
HARRY POTTER AND THE GOBLET OF FIRE
MUZYKA: Patrick Doyle ROK PRODUKCJI: 2005 WYTWÓRNIA: Warner Bros. / Warner Sunset CZAS TRWANIA: 75:57 min.
Pamiętam, kiedy dowiedziałem się, że muzykę do filmowej adaptacji "nowego światowego bestsellera dla dzieci" (!!!) pt. "Harry Potter" napisze John Williams. Przygody młodych czarodziejów były u nas jeszcze prawie nieznane (pierwsze dwa tomy ukazały się jesienią 2000 roku, gdy w Anglii ruszały zdjęcia do ekranizacji). Zatrudnione przy projekcie nazwiska - takie jak Chris Columbus (reżyser), John Seale (zdjęcia) czy Stuar Craig (scenografia) świadczyły o tym, że szykuje się wielkie wydarzenie. Wkrótce i ja zapoznałem się z cyklem J.K. Rowling. I od samego początku po prostu wiedziałem, że John Williams, autor być może najbardziej 'magicznej' filmowej partytury wszechczasów - "E.T." - jest jedynym kompozytorem, który może wziąć się za "Harry'ego". I nie zawiodłem się. Soundtrack Williamsa, nominowany zresztą później do Oscara, był jedną z najmocniejszych stron infantylnego, nudnego jak flaki z olejem filmidła Columbusa; moim zdaniem to właśnie on uchronił "Kamień Filozoficzny" przed zupełnym wyzzuciem z jakichkolwiek emocji. Ścieżka dźwiękowa do kolejnej części czarodziejskiej sagi, "Komnaty Tajemnic", z lekka "podtunningowana" przez Williama Rossa, była tak samo dobra jak pierwsza. Ale prawdziwą magię Williams osiągnął dopiero na trzecim krążku, "Więźniu Azkabanu"; niesamowitego "Double Trouble" (ze słowami z szekspirowskiego "Makbeta") nie da się zapomnieć, a "Buckbeak's flight" to jeden z najpiękniejszych motywów w jakże bogatej przecież dyskografii kompozytora. Dlatego też byłem jedną z wielu osób, które przez długi czas nie mogły uwierzyć, że Williams "rzuca" cykl o Potterze, przekazując batutę Patrickowi Doyle'owi. Mistrz tłumaczył się, że musi skupić się na "Zemście Sithów", "Wojnie światów" i jeszcze kilku partyturach, i po prostu na czarodziejską sagę nie ma już czasu. Nie dość, że brzmiało to banalnie, to jeszcze przygnębiło mnie pytaniem: "co dalej"? Nie żebym do Doyle'a coś miał. To niewątpliwie dobry kompozytor, chociaż póki co ma na swoim koncie stosunkowo mało filmów, a żadna z jego ścieżek dźwiękowych, łącznie z "Wielkimi Nadziejami" i nominowaną do Oscara "Rozważną i romantyczną" , nie zachwyciła mnie na tyle, by przyjrzeć jej się dokładnie. Nie nastawiałem się jednak negatywnie. Przede wszystkim byłem pewien, że Doyle okaże szacunek Williamsowi, pozostawiając przynajmniej kilka jego tematów, przez co zmiana kompozytora nie będzie tak mocno odczuwalna. Niestety, myliłem się. Słynne już "Hedwig's Theme" (odpowiednik "Star Wars Theme" z cyklu Lucasa) pojawia się wprawdzie już na samym początku, w bardzo dobrym, mocnym i rytmicznym, chociaż niestety krótkim kawałku pt. "The Story Continues"... ale na tym koniec. Doyle nie bawi się w kopiowanie Williamsa. Można by to uznać za plus, pewną indywidualność, ale nie w przypadku serii, która w jakiś sposób musi być ciągła. Ok, zaraz usłyszę "ale zmiana lokalizacji Hogwartu u Cuaróna ci się podobała?". Muszę więc sprostować: owszem, ale tam chodziło o coś zupełnie innego. Cuarón przewróceniem świata czarodziejów na drugą stronę w jakiś sposób uratował czarodziejską sagę, ochraniając ją przed zupełnym spłaszczeniem i sprowadzeniem w sztywne, infantylne formy "hiciora" dla dzieci. Z Doylem to zupełnie inna sprawa. Temat główny - w tym wypadku akurat "Hedwig's Theme" - nie po to jest tematem głównym, aby zepchnąć go na boczny tor w dwóch czy trzech urywkach. Trąci tu trochę niespójnością. Tym bardziej, iż Doyle nie zmienia "stylu" partytury (chociaż jest trochę bardziej monumentalna, to trzeba przyznać). Po prostu zapomina, że seria miała poprzednie części. A, na litość boską, to jest "Harry Potter"... Jaką krzywdę wyrządziłoby Doyle'owi wetknięcie motywu przewodniego do jeszcze kilku kawałków? Ale przejdźmy do rzeczy. Częściowe oderwanie się od korzeni jest najpoważniejszym zarzutem, jaki stawiam Doyle'owi, ale nie jedynym. Cały soundtrack jest bowiem dość nierówny i budzi mieszane uczucia, nie tylko z powodów, które wymieniłem powyżej. Jak już napisałem, zaczyna się świetnie. "Story Continues", zarówno w filmie, jak i podczas słuchania muzyki "na sucho", od razu wrzuca nas w magiczny świat. Główny temat wyznaczają smyczki, na samym końcu pojawiają się dzwoneczki - cecha rozpoznawcza Williamsa. Tajemniczy i równie dobry jest kolejny kawałek "Frank Dies". Co ciekawe, uchwyciłem w nim (pomiędzy 22 a 25 sekundą) melodię żywcem wyjętą z "Milczenia owiec". Niby tylko trzy sekundy, może zwyczajnie złudzenie, ale starczy, by przypomnieć Howarda Shore'a. Forma Doyle'a nie spada także przy kolejnym utworze, pt. "The Quidditch World Cup". Jest on jakby podzielony na dwie części: pierwsza, znowu oparta głównie na instrumentach smyczkowych, ilustruje pojawienie się na stadionie Irlandczyków, zaś druga - drużyny Bułgarów. Jest to mocny, zdecydowany kawałek, w którym główną rolę odgrywają instrumenty dęte, kotły i bębny, a co kilka sekund pojawia się ludzki krzyk. Nadaje to tej partii nieco "dziki" charakter; idealnie pasuje tu do wizji Bułgarów (czytaj: Słowian, czytaj: Rosjan), przedstawionej przez "typowego Anglika" Mike'a Newella. Niemniej, jest to jeden z najlepszych urywków całego soundtracku. Emanuje mocą i energią, której w dalszych utworach nie znajdziemy. Kolejny kawałek, "Dark Mark", pokazuje jednak, że Doyle, odcinając się od tematów z poprzednich części "Pottera", jednocześnie próbuje naśladować styl Williamsa, ale niestety nie tam, gdzie powinien. Ilustrujący zamieszanie na polu namiotowym utwór jest po prostu... nijaki. Kompozytor waha się tutaj pomiędzy grozą a liryką, niezgrabnie przechodzi z szybkiego, symfonicznego stylu do delikatnych dzwoneczków. Tak, jakby nie mógł się zdecydować na żadne z nich lub nie wiedział, co ów fragment ma ilustrować. Na szczęście następna partia, "Foreign Visitors Arrive", rozpoczynająca się smyczkowym wykonaniem "Hedwig's Theme", robi znakomite wrażenie. Zbudowana jest podobnie jak "Quidditch World Cup", zawiera dwie części, jedną - akompaniującą przybyciu Francuzek i drugą - akompaniującą przybyciu Bułgarów. Niestety, jest to ostatni naprawdę dobry utwór przed serią tak zwanych "muzycznych flaków". Kawałek "Goblet of Fire", który zgodnie z tytułem powinien być jak najbardziej charakterystyczny i łatwo wpadający w ucho, jest cichy i niezdecydowany. Utrzymany w duchu Williamsa jest niewątpliwie kawałek siódmy, pod tytułem "Rita Skeeter"; jednakże same dzwonki nie tchną w muzykę magii, potrzebne jest to "coś", czego kompozycja owa nie posiada. Tak samo rzecz ma się z "Sirius Fire"; przez pierwsze 15 sekund tylko czekałem na znajomy z "Gwiezdnych wojen" ornament ;). Utwór ten jest spokojny i cichy, ale urywa się w najbardziej ciekawym momencie. Następną kompozycją jest "Harry Sees Dragons" z początkiem opartym na fletach i budzącą się powoli orkiestrą. Bardzo nierówny jest numer 10 - "Golden Egg". Zaczynająca się ciekawie partią z triumfalnym, zagranym "pełną gębą" tematem (przypomina mi się suita z "Matrixa Reaktywacji"), bardzo dobrą linią instrumentów dętych i podnoszących napięcie smyczków, po jakimś czasie cichnie, by potem znowu nabrać tempa, ale już nie w tak dobrym stylu. Trąci tu trochę chaosem. Wiem, że napisanie dobrej muzyki do sceny pościgu to wbrew pozorom trudna sztuka, ale... No właśnie, ale. Mimo wysiłków orkiestry "Golden Egg" pozostaje mało dynamicznym kawałkiem. "Neville's Waltz" to ciekawy utwór, w bardzo poważnym stylu, przywodzący niemal od razu na myśl Straussa; kolejna część, "Harry In Winter", to niemal romantyczny, dobry temat, trochę melancholijny, smutny - z pewnością jeden z lepszych na płytce. Nie podobał mi się z kolei "Potter Waltz". Może po części dlatego, że ilustruje on jedną z mniej udanych (niemal żenującą) scen, a może dlatego, że jeden utrzymany w tej tonacji utwór - "Neville's Waltz" - najzupełniej według mnie na krążku wystarczy. "Underwater Secrets" to kolejna partia podzielona jakby na dwie części; pierwsze 80 sekund to zdecydowanie najbardziej "magiczny" kawałek całej ścieżki, a resztę stanowi śpiew kapitalnego "podwodnego" chóru z ciekawym żeńskim wokalem. Napisałem "podwodnego", ponieważ nawet bez znajomości filmu skojarzyłbym go z wodą (na przykład z kuszącymi marynarzy namiętnymi syrenami ;). Kontynuacja "Podwodnych Tajemnic", "The Black Lake", jest również udana, chociaż - przez swoją monumentalność - już nie tak... hm, fascynująca? Widać, że Doyle chwilami gubi się we "większych" kawałkach, kiedy ma nadać muzyce więcej energii i dynamiki. Bardzo podoba mi się "trybunowy" utwór "Hogwarts' March" (chociaż to nie to samo co nasze "Polska! Biało-Czerwoni!" ;). Widać, że Doyle "ma rękę" do instrumentów dętych. Utwór ten mógłby być hymnem Hogwartu - bo znajdujący się pod numerem 21 "Hogwarts' Hymn" jest tylko przeciętnym, tanim, "happy endowym" chwytem z bardzo ładną melodią, którą można by wcisnąć gdzieś indziej. Ale wróćmy do numeru 17, czyli "The Maze". Po przesłuchaniu go byłem nieco zirytowany. Z filmu nie zapamiętałem wprawdzie, by scenom w labiryncie towarzyszyła specjalnie zajmująca kompozycja... ale wiecie, jak to jest przy oglądaniu filmu. Pisząc te słowa, słucham "The Maze" i zastanawiam się, czy naprawdę pana Doyle'a nie było stać na skomponowanie czegoś ciekawszego, budzącego grozę...? Sceny w labiryncie średnio przypadły mi do gustu - może wina tkwi właśnie w braku dobrej muzyki? Nie od dziś wiadomo, że w budowaniu napięcia ścieżka dźwiękowa ma do powiedzenia prawie tyle, ile dobry scenariusz; słuchając tysięczny raz "Omenu" Jerry'ego Goldsmitha, nadal czuję niepokój. Tymczasem "The Maze" i następujący po nim "Voldemort" nie budzą kompletnie żadnych emocji. Dobrze, nie wymagam od każdego kompozytora, by tworzył arcydzieła takie jak wspomniany "Omen", ale temat głównego "bad guya" tak popularnej serii po prostu nie może być do tego stopnia bezpłciowy i trudny do zapamiętania. Słuchając tych dwóch kawałków odnoszę po prostu wrażenie, że zarówno orkiestra, jak i jej dyrygent, mają wszystkiego dość i nie stać ich nawet na wykrzesanie z siebie (i z muzyki) najmniejszej ilości energii. Sytuację ratuje "Cedric's Death" - utwór, który jest zadziwiająco smutny z kilku powodów. Podobnie jak Mike Newell, reżyser filmu, nie wykorzystał potencjału sceny pogrzebu Cedrika, tak Patrick Doyle przegapił okazję skomponowania najlepszego, najbardziej przesyconego emocjami kawałka "Goblet of Fire". "Cedric's Death" trwa niecałe dwie minuty, ale i tak pozostaje najbardziej zapadającym w pamięć utworem tego krążka. Przepiękna, wyrażająca ból i rozpacz warstwa melodyczna, idealne w tym miejscu skrzypce - czego chcieć więcej? Wśród natłoku bezpłciowego mroku, kompozycji, które wahają się pomiędzy liryką a patetycznymi brzmieniami, kawałek ten wydaje się jeszcze subtelniejszy i... bardziej magiczny? Z pewnością. Do smutku wywołanego muzyką dochodzi żal, iż jest ona tak krótka. "Another Year Ends" jest formalnością, a opisany wyżej "Hogwarts' Hymn" stanowi jakoby jego kalkę. Ścieżki dźwiękowej do filmu skierowanego głównie do młodszej widowni nie mogą kończyć rozpaczliwe tony... Na koniec pozostawiłem sobie trzy piosenki grupy Pulp, "Do The Hippogriff", "This Is The Night" i "Magic Works", które według mnie są po prostu... hm, nie na miejscu. Po pierwsze, odczytuję to jako "podlizywanie" się w pewien sposób Newella do "ambitniejszej" publiczności. Wiecie, cała ta gadanina, że Harry, Hermiona i Ron dojrzewają i dlatego w filmie przydałoby się trochę rocka. Po drugie, kompozycje te są zwyczajnie... niezajmujące? Chyba tak będę musiał napisać. Nie są to na pewno piosenki złe, może po prostu nie w moim guście, może zbyt chaotyczne, ze średnim (nie złym, tylko średnim) wokalem lidera Jarvisa Cockera (o którym, nawiasem mówiąc, krążyły pogłoski, iż ma skomponować całą ścieżkę dźwiękową do czwartej części "Pottera"!). Najlepszą piosenką jest zdecydowanie "Magic Works", gdzie i melodia jest najładniejsza, i głos Cockera najczystszy, i całość jako-tako pasuje do płyty. Ale i tak gdyby twórcy następnej części "Harry'ego" pytali mnie o radę, starałbym się im wybić z głów absurdalny pomysł o umieszczaniu jakichkolwiek piosenek na soundtracku. Na to zwyczajnie w świecie nie ma tu miejsca. To nie ten film, panowie. "Goblet of Fire" nie jest złą płytą. Wręcz przeciwnie. Jest płytą dobrą, tylko że nie utrzymuje poziomu narzuconego przez Johna Williamsa pierwszymi trzema częściami cyklu. Doyle umieścił na tym krążku sporo magii, ale zapomniał o niej w paru najważniejszych momentach. Kompozycje, które pojawiają się w najważniejszych scenach filmu Newella - "The Golden Egg" (oprócz świetnego początku), "The Black Lake", "The Maze" i co najważniejsze, "Voldemort", są zwyczajnie bez wyrazu i nawet tak kapitalne kawałki, jak "The Quidditch World Cup", "Foreign Visitors Arrive" czy "Cedric's Death" płyty nie uratują. Kompozycja Doyle'a jest spójna, ale nierówna. Potrafi zaczarować "Underwater Secrets", ale znudzić kolejnym utworem. "Philosopher's Stone" i "Prisoner of Azkaban" to płyty, które można słuchać od początku do końca, za każdym razem z taką samą przyjemnością - i nie wątpię, że za jakieś 10 lat będzie mówiło się o nich jako o jednych z większych osiągnięć niekwestionowanego (pod względem nominacji do Oscara) mistrza muzyki filmowej, jakim jest John Williams. "Czara Ognia" to krążek, na który warto poświęcić trochę czasu, ale nie jest to już ta sama dawka magii. Jest na nim kilka naprawdę niesamowitych utworów, które godnie mogą znaleźć się przy partyturach z poprzednich części "Pottera". Jednak Doyle zawodzi tam, gdzie najbardziej go potrzebujemy. Jest jakby niekonsekwentny, nie przykuwa uwagi wtedy, gdy powinien. Są momenty, gdy naśladuje Mistrza, ale jednocześnie zapomina o tematach przez niego stworzonych. Kompozytor zatem popełnia te same błędy, co reżyser obrazu Mike Newell - źle rozkłada akcenty. Poniżej inna okładka ścieżki dźwiękowej.
|
![]() |
|
![]() |