
I AM SAM - SCORE
MUZYKA: John Powell ROK PRODUKCJI: 2002 WYTWÓRNIA: Varese Sarabande / Colosseum CZAS TRWANIA: 40:46 min.
Film Jessie Nelson z Seanem Pennem w roli tytułowej to dzieło nieprzeciętne. Mimo, iż gatunkowo dramat, to jednak bardzo optymistyczny w swej wymowie, a opowiadający o czymś tak prostym, jak potęga miłości. To film przepełniony wręcz pozytywnymi uczuciami, choć można się na nim też z łatwością wzruszyć. Niesamowita historia opóźnionego w rozwoju ojca, próbującego - wbrew opinii i reakcji społeczeństwa - wychowywać swoją 7-letnią córkę jest filmem wyjątkowym pod każdym względem. Świetnie zagrany, kapitalnie opowiedziany, pięknie sfotografowany i zmontowany w sposób niezwykły, stanowi idealny przykład filmu, w którym wszystko współgra ze sobą idealnie. Nie muszę więc mówić, jak wiele zależało także od muzyki. Jako, że główny bohater (i jak się okazuje w ogóle ludzie dotknięci autyzmem i tego typu chorobami) przejawia wyjątkowe uwielbienie dla legendarnej grupy The Beatles (nawet swoją córkę nazwał imieniem z jednej z ich piosenek - Lucy Diamond), toteż jasne było, że to właśnie twórczość tych czterech Anglików musi w jakiś sposób zaistnieć w filmie. Okazało się jednak, że twórcy musieliby zapłacić za prawa autorskie niepomiernie więcej, niż wynosił skromny budżet filmu. O oryginalnych wykonaniach można więc było zapomnieć. Na szczęście ktoś wpadł na pomysł, aby zwyczajnie wykonać covery ich najlepszych przebojów. Tak też się stało, choć dobór wykonawców i odpowiednich aranżacji przeprowadzony został równie drobiazgowo i trafnie, jak casting obsady. Tak więc żaden wokalista nie znalazł się tu przez przypadek, dzięki czemu zachowana została płynność i jednolitość niesamowitego klimatu filmu, który muzyka w dużej mierze współtworzy. Zresztą nazwiska ostatecznie wybranych muzyków mówią chyba same za siebie. Także wykonanie piosenek nie raz i nie dwa przewyższa według mnie oryginalne nagrania, a na pewno większość z nich im dorównuje. Co ciekawe, w większości zdecydowano się sięgnąć po nieco późniejszy dorobek 'czwórki z Liverpoolu', co zaowocowało bardzo dojrzałą składanką. Podczas nagrań postanowiono zrezygnować z wszelkiej elektroniki (z pewnymi wyjątkami), przez co piosenki nabrały odpowiedniego charakteru. W niektórych przypadkach pokuszono się też o zupełnie inną aranżację znanych wszem i wobec przebojów, jak ma to miejsce choćby w otwierającym krążek "Two of Us", który śpiewany jest w duecie męsko-damskim. Wszelkie te zabiegi wyszły jak najbardziej na plus i piosenki brzmią po prostu fantastycznie - zarówno w filmie, jak i na płycie. I choć w przeciwieństwie do filmu, płyta nieco 'siada' pod koniec, to i tak jest to niebanalny zbiór muzyczny, który robi wrażenie i do którego z chęcią wraca się raz po raz (a miłość doń rośnie po obejrzeniu filmu jeszcze bardziej :). I choć kilka wpadek tu się znajdzie (zupełnie nietrafione wersje "Julia", "Nowhere Man" czy "Let It Be"), to nie ma co kręcić nosem, bo i tak jest to pozycja zwyczajnie obowiązkowa dla każdego fana muzyki 'z sercem' (osobna recenzja albumu dostępna w dziale - autor: Tomashec). Poza niesamowitymi piosenkami, "I am Sam" imponuje także znacznie skromniejszą muzyką oryginalną. Tą zajął się John Powell, znany raczej z większych przebojów kasowych, pokroju "Hancocka" czy trylogii Bourne'a, niż z muzyki do dramatów (choć i te na swoim koncie ma, że wspomnę np.: "United 93" i "Stop Loss"). Kompozytor świetnie znalazł się jednak w niezwykłym świecie Sama i stworzył jedną ze swoich najlepszych i najorginalniejszych partytur. Jego muzyka (choć z reguły szczelnie okryta wspomnianymi piosenkami) zrobiła na mnie w filmie naprawdę ogromne wrażenie. Zresztą nie wyobrażam go sobie bez niej - tak doskonałe jest dzieło Powella pod tym względem. Ale, jak to często bywa, muzyka filmowa bez obrazu nie robi już takiego wrażenia. I tak jest niestety tutaj, i wiele osób sięgających po score może się zwyczajnie zawieść, choć absolutnie warto się z nim zapoznać, bo Powell wyczynia tu prawdziwe cuda. Wprawdzie jego styl jest tu doskonale wyczuwalny, to jednak próżno szukać drugiej takiej pozycji w jego dorobku. Porównanie nasuwa mi się zresztą tylko jedno i jest nim "Jack" Michaela Kamena (aczkolwiek niektórzy przywołują też Thomasa Newmana - ja osobiście nie widzę związku :). W obu przypadkach mamy do czynienia z kompozycją opisującą 'dorosłe dzieci", przez których pryzmat widzimy świat. W obu przypadkach kompozytorzy wyszli także poza zwykłą ilustrację, tworząc coś, co zdaje się żyć własnym życiem. Obie te partytury to także doskonała zabawa, zarówno dla ich twórców, jak i słuchaczy. Panowie zrezygnowali tu bowiem z tradycyjnej orkiestry i wielu oczywistych instrumentów, korzystając w zamian z przedmiotów, które z muzyką nic wspólnego nie mają. Dzięki tym zabiegom zarówno Kamen, jak i Powell stworzyli podkład muzyczny, który idealnie odzwierciedla emocje i specyfikę głównych bohaterów, a przy tym jest niesamowicie intrygujący i oryginalny. Nie będę jednak nawet próbował wymienić tu wszystkich tych niecodziennych (a właściwie codziennych i to bardzo ;) przedmiotów, po jakie sięgnął Powell. Powiem tylko, że obok dźwięków standardowych, pokroju fortepianu, gitary tradycyjnej czy fletu, znajdą się także takie wygrywane przez telefon, garnki i inne naczynia, oraz dziecięce zabawki. Poza tym są też momenty kapitalnie zaaranżowane na 'gołe' ręce i nogi, tudzież inne części ciała ;). Dzięki temu muzyka naprawdę brzmi niesamowicie świeżo i radośnie. Jest to o tyle dziwne, że całość jest partyturą mimo wszystko dramatyczną i bardzo stonowaną - takich pulsujących wyskoków i melodii porywających w swym rytmie jest tu zaledwie kilka (a i większość utworów jest niesamowicie krótkich). Cała reszta przynależy ściśle do ekranowych wydarzeń, jest stonowana, sentymentalna i w jakiś sposób... 'zwykła'. Choć to ostatnie słowo niespecjalnie tu pasuje, gdyż dziełu Powella należą się wszelkie pochwały właśnie za tą odmienność, za brak monotonii i trzymania się standartowych reguł. W przeciwieństwie do soundtracku, pokuszę się tu o wymienienie paru najlepszych ścieżek. Taką jest bez wątpienia otwierające całość "Starbucks & Hospital", a dalej "Sam's Friends", "Rita", "Making Coffee" i "Nighttime Visits". One z pewnością zapadną Wam w pamięć na dłużej, choć absolutnie nie można ignorować pozostałych ścieżek, gdyż pasję i serce czuć we wszystkich, a wiele z nich (jak choćby piękne "Reading Together") potrafi powalić swą skromną liryką i wyrafinowaniem. Jest to więc płyta, która wciąga i oferuje bardzo dużo doznań, choć nie tak od razu - to płyta na wiele wieczorów, niejako zmuszająca też do zapoznania się z filmem. Ja z przyjemnością obejrzę go jeszcze nie raz, a wszystkim czytelnikom całym sercem polecam oba muzyczne krążki. P.S. Istnieje też rozszerzona wersja soundtracku, na której znajdują się trzy piosenki (ok. 10 minut muzyki) więcej: inna wersja "Lucy In The Sky With Diamonds" (Aimee Mann) oraz "Two Of Us" (Neil & Liam Finn), a także zupełnie nowe "Here Comes The Sun" w wykonaniu Nicka Cave'a. A poniżej jeszcze alternatywna okładka score'a.
|
![]() |
|
![]() |