
HOUSE OF FLYING DAGGERS
MUZYKA: Shigeru Umebayashi ROK PRODUKCJI: 2004 WYTWÓRNIA: Sony Classical CZAS TRWANIA: 49:39 min.
"Dom latających sztyletów" to majstersztyk wizualny spod ręki Zhanga Yimou. Opowieść przepełniona estetyką, pięknem, liryzmem i tragedią, w którą wkomponowane są cudowne walki, pościgi, ale także, i zwłaszcza, uczucia narzucające bohaterom wybory i podporządkowujące swym celom fabułę historii. Wszak to historia miłosna, którą uatrakcyjniła szybko rozwijająca się akcja, piękni bohaterowie i... muzyka. Chociaż nie jestem pewna czy można mówić w tym ostatnim przyypadku jedynie o "uatrakcyjnieniu", bo o ile do obrazu można mieć zastrzeżenia (które podałam już w recenzji filmu, zatem powstrzymam się od ich powielania), o tyle partytura to majstersztyk, oddziaływujący na zmysły, uczucia w sposób niezwykle subtelny. Za ową muzykę odpowiedzialny jest Shigeru Umebayashi, znany z kompozycji ponadprzeciętnych, sprawiających, że łatwo można się w nich zatracić. W roku 2004 stworzył dwie wielkie muzyczne ilustracje: do "2046" i właśnie "Domu latających sztyletów". Na tymże albumie znajduje się dwadzieścia utworów, z których najdłuższy trwa ponad cztery minuty. Motywem przewodnim jest tutaj wątek miłosny, opierający się na niezwykle emocjonalnych dźwiękach, wydobywanych z erhu, zwanego niekiedy także chińskimi skrzypcami. Partytura Umebayashiego to połączenie tradycyjnych instrumentów i nowoczesności. Skorzystał z bambusowych fletów, bębnów, erhu, chińskich lutni (pipa), fortepianu, okaryny, saksofonu, perkusji,... a całości nadał formę uniwersalną, podporządkowaną delikatnemu, lecz wyrazistemu pięknu. Pierwszy utwór znajdujący się na płycie i wprowadzający we wspaniały świat czystego uroku, bazuje na popisowej grze na bambusowym flecie - dizi - w wykonaniu mistrza gry na tym instrumencie (Dai Ya). Kolejny to połączenie lutni i erhu, stanowiących tło dla piosenki wykonywanej przez Ziyi Zhang - w filmie uzupełnionej wspaniałym tańcem scalającym gimnastyczne umiejętności aktorki z oszałamiającymi barwami (których przesyt nie następuje, albowiem już niedługo ulegną one daleko idącej zmianie) nie tylko strojów. Po tak lirycznej piosence zostajemy wywołani ze stanu rozmarzenia zdecydowanymi uderzeniami w bębny, albowiem rozpoczyna się "The Echo Game". Chociaż sam utwór robi wrażenie, jego pełny odbiór możliwy jest wraz z obrazem, gdzie uderzeniom towarzyszy kolejny, niesamowity popis talentu tanecznego Ziyi. Scena jest bardzo ekspresyjna, podkreślana idealnie przez muzykę, stanowiąca jeden z najlepszych momentów filmu. Podobnie rzecz ma się z kolejnym utworem, będącym finałem gry w echo, która to przeobraża się w walkę pomiędzy bohaterami; na płycie utwór niknie nagle, przechodząc w kolejną kompozycję - w filmie cichnie zastąpiony przez dźwięki tysiąca koralików wprawionych w ruch... Odbiór muzyki jest inny, gdy słucha się jej na płycie, a inny, gdy słucha się oglądając jednocześnie film. Często bowiem kompozycje muzyczne są zespalane z obrazem w sposób kontrastujący, czego przykładem jest walka w pawilonie Piwonii, jak również kolejna kompozycja: "Battle In The Forrest", rozpoczynająca się bardzo delikatnie, przybierająca na sile wraz z rozwijającą się walką, jednak kiedy wydaje się, że nastąpi powtórka z "The Echo Game" i że ponownie zostaniemy zaatakowani przez eksplozję dźwięków, wszystko ulega uspokojeniu i następny utwór ("Taking Her Hand") przynosi całkowite ukojenie, zaburzone dopiero wyrazistym "Leo's Eyes", gdzie w romantyzm zostaje wpleciony niepokój. Niepokój, będący efektem występowania w filmie dwóch wątków miłosnych - każdy z nich posiada inny temat, co wynika z faktu, że te uczucia różnią się między sobą. Jedno po prostu trwa, a drugie wybucha nagle - i chociaż związane z nim kompozycje sugerują jednocześnie jego zakończenie, bazując na grze na erhu, trafiają wprost w serce. Zawierają w sobie smutek i spokój, z instrumentów wydobywa się jednak i siła, trafnie opisująca nowe uczucie. Najwyraźniej podporządkowane temu motywowi są: "Lovers (Flower Garden)", "Lovers", "Mei And Jin" czy też piosenka kończąca film, w wykonaniu Kathleen Battle. Nigdy jednak nazbyt długo kompozytor nie pozwala nam trwać w jednym nastroju. I tak też wspaniałe "Flower Garden" w filmie uzupełnione jest łąką pełną kwiatów. Ta sama łąka staje się jednak po chwili areną krwawych wydarzeń, rozgrywających się przy dźwiękach "No Way Out", rozpoczynającym się podobnie jak "Opening Title". Dalsza część jest jednak dużo bardziej stonowana, dopiero wprowadzenie bębnów sugeruje, że akcja nabierać zaczyna tempa i może mieć miejsce jakaś potyczka. Ten muzyczny utwór w filmie uzupełniają inne dźwięki: m.in. odgłos sztyletu przecinającego powietrze, a następnie gardło jednego z żołnierzy... Z jednej strony "No Way Out" podkreśla estetykę odbywającej się rzezi, z drugiej strony wydaje się stawać w opozycji do wydarzeń, których jest świadkiem i wspaniale wydobywa to, co właśnie dzieje się we wnętrzu bohatera. Ciekawy efekt daje wprowadzenie delikatnego kobiecego głosu (użycza go Tomoko Kanda) do takich utworów jak "Bamboo Forest", "Ambush In Ten Directions" czy "Until The End". Ten ostatni to kolejne skontrastowanie delikatnej muzyki z tym, co akurat dzieje się w filmie. Podczas gdy bohaterowie prowadzą walkę na miecze, stosują metodę uderzania łokciem w żołądek i kopią się na wiele sposobów, widz słuchający samej ścieżki dźwiękowej może bez większych dylematów zatopić się w delikatnej muzyce - i jeżeli filmu nie widział, pozostać w spokojnej krainie marzeń. Warto na koniec wspomnieć o dwóch utworach, związanych z rozstaniem bohaterów i ich powrotem: "Farewell No. 1" i "Farewell No. 2", które wydają się komponować z uczuciami bohaterów. Łagodne dźwięki snują się początkowo w jednolitym tempie, aby pod koniec przyspieszyć. Tak jak i bohaterowie: rozstają się dwukrotnie, albowiem każde z nich pragnęło oszukać drugą osobę, kierują nimi przeciwne cele. Jednak to uczucie zwycięża, dlatego też w te utwory wkrada się temat miłosny, rozwinięty w pełni w "Farewell No. 2". Łatwo zakochać się w partyturze Umebayashiego - partyturze lirycznej, będącej muzyczną ilustracją do dzieła epickiego. W przeciwieństwie jednak do opraw wielu "superprodukcji" nie atakuje słuchacza dźwiękami starającymi na siłę dostać się do głowy, pędzącymi w oszałamiającym tempie, przydającym patosu i stawiającymi sobie za cel wymuszenie wzruszenia. Ścieżka dźwiękowa do "Shi Mian Mai Fu" to przewaga kompozycji delikatnych, gdzie przyspieszenie tempa czy wydobycie głośniejszych dźwięków odbywa się w sposób niezwykle przemyślany, bez zakłócania równowagi psychicznej słuchacza. Jest to soundtrack piękny i poruszający, nie zawierający niepotrzebnych brzmień, inteligentnie łączący tradycje wschodnie z zachodnimi, a przy tym stawiający na pewien uniwersalizm, czego najbardziej zdecydowanym wyrazem jest kompozycja zamykająca film i całą ścieżkę dźwiękową: delikatna, zmysłowa, smutna, stanowiąca wspaniałe podsumowanie całości. Moja właściwa końcowa ocena to 4,5 gwiazdki. |
![]() |
|
![]() |