KILL BILL: VOL. 1

MUZYKA: Różni wykonawcy
ROK PRODUKCJI: 2003
WYTWÓRNIA: Maverick / A Band Apart
CZAS TRWANIA: 47:04 min.


01. NANCY SINATRA - Bang Bang (My Baby Shot Me Down)
02. CHARLIE FEATHERS - That Certain Female
03. LUIS BACALOV - The Grand Duel (Parte Prima)
04. BERNARD HERRMANN - Twisted Nerve
05. QUEEN OF THE CRIME COUNCIL (DIALOGUE)
06. THE RZA - Ode to Oren Ishii
07. ISAAC HAYES - Run Fay Run
08. AL HIRT - Green Hornet
09. TOMOYASU - Battle without Honor or Humanity
10. SANTA ESMERALDA - Don't Let Me Be Misunderstood
11. THE 5.6.7.8'S - Woo Hoo
12. THE RZA / CHARLES BERNSTEIN - Crane / White Lightning
13. MEIKO KAJI - The Flower of Carnage
14. ZAMFIR - The Lonely Shepherd
15. YOU'RE MY WICKED LIFE (DIALOGUE)
16. QUINCY JONES - Ironside
17. NEU! - Super 16

SFX (HIDDEN TRACKS):

18. THE RZA - Yakuza Oren 1
19. THE RZA - Bannister Fight
20. FLIP STRINGS
21. SWORD SWINGS
22. AXE THROWS



Gdy w 1992 roku do kin zawitały "Wściekłe psy", współczesne kino zmieniło się na zawsze. Quentin Tarantino wbił się tym mocnym uderzeniem do historii i już tam pozostał. Jednocześnie zmienił także, choć już nie w takim stopniu, muzyczny rynek, wypuszczając do sklepów równie fantastyczne soundtracki, które powstawały na tych samych utartych schematach co filmy, z których pochodziły. Mimo tego, a może właśnie dlatego, wszystko to miało nowy, własny, specyficzny styl i klimat. Tarantino stał się więc nie tylko królem ekranu, ale także - trochę nieoficjalnie - królem muzyki. Mocne stwierdzenie, którego poparciem niech będzie to, że jego obrazy (na czele z "Pulp Fiction") wraz z soundtrackami (na czele z "Pulp Fiction" po raz drugi) wciąż znajdują się na szczycie wielu plebiscytów czy list wszechczasów, a także nieprzerwanie cieszą się zainteresowaniem kupujących.

Właściwie jedynym kluczem, jakiego można dopatrzyć się na tym polu, jest to, iż reżyser przebiera wśród starych, czasem zapomnianych przebojów, a potem dopasowuje je do sytuacji na ekranie (a czasem tę sytuację do danej muzyki dostosowuje). Podobnie zresztą czyni również z aktorami. I tak we "Wściekłych Psach" 'reaktywował' Lawrence'a Tierneya i Edwarda Bunkera, a świat ponownie cieszył się piosenką "Little Green Bag" oraz "Stuck in the middle with You". W "Pulp Fiction" z kolei Tarantino wręcz przywrócił do życia zapomnianego Travoltę, a wraz z nim także "You Never Can Tell" Chucka Berry oraz "Misirlou" Dicka Dale'a, które stało się wizytówką tego filmu oraz każdej imprezy, jaka się wtedy odbywała :) Wraz z "Jackie Brown" (nota bene niesłusznie uważanego za najsłabszy film Tarantino) świat przypomniał sobie o byłej gwieździe filmów blacksploitation, Pam Grier, i zobaczył ponownie Roberta Fostera, a w głośnikach zaczęło pobrzmiewać "Across 110th Street" czy "Didn't I Blow Your Mind This Time", i inne (akurat ten soundtrack nie miał właściwego faworyta). W "Kill Bill" zaś swój aktorski kunszt mógł znowu pokazać David Carradine, a my ponownie możemy posłuchać starych, klasycznych przebojów.

Po tym dość niezbędnym wstępie postaram się je właśnie opisać. Najpierw jednak "first things first", jak powiedziała The Bride zanim rozruszała wszystkie świnki w najnowszym dziele Quentina ;) Trzeba bowiem zauważyć, iż jest to szczególna pozycja zarówno w filmografii, jak i w dyskografii tego pana. Po pierwsze: jak wszystkim wiadomo, film został podzielony na dwie części, stając się najdłuższym i jednocześnie najbardziej oryginalnym jego dziełem, także ze względu na różnice pomiędzy nimi, co objawia się również w muzyce (dwa, odmienne stylowo soundtracki). Po drugie: Tarantino nigdy dotąd nie korzystał z kompozytora, natomiast przy "Kill Bill" stało się inaczej. I choć za muzykę odpowiada The RZA, a ilość, znaczenie i jakość tejże odstaje nieco od reszty, to jednak pozostaje to nowością dla twórczości reżysera. Trzecią sprawą jest to, że o ile w poprzednich dziełach/płytach Tarantino nie żałował zarówno sobie, jak i innym, i umieszczał niemal całą, a już na pewno najważniejszą muzykę jakiej użył w danym obrazie, o tyle tutaj po raz pierwszy da się zauważyć poważne i zupełnie niezrozumiałe braki, które sprawiają, że ścieżka ta nie jest tym samym czy mogłaby być, a ja sam mam więcej roboty, gdyż zamiast dwóch recenzji zmuszony jestem naskrobać trzy :) Ale o tym już później.

"Bang Bang (My Baby Shot Me Down)" - to jest właśnie główny znak muzyczny "Kill Bill". Jest to jednocześnie płytowy wstępniak. Piosenka ta jest bardzo piękna, melancholijna i nad wyraz spokojna. Przez cały czas raczymy się samym głosem Nancy Sinatra, której towarzyszy minimalny muzyczny podkład, dobrany zresztą idealnie. Aż dziw bierze, że tak piękna, stonowana pieśń została już prawie zupełnie zapomniana. Po filmie Tarantino z miejsca obwołano ją kultową i świat dosłownie oszalał na jej punkcie (choć może u nas w Polsce nie było to aż tak odczuwalne). Mało tego, bo kiedy przyszło co do czego, to ludzie okazywali zdziwienie, że ich ulubiona melodia nie dostała choćby oscarowej nominacji (!), a po zapoznaniu się z genezą tejże piosenki kręcili z niedowierzaniem głowami. Tu więc Tarantino przeszedł samego siebie. Zaraz po tej, towarzyszącej napisom początkowym balladzie, dostajemy "kopa" w postaci głośnego i iście rock'n'rollowego przeboju "That Certain Female", za który odpowiada Charlie Feathers. Swego czasu piosenka cieszyła się sporą popularnością, ale potem pokryła się kurzem, jak wiele innych, i tylko czekała na kogoś takiego jak QT. I mimo, iż piosenka jest naprawdę dobra i wpadająca w ucho, to jednak jej reaktywacja nie była już tak udana, jak poprzedniej. W filmie dodaje smaku, ale poza tym dość łatwo o niej zapomnieć. Na płycie z kolei wypada dość średnio w obecności pozostałych. Natomiast następujący po niej "The Grand Duel" Bacalova przykuwa naszą uwagę zarówno w filmie, podczas wstawki animowanej, jak i na płycie, gdzie nawet pasuje pomiędzy "That Certain Female" a "Twisted Nerve", który jest kolejnym charakterystycznym motywem, jaki słyszymy w filmie. Mówiąc dokładniej: zaczyna się od melodii, którą gwiżdże Elle Driver odwiedzając naszą bohaterkę w szpitalu, a która to melodia przeradza się potem w "Twisted Nerve" właśnie. Sama melodia dość prosta i nieco... wkurzająca, ale zarówno w filmie, jak i na płycie prezentuje się ok. Następnym 'przystępnym' kawałkiem jest "Run Fay Run" Isaaca Hayesa, który zresztą 'użyczył' w filmie także drugi fragment innego utworu. Co do tego natomiast, to jest to ponownie dość prosty rytm wygrywany na bębnach i grzechotkach przy akompaniamencie trąbek. Z trąbek korzysta także "Green Hornet" Ala Hirt, choć tutaj w znacznie większym stopniu, ponieważ to trąbka jest tu na pierwszym planie. W filmie obie te melodie dzieli jednak spory kawał czasu. Ta pierwsza towarzyszy bowiem poczynaniom O-Ren Ishii, jako płatnej zabójczyni. Z kolei ta druga, to słynny obrazek pierwszych scen przylotu The Bride do Tokio. Jego bezpośrednim następcą zarówno w filmie, jak i na płycie, jest "Battle without Honor or Humanity" - ostatni z 'wielkiej trójki' najbardziej kojarzonych filmowych motywów. Tę charakterystyczną melodię, opierającą się także w dużej mierze na trąbkach oraz specyficznym rytmie słyszymy już jako trailerowy podkład "Kill Bill", a już w samym filmie obrazuje sceny przybycia do Domu Błękitnych Liści, w którym w chwilę potem odbywa się finałowa, krwawa jatka. I tak dochodzimy do najdłuższego utworu na tej płycie. "Don't Let Me Be Misunderstood" trwa bowiem ponad 10 minut. Ci, którym skojarzyła się ona z Joe Cockerem, mają rację, gdyż jest to po prostu inna wersja tejże słynnej piosenki. Wersja nad wyraz wariacka i dynamiczna, której znakiem szczególnym jest wyklaskiwane tempo oraz... trąbki wraz z elektryczną gitarą w tle. Trzeba przyznać, iż utwór to iście rewelacyjny, a obrazuje początek końcowego pojedynku na śniegu, pomiędzy The Bride a O-Ren Ishii. Tuż po nim możemy nieco cofnąć się w czasie, ponieważ filmowo rzecz biorąc piosenka "Woo Hoo" obrazuje fragment przed "Don't Let Me Be Misunderstood", a po "Battle without Honor or Humaity". Wykonuje go słynny (także dzięki filmowi) zespół The 5.6.7.8's. Tenże zespół na żywo odgrywa zresztą swoje, niezbyt skomplikowane trzeba przyznać, piosenki w scenach jeszcze przed jatką. Panienki robią to zresztą boso, co jest podobno ich znakiem firmowym. Sama natomiast piosenka jest, jak już mówiłem, prosta aż do bólu. Nie ma tu praktycznie słów, tylko tytułowe dźwięki. Liczy się natomiast szalone, taneczne tempo. Zresztą kto film widział, ten wie o co chodzi :) "The Flower of Carnage", które bardzo ładnie wykonuje Meiko Kaji, to z kolei klasycznie brzmiąca japońska pieśń. W filmie do usłyszenia pod koniec pojedynku The Bride vs. O-Ren Ishii. Na płycie bardzo ładny dodatek, ale większego wrażenia nie robi. Tuż po nim klimatycznie podobny, ale dla mnie o wiele lepszy "The Lonely Shepherd" - bardzo ładna orientalna melodia rozpisana na flet, skrzypce i, raz jeszcze, trąbki (jak widać zemsta smakuje przy ich akompaniamencie najlepiej ;). Jest to melodia, która ostatecznie film zamyka (choć jej fragment przewija się także wcześniej), mimo, iż na płycie zostało jeszcze kilka pozycji. I tu właśnie, zanim przeskoczymy do następnego akapitu, zaanonsuję swój pierwszy minus tejże płyty. A jest to (pomijając jej braki) jej niechronologiczność. Dziwny to zarzut, tym bardziej, że nawet w słynnej "Pulp Fiction" Tarantino nie poukładał tytułów po kolei (o samym filmie nie wspominając). Mimo tego śmiem jednak twierdzić, że gdyby utwory rozłożone były w kolejności filmowej, to wtedy lepiej by się ich słuchało. A tak występuje czasem małe pomieszanie z poplątaniem. Nie jest to duży zarzut, ale zawsze...

Ponieważ niektórzy z was są zapewne ciekawi, czemu przeskoczyłem kilka numerków, to już śpieszę z wyjaśnieniem. Wcześniej nadmieniłem, że Tarantino po raz pierwszy użył kompozytora. Wiąże się to z tym, iż na płycie mamy kilka ozdobników w postaci kompozycji RZA. Mówię ozdobników, ponieważ poza jednym dobrym i w miarę ważnym utworem, reszta to zabiegi czysto ilustracyjne, mało ważne w przekroju całości i na płycie absolutnie zbędne, choć jest to tylko moje zdanie (choć przynajmniej kilka osób uważa podobnie). Ale kontynuujmy. Pierwszą obecnością RZA jest tutaj "Ode to Oren Ishii". Jest to jedyny fragment, który w filmie nie występuje. Ponieważ RZA to kompozytor stricte hip-hopowy, to jest to takie krótkie rymowanie, które twórca dedykuje właśnie królowej Yakuzy. Dla mnie osobiście to najgorszy kawałek, na płycie zbędny absolutnie, choć jako twórca RZA miał oczywiście do tego prawo. Ciekawostką jest natomiast fakt, że jako podkład, użyto fragmentu jak najbardziej w filmie obecnego (na płycie już niestety nie), który obrazuje jedną z bardziej dramatycznych scen - "Seven Notes In Black". Utwór to bardzo dobry, ale więcej na ten temat do przeczytania w kolejnej recenzji. Szkoda tylko, że zastąpiony został wątpliwej jakości hip-hopową papką. Dla odmiany przyjrzyjmy się jednak "Crane/White Lightning", który The RZA stworzył z Charlesem Bernsteinem. Jest to bez wątpienia ich najlepszy wkład w tę produkcję. Kolejny kawałek obrazujący finałową rzeźnię, mający świetne tempo i podkład. Co ciekawe, został on w filmie podzielony na dwie części. Pierwsza rozpoczyna bitwę ("Crane"), a druga obrazuje jedną ze scen pod koniec tejże ("White Lightning"). Niestety dalej jest znowu gorzej. To właśnie bowiem RZA odpowiedzialny jest za końcowe utwory od numeru 18 di 22, które widnieją jako SFX, czyli filmowe dźwięki. To typowy podkład, jaki towarzyszy filmowym walkom. Pierwsze dwa są najdłuższe i nawet w miarę dobre - stopniują napięcie danych scen i choć mieszczą się w granicach 20 sekund, to jednak jest to coś czego nawet da się słuchać. Jednakże następne trzy, to już kilkusekundowe podkłady obrazujące dokładnie to, co mieści się w tytule, czyli kolejno: salto w powietrzu, jakie wykonuje The Bride w jednej ze scen (nie da się tego dosłownie przetłumaczyć), zamach mieczem, który wykonuje łysy "generał" i rzut toporkiem. Taki to zupełnie zbędny dodatek, którego nawet nie da się słuchać... Nie wiem w ogóle czemu został tu umieszczony i pewnie nigdy się nie dowiem. Dla mnie to jednak marnotrawstwo miejsca. Zresztą na niektórych wydaniach pozycje te oznaczone są jako 'hidden tracks', a więc zdawałoby się dla największych maniaków. Zostały nam jeszcze dwa tego typu dodatki, choć już bardziej konkretne i do zrozumienia. Pierwszy to ten denerwujący dźwięk, który pojawiał się za każdym razem, kiedy bohaterka rozpoznawała przeciwnika, a ekran robił się czerwony. Ta krótka pulsująca melodia kryje się pod nazwą "Ironside". Natomiast "Super 16" autorstwa NEU!, to już trwający ponad minutę równie denerwujący i w podobnym klimacie utwór. On także wykorzystany został jako wypełniacz podobnych scen.

I to praktycznie było by wszystko, ale Tarantino nie byłby sobą, gdyby nie umieścił jakichś dialogów. Tutaj obecne są dwa. "Queen of the Crime Council" to dialog Lucy Liu vel O-Ren Ishii, który wypowiada do rady Yakuzy, chwilę po załatwieniu spraw związanych z jej pochodzeniem, który tak oburzył Tanakę kilka sekund wcześniej :) Natomiast "You're My Wicked Life" to końcowy dialog z wizyty Billa u Sophie Fatale. Oba mieszczą się w granicy minuty i oba są tym dobrym dodatkiem, który zawsze witam z otwartymi rękoma, jeśli tylko ma to sens i nie przeszkadza. A tu, w przeciwieństwie do kompozycji RZA, wszystko trzyma się przysłowiowej kupy.

Na koniec pozostaje sprawa minusów, które jak dla mnie są niestety spore. Kolejnym, oprócz tych, które wymieniłem wcześniej, jest czas trwania. Zaledwie 47 minut to jak na taki film trochę za mało. Kolejna sprawa to brak wielu znakomitych, a pojawiających się przecież w obrazie motywów, że wspomnę raz jeszcze "Seven Notes In Black". Dziwi mnie to tym bardziej, że można było spokojnie wywalić te wszystkie sfx-y oraz te mniej ważne czy gorsze kompozycje, a zastąpić je czymś o klasę lepszym. Zresztą nawet przy ich obecności na płycie spokojnie zmieściłyby się jeszcze jakieś kawałki, które po prostu podniosłyby ocenę całej ścieżki dźwiękowej. Po to jednak zapraszam do kolejnej recenzji - "Unreleased tracks", która nigdy by nie powstała, gdyby Tarantino zrobił to jak należy. W każdym bądź razie tam znajdziecie wszelkie braki z części pierwszej, a także powiązania pomiędzy Vol. 1, a Vol. 2, i inne kwiatki. Wobec powyższego oceny nie muszę chyba wyjaśniać. Soundtrack z "Kill Bill: Vol. 1" to pozycja bardzo dobra i nadająca się na wiele okazji. Niestety szanse na pięć gwiazdek zostały pogrzebane. Są za to mocne cztery, co powinno zachęcić wystarczająco, ponieważ co by złego nie mówić, to jednak Tarantino znowu sprawił nam muzyczną ucztę z tego, co już dawno mieliśmy w zasięgu uszu. Dodał tam tylko kawałek siebie...

P.S. Aby poznać całą muzyczną ferajnę "Kill Bill" zapraszam do osobnej analizy - kliknij tutaj.
A poniżej inna okładka soundtracku.




Ocena:
Autor recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI