IRON MAN 2 - SCORE

MUZYKA: John Debney
ROK PRODUKCJI: 2010
WYTWÓRNIA: Sony Classical
CZAS TRWANIA: 72:27 min.


01. IVAN'S METAMORPHOSIS / LOGO (IRON MAN 2)
02. HOUSE FIGHT V1
03. MAKING PEPPER CEO
04. SENATE / IVAN CREATES DRONES / SENATE GOLF
      / IVAN REASSURES HAMMER
05. MAKE WAY FOR TOMORROW / EXPO VERSION
06. RHODEY DONS SUIT
07. DYING HERO
08. NATALIE INTRO
09. MONACO DRIVE
10. MAYHEM IN MONACO / MAYHEM IN MONACO (PART 2 OF 4)
      / MAYHEM IN MONACO (PART 3 OF 4)
      / MAYHEM IN MONACO (PART 4 OF 4)
11. JAILHOUSE TALK
12. IVAN ESCAPES
13. GUN SHOW / HAMMER'S GUN SHOW / PARTY'S OVER
      / RHODEY DONS SUIT
14. TONY DISCOVERS DAD'S SECRET
15. SLEDGEHAMMER V2
16. NICK FURY
17. NEW ELEMENT / PARTICLE ACCELERATOR / MODEL
      / DISCOVERING ELEMENT / LASER
18. SLEDGEHAMMER
19. NEW RT / TO THE EXPO
20. BLACK WIDOW KICKS ASS
21. IRON MAN BATTLES THE DRONES / IRON MAN ARRIVES AT EXPO
      / FLYING FIGHT WITH DRONES / DRONE FIGHT CONT'D
22. IVAN'S DEMISE / THE KISS / IRON MAN AND WAR MACHINE
      FIGHT WHIPLASH / TONY AND PEPPER ON ROOFTOP
23. THOR
24. I AM IRON MAN
25. MAKE WAY FOR TOMORROW TODAY



Trzeba przyznać, że Hollywood rzadko naprawia swoje błędy - szczególnie, jeśli idzie o kwestie muzyczne, które często przybierają za oceanem kuriozalne rozmiary. A jednak od czasu do czasu zdarza się cud i głos ludu zostaje wysłuchany - tak jak w przypadku drugiej odsłony przygód żelaznego Tony'ego Starka, przy produkcji której podziękowano niesławnemu panu Djawadi za dalszą współpracę i sięgnięto znowu po "epickiego wyjadacza" Johna Debneya. Zaraz, zaraz - znowu? A tak, bowiem to właśnie Debney miał początkowo zilustrować pierwszy film, jednak przeszkodził mu w tym mocno napięty grafik, którego nie zdołał zgrać z reżyserem Jonem Favreau - z którym zrobił zresztą kilka wcześniejszych filmów. Ale co ma wisieć, nie utonie, a co się odwlecze, to nie uciecze i oto Debney zawitał w końcu na kompozytorski stołek. I co?

I od razu słychać różnicę. Beznamiętne, chaotyczne (acz nawet pasujące do filmu) zlepki muzyki zostały zastąpione w pełni orkiestrowymi, pełnokrwistymi tematami z elementami rockowymi. Iron Man w końcu otrzymał swoją własną, mocną nutę, którą łatwo z nim zidentyfikować (przepięknie klasyczny, podręcznikowy wręcz "I Am Iron Man"), a ilustracja zyskała tożsamość i w końcu jest czego posłuchać. Co prawda Debney w pewnych aspektach kontynuuje, tudzież nawiązuje do pomysłów poprzednika i pod paroma względami sporo z nich czerpie (w obu ilustracjach na gitarze elektrycznej gra Tom Morello z Rage Against The Machine), ale zdołał też dodać dużo od siebie i nadać całości konkretnego charakteru, jednocześnie nie pozbawiając jej przysłowiowych jaj.

Sam kompozytor bardzo chwali sobie robotę, jaką wykonał za niego Djawadi (choć może to tylko zwykła dyplomacja zmieszana z koleżeńską życzliwością...) i przyznaje, że zarówno on, jak i reżyser oraz producenci nie narzucali sobie przy drugim filmie żadnych muzycznych wymogów. Co więcej - Debney miał podobno całkowicie wolną rękę przy tworzeniu ilustracji. A jednak obie partytury są na tyle podobne, że niekiedy wręcz się zazębiają. Oczywiście kompozycja Debneya jest bardziej zróżnicowana stylistycznie oraz brzmieniowo, korzysta on prawie cały czas z dużej orkiestry z naciskiem na sekcję dętą i smyczki, elektronikę traktując jedynie jako frapujący dodatek; a i wyraźnie słychać różnicę w klasie obu kompozytorów. Niemniej trudno całkowicie oddzielić od siebie obie prace - koneksje narzucają się same, szczególnie we fragmentach akcji.

Bo to właśnie akcja jest najmocniejszą stroną drugiego Ajron Mena - takie utwory, jak obie wersje "Sledgehammer", nieco bondowskie "Black Widow Kicks Ass" (które ponoć najprzyjemniej się Debneyowi tworzyło, ze względu na inspiracje aktorką Scarlett Johansson ;), oraz najdłuższe na płycie "Mayhem In Monaco" i "Iron Man Battles The Drones..." stanowią solidne filary całej płyty. To ostre, porządne, hard rockowe granie, które jednakoż zostawia w tyle podobne kompozycje z pierwszej części (choć zapewne znajdą się przeciwnicy takiej muzyki - im jednak w ogóle odradzam sięganie po ten album). Aż miło posłuchać...

Należy też wyróżnić posępny klimat całości, który sprawia, że muzyka brzmi tu znacznie poważniej, a chwilami nawet dostojniej od pierwowzoru. Kompozytor podkreśla zresztą ciągle w wywiadach, iż jego ilustracja jest znacznie bardziej mroczna i złowroga względem pierwszej - głównie za sprawą postaci Ivana, który został scharakteryzowany typowym, acz trafnym w sumie połączeniem pokaźnych, męskich chórów z rosyjską myślą ludową. Największe wrażenie robi to w otwierającym film i album "Ivan's Metamorphosis", potem zaczyna powoli ginąć w natłoku akcji, mimo iż same chóry powracają co jakiś czas w nieco innych, lżejszych, bądź krótszych adaptacjach.

Niestety Debney chyba za mocno skupił się na na powyższych detalach bad guya i metalobicia, gdyż cała reszta albumu jest zwyczajnie słaba. Mało w niej dramaturgii wijącej się obojętnie gdzieś w tle, przewodzi nudny i nijaki underscore, który w większości drażni, a pojawiająca się z rzadka strona liryczna jest zbyt sztampowa i płaska, nawet jak na letni blockbuster (lajtowy temacik Nicka Fury to jakaś popierdółka). W dodatku odsłuchu nie ułatwia długość płyty, z której przynajmniej 1/3 należałoby wyrzucić w... cóż, w diabły. Całość ubarwiają co prawda sympatyczne przerywniki w postaci np. "Monaco Drive" (znów aluzja do 007 - bardzo ciekawe jak sprawdziłby się Debney w przygodach słynnego agenta) czy "Make Way For Tomorrow", ale są one zbyt krótkie i brzmią jak wyjęte z innej bajki (końcowy utwór bonusowy to już absolutne kuriozum pod tym względem).

Bez dwóch zdań zmiana kompozytora wyszła muzyce na dobre. Niestety, jako całość muzyka ta dalej szału nie robi. Być może wina leży po stronie samego filmu, którego druga odsłona jest aż nadto chaotyczna, przepakowana i wtórna. Sam Debney wyszedł jednak ze swojego zadania z tarczą i mam nadzieję, że dane mu będzie rozwinąć skrzydła w kolejnej części, która z pewnością powstanie - w końcu trzeba kuć żelazo póki gorące...

P.S. Oczywiście istnieje też soundtrack z piosenkami - tym razem w całości autorstwa grupy AC/DC, która to mocno film promowała (dwie wersje okładki poniżej - a pod nimi, jako ciekawostka, kilka okładek fanowskich). Z tego też względu wspomniany soundtrack można było nabyć jeszcze przed wypuszczeniem filmu do kin (także w edycji kolekcjonerskiej - wraz z DVD, książeczką, plakatem, komiksem i naklejkami), natomiast opisywany score dopiero w dwa miesiące po jego premierze.


    

    

Ocena:
Autor recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI