INGLOURIOUS BASTERDS

MUZYKA: Różni wykonawcy
ROK PRODUKCJI: 2009
WYTWÓRNIA: A Band Apart / Warner Bros.
CZAS TRWANIA: 37:08 min.


01. NICK PERITO - The Green Leaves of Summer
02. ENNIO MORRICONE - The Verdict (Dopo la Condanna)
03. CHARLES BERNSTEIN - White Lightning (Main Title)
04. BILLY PRESTON - Slaughter
05. ENNIO MORRICONE - The Surrender (La Resa)
06. THE FILM STUDIO ORCHESTRA - One Silver Dollar
      (Un Dollaro Bucato)
07. ZARAH LEANDER - Davon Geht Die Welt Nicht Unter
08. SAMANTHA SHELTON AND MICHAEL ANDREW
      - The Man with the Big Sombrero
09. LILIAN HARVEY AND WILLY FRITSCH
      - Ich Wollt Ich Waer Ein Huhn
10. JACQUES LOUSSIER - Main Theme from Dark of the Sun
11. DAVID BOWIE - Cat People (Putting Out the Fire)
12. LALO SCHIFRIN - Tiger Tank
13. ENNIO MORRICONE - Un Amico
14. ENNIO MORRICONE - Rabbia e Tarantella



W większości wypadków, jeśli już usiądziemy przy stole z głębokim zamiarem ucięcia sobie pogawędki o kondycji współczesnej muzyki filmowej, mówię, że wolałbym słuchać młota pneumatycznego niż kolejnego nieskładnie skomponowanego soundtracka, na którym jest ład i porządek porównywalny do tego, jaki panuje na wojnie. A powszechnie wiadomo, że wojna pod względem ładu i porządku przypomina opanowany pożarem burdel. I taki właśnie obraz dźwiękowy dobiega z odtwarzacza stacjonarnego, lub, co teraz jest na czasie, z małego iPoda, iPhona czy innego iCośtam. Przeważnie mamy do czynienia albo ze składanką, jakościowo przypominającą Bravo Hits, albo z muzyką stricte autorską, robioną przez faceta, który na tym zjadł zęby. Taki Zimmer czy Morricone potrafią z nut wyczarować cuda, a muzycy, którzy zasiądą z nimi do sesji tworzą żywe, słyszalne pomniki naszej cywilizacji. Z panem Tarantino było jednak zawsze inaczej. Ten, zdawać by się mogło, syn diabła i motopompy, rogata dusza, nie idąca na żadne ustępstwa, konsekwentnie podążający obraną przez się drogą, a przede wszystkim gargantuiczny wręcz miłośnik kina, potrafił w tej materii godzić ogień i wodę. Każdy film zrobiony jego ręką, a wykreowany umysłem, posiadał zawsze, ale to zawsze, wspaniałą ścieżkę dźwiękową, będącą swoistym przedłużeniem tego, co zaczęte zostało na wielkim ekranie.

Mówią, że biblioteka muzyczna pana T. jest porównywalna wielkościowo do średniej powierzchni przeciętnego państwa afrykańskiego. Sam zainteresowany przyznał w jednym z nielicznych swych wywiadów, iż w miejscu, w którym zakotwiczył, posiada sporej wielkości pomieszczenie zawalone płytami, czy to czarnymi winylami czy syntetycznymi CD, jak i również kasetami, szpulami i wszystkim tym, na czym zapisać można w jakikolwiek sposób dźwięk. Kończąc swoje najnowsze dzieło, budzącą wiele kontrowersji historię żydowskich wojaków biorących słuszny odwet na nazistach, okrasił całość bardzo przyjemną i miłą dla ucha otoczką dźwiękową, będącą swoistą wisienką na torcie. Udało mu się w tym przypadku pogodzić istnienie obok siebie dwóch żywiołów muzycznych - składanki i muzyki autorskiej, tworząc coś na kształt autorskiej składanki. Mamy tutaj muzykę starych tuzów, tworzących w najlepszych dla sztuki latach, takich jak David Bowie czy Bill Preston. A w kwestii muzyki autorskiej swój głos zabiera sam guru, niepodzielny władca i maestro w jednej osobie, Ennio Morricone. Wydawać by się mogło, że takie połączenie nie ma racji bytu, a tu nagle taka niespodzianka ustrojowa, albowiem dostajemy do ręki płytę, która jest bombową mieszanką tego, czym zasłynął film. Słuchać tej płytki najlepiej w małej knajpce, gdzieś w okupowanej przez nazistów Francji. Wkoło typowy francuski ruch, którego nie jest w stanie przerwać nawet obecność postaci z gapą na czapce, kieliszeczek czerwonego, wytrawnego wina, książka w ręku, najlepiej autorstwa któregoś z francuskich pisarzy, lubujących się w barwnych opisach towarzyskiego życia arystokracji, a w rogu stare, piękne radio, z którego trzewi niczym strumień na wiosnę płynie uspokajająca muzyka. Jako, że wojna się skończyła, większość nazistów już dawno smaży się w piekle, a tym, którzy przetrwali do naszych czasów bliżej już dwa metry pod ziemię niż do czołgu i wojny, pozostaje nam wykupić bilet do Paryża, unikać dzielnic w których wojowniczy mieszkańcy nizin społecznych zastrzelą nas po to, by ukraść nam paznokcie u nóg, znaleźć knajpkę w zacisznym zaułku i słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać.

Zawsze podziwiałem ucho Tarantino, jeśli chodzi o kwestię budowania napięcia, tworzenia z obrazu czegoś na kształt malowidła, poprzez właśnie dobór odpowiedniej muzyki. Kiedy skończymy oglądać film i zasiądziemy do muzycznego relaksu, okaże się, iż muzyka na tej płycie nie jest anonimowa. Nie musimy zastanawiać się, gdzie takt danego utworu pojawił się w filmie, wystarczy zamknąć oczy, a poszczególne tracki zaprowadzą nas z powrotem w szaleńczy wir przygód Brada Pitta i spółki. Osobiście na tej płycie mam dwie perełki, których słuchanie mi się absolutnie nigdy nie znudzi - to "Cat People", w wykonaniu pana o inicjałach D.B. czyli Bowie i "Rabbia e Tarantella" pana Morricone. Dreszcz, jaki przebiega mi po plecach ilekroć widzę zjawiskową Melanie Laurent, która szykuje się do prywatnej wendetty przeciwko germańskiemu najeźdźcy, a widzę ją za każdym razem, kiedy głośniki wyplują w moją stronę muzykę autorstwa Bowiego, jest niesamowity. Dzięki temu na własnej skórze idzie odkryć geniusz tego mistrza kina spod znaku absurdu i groteski rodem z amerykańskiego Knoxville. Graj muzyko!

Ocena:
Autor recenzji: Piotr Kocoń - BURIAL
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI