ELFEN LIED

MUZYKA: Kayo Konishi, Yukio Kondou
ROK PRODUKCJI: 2004
WYTWÓRNIA: AMRS
CZAS TRWANIA: 41:01 min.


01. LILIUM (OPENING VERSION)
02. LILIUM
03. KATSUBOU
04. SHINKAI
05. HANAYOU
06. SENKOU
07. YUREAI
08. JOUZAI
09. RIN'NE
10. YAKUSOKU
11. HAKURI
12. USO SORA
13. YOUKOU
14. NEJI
15. AMERSUYU
16. LILIUM (SAINT VERSION)



W recenzji anime "Elfen Lied" jeden z akapitów poświęciłem ścieżce dźwiękowej autorstwa Kayo Konishiego i Yukio Kondou. W tym miejscu postaram się szerzej i dogłębnie opisać efekt współpracy tandemu japońskich kompozytorów. Tematyka, jaką podejmuje anime, będące hybrydą romansu, haremu i horroru, wymagała bardzo zróżnicowanej muzyki. Takiej, która sprawi, że wszystkie elementy składowe historii zazębią się także w sferze audio. Obaj twórcy swoje zadanie wykonali znacznie lepiej niż poprawnie, oddając nam doskonały kawałek muzyki ilustracyjnej. W kolejnym akapicie, opisując poszczególne utwory, będę odnosił się do scen, jakim towarzyszą w anime. Zatem, jeśli ktoś serialu nie obejrzał, część dalszą czyta na własną odpowiedzialność.

Krążek otwiera utwór "Lilium" w wersji z Openingu, czyli z żeńskim wokalem. Stylowa piosenka śpiewana po łacinie już na zawsze kojarzona będzie tylko z tą produkcją. Jej jednostajne, acz wysokie i podniosłe tempo, wraz z treścią jaką ze sobą niesie (polecam znaleźć polskie tłumaczenie), stanowi idealną introdukcję do opowiadanej historii. "Lilium" na płycie pojawia się w pełnej krasie jeszcze w dwóch aranżacjach: "Lilium" to znana melodia okraszona pięknym żeńskim chórem - w anime ilustruje choćby przepiękną scenę pomiędzy Lucy a Koutą na schodach w ostatnim odcinku. "Lilium" w formie "Saint" to rozbudowana względem oryginału wersja z monumentalnym męskim chórem na pierwszym planie. Kawałek zaiste potężny, obrazujący dramatyczne spotkanie dyrektora Kuramy z córką. Słynny już motyw pojawia się na płycie jeszcze kilka razy. Nie jest to jednak próba pójścia na łatwiznę i budowanie muzycznej ilustracji na jednym motywie, ale różnorakie aranżacje, które z osobna odpowiadają konkretnym stanom emocjonalnym bohaterów czy nastrojowi danej sceny, a są to: "Rin'ne", "Yakusoku" oraz optymistycznie brzmiące "Ametsuyu".

Nie samym jednak "Lilium" partytura stoi i na płycie znajdziemy także zupełnie różne od siebie kawałki. "Katsubou" i "Shinkai" to różniące się od siebie technicznym wykonaniem, ale podobne nastrojowo utwory. Są to kawałki melancholijne, smutne, w których pojawiające się skrzypce tworzą w dodatku uczucie swoistej nostalgii. "Hanayou" to krótki, spokojny utwór odgrywany na pianinie, który w animacji ilustruje miejsce sacrum bohaterów, czyli zajazd, w którym mieszka Kouta wraz z dziewczynami. "Senkou" to elektroniczny, chaotyczny kawałek, będący tłem dla scen pojedynków między Dicloniusami oraz pomiędzy Lucy a Bando. Bardzo przypadł mi do gustu utwór "Yureai", który odgrywany na tradycyjnych japońskich instrumentach tworzy wrażenie pustki. Idealnie obrazuje smutny los małej Lucy, odtrąconej i skrzywdzonej z powodu swojej odmienności. "Jouzai" i "Hakuri" są pełne ciężkich brzmień, które idealnie wpisują się w tematykę horroru. W "Elfen Lied" usłyszymy je podczas momentów grozy oraz w chwilach "powrotu" z Nyuu do Lucy. "Uso Sora" i "Neji" to spokojne fragmenty, zabarwione jednak nutką niepewności i tajemnicy. Pierwszy z nich pojawia się z chwilą, kiedy po raz pierwszy widzimy zabójczą Mariko. Ostatnim kawałkiem na krążku jest radosny i skoczny "Youkou", bodaj jedyny tak "niezobowiązujący" i lekki utwór tej partytury. Dodam, że bardzo przyjemny.

Zbliżając się do wystawienia oceny końcowej muszę wspomnieć o pewnym braku oraz dziwnej tendencji do skracania niektórych utworów. W oficjalnym wydaniu nie usłyszymy bowiem piosenki z Endingu pt. "Be Your Girl", ale biorąc pod uwagę fakt, że raczej średnio pasuje do całości i klimatu serialu, nie jest to duża strata. Denerwuje za to sytuacja, w której utwór, często dłuższy w anime, tutaj występuje w wersji znacznie skróconej. Mówię przede wszystkim o drugim kawałku na płycie, "Lilium", które to powinno trwać co najmniej dwa razy dłużej. Podobnie rzecz ma się z "Hanayou". Nie są to jednak na tyle poważne wady, aby przysłonić ogólne wrażenie. A to jest bardzo dobre, gdyż otrzymujemy różnorodny, kipiący od emocji soundtrack. I mimo drobnych braków, zachęcam do przesłuchnia, bo naprawdę warto.

Ocena:
Autor recenzji: Michał Włodarczyk - ANIELSKI PYŁ
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI