FEARLESS

MUZYKA: Różni wykonawcy
ROK PRODUKCJI: 1993
WYTWÓRNIA: Elektra / Nonesuch
CZAS TRWANIA: 53:44 min.


1. MAX - Maurice Jarre
2. MAI NOZIPO (MOTHER NOZIPO) - Kronos Quartet
3. POLYMORPHIA - Krzyszof Penderecki
4. SIN ELLA - Gipsy Kings
5. FEARLESS - Maurice Jarre
6. SYMPHONY No. 3 (SYMPHONY OF SORROWFUL SONGS,
    FIRST MOVEMENT) - Henryk Górecki



"Fearless" to przepiękny film, który opowiada o śmierci, a mimo to niesie potężną dawkę optymizmu i sprawia, że inaczej spoglądamy na świat. "Fearless" to film niezwykły. A płyta? Cóż, na płytę czekałem już od dłuższego czasu. Znając jej artystyczną zawartość oraz będąc bardzo dobrze zaznajomionym z obrazem, musiałem ją wcześniej czy później odsłuchać. "Fearless" okazała się jednak płytą bardzo rozczarowującą, bardzo trudną pozycją. "Fearless" okazała się płytą bardzo męczącą i dołującą, a mimo to bardzo piękną. "Fearless" to płyta, którą ciężko jednoznacznie sklasyfikować. W końcu "Fearless" to krążek o dość dziwnej strukturze. Nie jest to bowiem score czy soundtrack w dosłownym znaczeniu tych słów. Utwory skomponowane do filmu poprzekładane są utworami z muzyki poważnej (dodajmy, że polskiej muzyki poważnej) i ponadto z piosenką typowo taneczną. Do tego całość tworzą dwa średniej długości utwory, jeden bardzo króciutki i trzy długie, co daje razem prawie godzinę słuchania. Na pewno nie zawodzi "główny wykonawca", czyli Maurice Jarre, którego utwory "Max" i tytułowy to bardzo klimatyczne, ciche, swoiste dzieła, których słucha się bardzo dobrze. Podoba mi się także Mai Nozipo niesamowitego jak zawsze Kronos Quartet. Jest to jeden z dwóch "wesołych" fragmentów płyty i jeden z tych dłuższych. Drugim "wesołkiem" jest Gipsy Kings i "Sin Ella", z którego to udziałem jedna ze scen w filmie robi niesamowite wrażenie. I to właściwie te cztery (na sześć możliwych) utwory ratują płytę przed niską oceną, bowiem umieszczenie na płycie kompozycji Henryka Góreckiego i Krzyszofa Pendereckiego było błędem. O ile jeszcze ta pierwsza jest do zniesienia, to jest ona na tyle długa i monotonna, że można by spokojnie się bez niej obejść. Natomiast "Polymorphia", to już prawdziwa katorga - nie jestem nawet pewien czy wytrzymałem do końca tego ponad 10-minutowego utworu. Oba te kawałki nie pozwalają wystawić oceny nawet o pół gwiazdki wyższej, jednak i tak jest zbyt sprawiedliwie, jak na te dwa, zajmujące połowę płyty, utwory. Ktoś mi powiedział nawet, że są to idealne kawałki dla samobójców - jak tylko usłyszą, od razu skoczą. Cos w tym jest... Podsumowując - warto, dla czterech dobrych, aczkolwiek nie znakomitych utworów, które ratują płytkę przed niską oceną. Mimo tego kupujących ostrzegam, że robią to tylko na własne ryzyko. W filmie poszczególne kawałki brzmiały dużo lepiej, więc może jeszcze raz obejrzę ten film...

Ocena:
Auto recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI