
FACE/OFF
MUZYKA: John Powell ROK PRODUKCJI: 1997 WYTWÓRNIA: Hollywood Records CZAS TRWANIA: 41:42 min.
"Face/Off" jest kolejnym filmem w dorobku mistrza kina akcji John'a Woo. Filmem, który połączył na ekranie sylwetki dwóch wielkich aktorów w niecodziennym pojedynku - zdobywcę Oscara Nicholasa Cage'a i John'a Travolte. Agent FBI Sean Archer (Travolta) od kilku lat bezskutecznie ściga groźnego terrorystę Castora Troy'a (Cage), który jest odpowiedzialny za śmierć jego kilkuletniego syna. W końcu terrorysta wpada w pułapkę zastawioną przez FBI. Śmiertelnie - wydawałoby się - ranny Troy umieścił jednak bombę gdzieś w centrum Los Angeles. Jedyną szansą znalezienia ładunku wydają się być przebywający w więzieniu brat terrorysty. Aby wykorzystać szansę Sean Archer decyduje się na szalony eksperyment - za pomocą skomplikowanej operacji chirurgicznej otrzymuje twarz Castor'a... Ścieżkę dźwiękową do filmu "Face/Off" otwiera temat sceniczny o dokładnie odwrotnym tytule - "Face On". Dotyczy on poczštkowej sekwencji (scena na karuzeli), podczas której ginie syn Seana Archer'a... I właściwe jest to jedyny fragment kompozycji, o którym można się w całości pozytywnie wypowiedzieć. Pozostała część muzyki posiada dwa oblicza. Pierwsze z nich przedstawia się bardzo słabo. Za dużo jest muzyki elektronicznej, która swoją przeciętnością spycha zupełnie na drugi plan inne elementy. Pojawia się zupełny brak spójności, zupełny brak konsekwencji w zaznaczaniu kulminacyjnych fragmentów oraz uparte i bezsensowne nadużywanie bębnów, gitary i basowego uderzenia, które z założenia ma ilustrować wszystkie bardziej dynamiczne momenty filmu, jak pościgi czy strzelaniny. Do tego dochodzą katastrofalne chórki, zupełny brak wyrazu, a zabieg Johna Powell'a, który ma na celu fragmentalne połączenie muzyki klasycznej z elektroniczną to prawdziwa kakofonia. Gdyby pominąć tytuły utworów, które zresztą i tak niewiele mówią, trudno nawet zorientować się, który moment filmu ilustruje dany fragment kompozycji. Poza tym agogika, czyli całokształt problemów dotyczących tempa w utworze, które w przypadku tej narracji zmienia się jak chorągiewka na wietrze. Chaotyzm, bezład, nieuporządkowanie... Jednak drugie oblicze podkładu Johna Powell'a to już naprawdę bardzo dobra kompozycja. Niestety tych pozytywnych aspektów w przekroju całości jest mniej, a większość z nich dotyczy fragmentów narracji w wykonaniu klasycznej orkiestry. Na całe szczęście mają one swoje rozwinięcia we wszystkich utworach scenicznych. Ładnie zsynchronizowane instrumenty smyczkowe, które tworzą jakby zupełnie inną kompozycję, w żaden sposób nie związaną tematycznie z pozostałą, bardzo słabą częścią. Nawet chórki w tych fragmentach wypadają znacznie lepiej. Oczywiście podział ten nie jest w żaden sposób uwidoczniony i trzeba niestety cierpliwie wysłuchać całości, aby natrafić na wszystkie miejsca w klasycznej interpretacji. Warto jeszcze wspomnieć, że dwa tematy sceniczne - "No More Drugs For That Man" oraz "Hans' Loft" to utwory dodatkowe autorstwa Gavina Greenaway'a. Muzyka pana Powell'a znacznie lepiej prezentuje się w odniesieniu do obrazu. Poza nim brakuje jej choćby cienia indywidualności, oryginalności a czasami nawet zwyczajnej melodyjności. Brzmi nijako, jest nudna. Dotyczy to tylko i wyłącznie tej części kompozycji, która wykorzystuje muzykę elektroniczną lub wszelkiego rodzaju kompilacje tego rodzaju muzyki z klasycznym wykonaniem. Gdybym miał wystawić ocenę tylko orkiestralnej stronie partytury Johna Powell'a, to oscylowałby ona w granicach nawet czterech gwiazdek. W przypadku całości wyciągnięcie oceny średniej niestety byłoby zabiegiem trochę na wyrost. Przyjmując więc, że maksymalna ocena wyniosłaby 4 w stosunku do klasycznej części, a minimalna 1 w stosunku do pozostałej części ścieżki dźwiękowej, zdecydowałem się przyznać dwie gwiazdki. Skomplikowane, ale mam nadzieję, że w miarę sprawiedliwe. |
![]() |
|
![]() |