohatera, którym to kompozytor wyprowadził wszystkich, łącznie z widzami oczywiście, w pole. Bowiem motyw Johna McClane'a, który dość często pojawia się tak w filmie, jak i na płycie, jest motywem nieco smutnym, dramatycznym. A ponieważ bohaterowie zwykli dostawać charyzmatyczne, pompatyczne lub po prostu heroiczne motywy, toteż wszyscy myśleli, że poczciwy glina może nie ujść z życiem w tym obrazie. Oczywiście to, że stało się inaczej, w żaden sposób nie psuje tego motywu, który potem sprawdzał się przecież i w kolejnych częściach. Niestety powyższe podpunkty doskonale sprawdzają się wyłącznie w filmie. Ich płytowe zastosowanie owszem, podoba się, ale na dłuższą metę (przypominam o czasie trwania całości) może nudzić i męczyć. Jest to w końcu czysta muzyka ilustracyjna z paroma tylko elementami sprawdzającymi się poza obrazem. I właśnie zamiast skupiać się na każdym utworze z osobna, postaram się wymienić te najlepsze według mnie "pozaobrazowe" fragmenty. Pomijając "Odę do Radości", marną ilustracyjną wersję piosenki oraz nutę McClane'a, pierwszym takim utworem będzie z pewnością "The Nakatomi Plaza". Jako pierwszy utwór na płytce ciekawi, tym bardziej, że Kamen zastosował dla niego osobny motyw w postaci orientalnych aranżacji, które przykuwają uwagę co wprawniejszego ucha i równie mocno intrygują, co powoli, powoli dąży do tego, co reprezentuje "Gruber's Arrival", czyli motywu zagrożenia, który zresztą bardzo ładnie się łączy z poprzednim. Następnym takim dość przyjemnym fragmentem jest króciutki "The Fight" - dynamiczny motyw, jak sama nazwa wskazuje, walki. Ale to tylko wprowadzenie i przedsmak tego, co zgotował nam Kamen później. Mam tu na myśli dwa utwory, które wybijają się ponad inne nie tylko swoim długim czasem trwania (oba blisko 10 minut), ale i możliwościami, jakie ukazują. "Assault on the Tower" oraz "The Battle" to niesamowite ferie dźwięków, które słucha się jednym tchem. Kamen stosuje tu tyle sztuczek i rozwiązań, że aż trudno się połapać. Do tego oba są po prostu rewelacyjne mając w sobie ładunek emocji, który starczyłby i na dwie takie płyty. Jest tu wszystko: orkiestra, perkusja, syntezatory, gitara elektryczna i cała gama instrumentów, jakie już słyszeliśmy i jakie dopiero usłyszymy. Za fakt, jak niesamowite są te ścieżki, niech posłuży to, że za każdym razem gdy ich słucham, to wychwytuję coś nowego. Motywy te odpowiadają zresztą równie niesamowitym filmowym wydarzeniom. "Assault on the Tower" obrazuje pierwszą potyczkę policji z ludźmi Grubera, oraz działającego w tej samej chwili McClane'a; natomiast "The Battle" to ilustracja końcowego ataku helikopterów i walki, jaka w tym czasie toczy się w środku. Te dwie ścieżki są główną siłą napędową płyty i są po prostu najlepsze, co zawdzięczają także rozłożeniu ścieżki (umiejscowione są w środku i na samym końcu krążka). Całość moich 'best of the best' zamyka ostatni utwór - "Gruber's Departure". Jest to fragment ze sceny śmierci Grubera, który osiąga największy na płycie poziom suspensu i dramaturgii na sekundę. Narastające w tle dzwoneczki oraz skrzypce i sekcja dęta robią swoje. I choć dopiero w połączeniu z twarzą spadającego Alana Rickmana utwór ten osiąga apogeum, to i na płycie robi niemałe wrażenie. I gdyby nie następująca po niej ilustracyjna wersja piosenki, to byłby tzw. full-wypas. Pozostałe melodie to już czysta ilustracja, w którą trzeba się zagłębiać wielokrotnie, ażeby wyłapać wszystkie smaczki i w pełni je docenić. Do czego oczywiście zachęcam.

Niezaprzeczalnie jest to muzyka stanowiąca absolutną jedność z filmem. Nie wyobrażam sobie działa McTiernana bez niej (mimo, iż świetnie sprawdziły się też kawałki zapożyczone), a i sama muzyka bez filmu to też nie to samo. Także jeśli miałbym oceniać muzykę w filmie, dałbym bezapelacyjnie najwyższą notę. Ponieważ jednak oceniam płytę, to wystawiam dokładnie środeczek tejże, czyli 3 gwiazdki. A poniżej okładka wydania Pony Tail - płyty promocyjnej z mniejszą ilością utworów, ale zawierającej wyodrębnione tematy z "Aliens" i "Man on Fire". Płyta ta, oprócz okładek, może różnić się także nazwami utworów (np. "Powell's back in action" odpowiada "Resolution"). Jest jeszcze complete score - i w tym momencie zapraszam do osobnej recenzji...




Ocena:
Autor recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI