IN THE BEDROOM

MUZYKA: Thomas Newman
ROK PRODUKCJI: 2001 / 2002
WYTWÓRNIA: Varese Sarabande
CZAS TRWANIA: 30:31 min.


01. HOUSES
02. CANNERY (MAIN TITLE)
03. CAN'T SLEEP 2
04. VFW
05. BASEBALL
06. "ZENI ME, MAMO" (BULGARIAN TRADITIONAL)
07. BLOCKS
08. HENRY
09. LINE DIVIDED
10. CAN'T SLEEP 1
11. LAST CALL
12. "OJ SAVICE" (CROATIAN TRADITIONAL)
13. THIRTEEN
14. NORTH ON 73
15. SWINGBRIDGE
16. DRIVE BACK
17. "DOBRO DOSLE" (MACEDONIAN TRADITIONAL)
18. DOWN EAST
19. IN THE BEDROOM (END TITLE)



Thomas Newman zaczynał od skromnych, niepozornych ilustracji do równie kameralnych produkcji - często telewizyjnych - z gatunku dramat i komedia (co czasem łączyło się w jedno). Dokładnie takie jest "Za drzwiami sypialni" - mimo gwiazdorskiej obsady i nominacji do Oscara, to jednak dość mało znany niskobudżetowy film. Podobnież sprawa ma się z muzyką - pomimo młodego wieku (na dzień dzisiejszy niespełna 5 lat) jest to troszeczkę zapomniana partytura tego kompozytora. I choć powstała w okresie "drugiej młodości" zapoczątkowanej sukcesem "American Beauty", to nadal pozostaje w cieniu. Niesłusznie, bo choć jest to bardzo wymagająca pozycja, to potrafi zauroczyć słuchacza oraz pokazać nieco inne oblicze najmłodszego z Newmanów.

Już sam film nie jest łatwy w odbiorze, co zawdzięcza tematowi i swojej konstrukcji. Pod tym względem muzyka odzwierciedla go wręcz idealnie. Newman operuje tu stonowanymi dźwiękami, które często mają dość nieprzyjemną konstrukcję - doskonałym przykładem jest "Main Title", który wyłania się niespodziewanie spośród dwóch łagodnych i usypiających wręcz tematów ("Houses" i "Can't Sleep 2") i atakuje nas ostrą, za pierwszym razem niezbyt przyjemną melodią opartą w dużej mierze o smyczki i instrumenty bardzo wschodnioeuropejskie (prawdopodobnie dodatkowo przepuszczone przez elektronikę, choć mogę się mylić). W ogóle instrumenty są cechą rozpoznawczą tej partytury. Oprócz klarnetu, skrzypiec i cymbałek Newman często używa dość rzadko stosowanych w muzyce filmowej narzędzi, jakimi są m.in. marimba, cytra i psalterion. Nadają one takich typowo słowiańskich cech tej muzyce. Zresztą poza użyciem wyżej wymienionych instrumentów, kompozytor wykorzystał tradycyjne pieśni z Bułgarii ("Zeni Me, Mamo"), Chorwacji ("OJ Savice") i Macedonii ("Dobro Dosle"). Wykonywane przez The Newark Balkan Girls Chorus pieśni są całkiem ładne i pasują stylowo do reszty partytury, przy okazji podwyższając nieco jej słuchalność. A ta reszta partytury jest niestety, mimo swej niewątpliwej oryginalności, nienajlepsza w odsłuchu. To, co się podoba, to przede wszystkim te delikatne, usypiające fragmenty, a więc początkowe "Houses" i "Can't Sleep 2", krótkie "VFW", które jest wyraźną inspiracją późniejszej o rok "Road to Perdition" oraz chyba najładniejsza melodia na tej płycie - "Baseball". Ta z kolei rytm i instrumentarium wzięła od poprzednich partytur Newmana. Ponadto sporo takich spokojniejszych nut można spotkać na całej płycie, ale albo są one za krótkie i za proste ("The Line Divided"), albo wymieszane z tymi mniej przyjemnymi ("Thirteen", gdzie wpleciono także dźwięk pracującej maszyny) i generalnie trudno je potem przywołać w pamięci, nie mówiąc już o nuceniu. Wprawdzie nie po to powstała ta partytura, ale jednak melodyjność w konwencjonalnej formie nie jest jej mocną stroną. Mocną są natomiast eksperymenty (które wyraźnie zainspirowały Newmana nie tylko przy "Road to Perdition", ale w ogóle w późniejszych latach) i underscore. Sporo go tutaj, ale w filmie sprawdza się koncertowo. Na płycie także nie schodzi poniżej pewnego poziomu, ale to już po prostu nie to samo, bo nie ma integracji z obrazem, przez co kilka ścieżek jest po prostu niesłuchalnych.

W ogóle płytę można podzielić następująco (choć wolę tego nie robić, ale taki przekrój będzie tu idealny): świetny, intrygujący początek (ścieżki 1-6); słabiutki środek (7-13, wyłączając nr 12) i zupełnie przeciętny koniec (14-18), który wieńczy powrót tematu głównego. "In The Bedroom (End Title)" jest znacznym rozwinięciem "The Cannery", przez co fascynuje bardziej. "Rzępolące" skrzypce przechodzą tu niespodziewanie w rytmiczną, spokojną melodię, która cichnie coraz bardziej i w końcu milknie. I biorąc pod uwagę wszystkie powyższe elementy, to taki zabieg jest wręcz pożądany, gdyż to wyciszenie daje nam czas na zebranie myśli i wytchnienie od tej, niełatwej przecież, partytury. Bardzo dobrym porównaniem jest tu inne, wcześniejsze dzieło kompozytora, mianowicie "The Rapture". Tam również roiło się od eksperymentów, elektroniki i underscore'u, który poza filmem mało komu przypadł do gustu. Wprawdzie tu jest trochę lepiej, ale i tak trudno spodziewać się wielu sympatyków. A jeśli już tacy się pojawią, to raczej satysfakcję da im tylko kilka ścieżek. Generalnie jest to więc pozycja dla osób lubujących się w czy też poszukujących oryginalnej i nieszablonowej muzyki. Reszta może najzwyczajniej w świecie nie przebrnąć przez ten album, tym bardziej, że jest to jeden z tych, które trzeba przesłuchać dobre kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy, aby ją w pełni docenić. Ale nie ma się co dziwić - w końcu sypialnia nie jest miejscem, które od razu wyjawia nam wszystkie swoje sekrety...

P.S. I jeszcze krótkie wyjaśnienie odnośnie roku produkcji. Ogólnie rzecz biorąc rok 2001 uznaje się za pierwsze wydanie płyty. Jednakże w większości krajów, także w USA, płyta została wypuszczona na sklepowe półki dopiero w styczniu 2002 roku (tzw. "street date"). Dlatego też postanowiłem umieścić obie te daty.

Ocena:
Autor recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI