
KING KONG
MUZYKA: James Newton Howard ROK PRODUKCJI: 2005 WYTWÓRNIA: Decca / Universal CZAS TRWANIA: 74:07 min.
"And lo, the beast looked upon the face of beauty... And it stayed its hand from killing. And from that day, it was as one dead..." "King Kong" był najbardziej wyczekiwanym przeze mnie tytułem ubiegłego roku. W zasadzie odkąd tylko dowiedziałem się, iż Peter Jackson chce zrealizować swoje marzenie i nakręcić nową wersję jakże znanej historii olbrzymiej małpy, czekałem jak na szpilkach. Wprawdzie znałem dobrze wersję z 1976 roku (która chyba nie jest aż tak zła, jak niektórzy o niej piszą...), ale w międzyczasie musiałem obejrzeć pierwowzór z 1933 roku, chyba przez większość uważany za jedyny słuszny film o King Kongu, na którym miał się dokładnie wzorować reżyser remake'u. I tak nadszedł dzień premiery i obejrzałem dokładnie to, czego się spodziewałem. Historia - którą znają chyba wszyscy - prosta i naiwna, ale właśnie w tej banalności tkwi cała siła i urok "King Konga". Małpa zrobiona została wprost fenomenalnie, na ekranie wygląda jak żywa, a efekty specjalne miażdżą (wszystkie sceny z Kongiem to potęga!). Jest to zdecydowanie najlepszy film, jaki obejrzałem w roku 2005, dzieło wielkie, w którym nie zabrakło zarówno momentów poważnych, pełnych smutki, jak i tych z krztą dobrego humoru. Ale to przede wszystkim kino przygodowe i... historia miłosna w nieco innym wydaniu. Film niesamowicie efektowny, wzruszający i zwyczajnie piękny. Prawdziwa magia kina. Jeśli chodzi o muzykę - zaczęło się od szumnej i nieciekawej wiadomości, iż Peter Jackson odrzucił partyturę Howarda Shore'a. Wszyscy się zastanawiali, jak to możliwe, iż reżyser zwalnia ze stanowiska człowieka, który stworzył tak wspaniałą oprawę muzyczną do jego wszystkich części "Władcy Pierścieni" (muzyka z tych trzech filmów zebrała 3 Oscary i 2 Złote Globy). Czyżby ukończona przez Shore'a partytura nie spodobała się Jacksonowi? Czyżby nie pasowała do filmowych realiów? Twórcy podobno stwierdzili, że nie spełnili wobec siebie stawianych oczekiwań i ostatecznie rozstali się w pokoju, ale ile jest w tym prawdy - wiedzą chyba tylko oni sami. W każdym razie mam nadzieję przesłuchać kiedyś tę odrzuconą ścieżkę (może zostanie oficjalnie wydana...) i porównać ją do tej napisanej później. A zastępcą Shore'a został James Newton Howard. Z pewnością wielka presja spoczywała na kompozytorze, który przecież w stosunkowo krótkim czasie (choć nie znów tak bardzo krótkim - chodzi o około 2 miesiące) musiał od nowa skomponować muzykę do jakże głośnego i wyczekiwanego filmu, do najdroższej produkcji w historii kina. Oczekujący na film, jak i miłośnicy muzyki filmowej, czekali w niepokoju... I żyli nadzieją, że się uda, i że pan Howard nie odstawi takiej fuszerki, jak zrobił to James Horner przy muzyce z "Troi" (również głośny przypadek z odrzuconą partyturą Gabriela Yareda). Ale na szczęście do tego nie doszło - kompozytor pokazał prawdziwą klasę i stworzył muzykę bardzo dobrą, charakterystyczną, nie splagiatowaną z żadnych swoich poprzednich prac. Można nawet powiedzieć, że całkiem przypadkiem stworzył partyturę dość oryginalną w swojej filmografii, za co należą się jeszcze większe brawa. Jednak przyznam się, że nie od początku tak myślałem. Jeszcze zanim wybrałem się do kina na film, wielokrotnie wprawiałem się przed seansem przesłuchując soundtracku. I czułem się lekko zawiedziony, że słucham muzyki zaledwie niezłej, momentami dobrej, a przecież miała to być ilustracja do kina wielkiej przygody, do filmu, na który tak długo czekałem... A może to moje oczekiwania były zbyt wielkie, gdyż chciałem usłyszeć coś, co Shore stworzył do "Władcy Pierścieni". Jednak wiele się zmieniło po obejrzeniu "King Konga", w którym muzyka wypada po prostu znakomicie, a słuchanie jej po zapoznaniu się z filmem to czysta przyjemność. I choć na płycie z muzyką nie obyło się bez braków, całość zasługuje na wysoką ocenę - biorąc dodatkowo pod uwagę fakt, że partytura została skomponowana w dość krótkim czasie jako zastępstwo. Jeszcze zanim zacznę opis muzyki, podam ciekawostkę, iż Howard Shore pojawia się na chwilę w obrazie Petera Jacksona, jako dyrygent orkiestry w amfiteatrze w Nowym Jorku (pokaz Konga) - czyżby reżyser chciał choć w minimalny sposób zrekompensować Shore'owi odrzuconie projektu...? :). Właściwą recenzję czas zacząć... Całość zaczyna się posępnym, nieco groźnym motywem, który można uznać za przewodni, ponieważ w filmie pojawia się kilka razy - prócz napisów początkowych m.in. jeszcze w każdym momencie, gdy jest mowa o Wyspie Czaszki, a także podczas wszelkich akcji i nie tylko. Temat świetnie skonstruowany, który skutecznie wprowadza w stan lekkiego napięcia, niepokoju, lecz jednocześnie w stan ciekawości... Kolejnych 5 utworów na płycie ilustruje początkowe wydarzenia w Nowym Jorku oraz podróż bohaterów statkiem. Tak więc w ciągu tych kilkunastu minut będziemy mieli do czynienia z różnymi stanami emocjonalnymi oraz z różnymi muzycznymi klimatami. Będziemy mogli posłuchać ślicznego, fortepianowego motywu z momentu, gdy Carl Denham po raz pierwszy zauważa Ann Darrow ("A Fatefull Meeting"), a w dalszej części tego utworu równie ślicznego motywu skrzypcowego (jednak również z podkładem fortepianu), który towarzyszy scenie, gdy główną bohaterkę przy barierce statku filmuje Carl. Nie zabraknie szybkich smyczków obecnych w tle podczas ucieczki ekipy filmowej ze studia ("Defeat Is Always Momentary") czy po raz kolejny niepokojącego fragmentu, który towarzyszy widzom podczas sekwencji płynięcia statku czy pierwszemu pocałunkowi Jacka i Ann ("It's in the subtext"). Są też fragmenty towarzyszące sekwencjom humorystycznym ("Two Grand") i przede wszystkim motyw przewodni, który w różnych aranżacjach przewija się przez "The Venture Departs", "Two Grand" i "It's In The Subtext". Opisane utwory nie są ułożone chronologicznie, a prócz różnych stanów emocjonalnych oferują miejscami stylizację na starsze czasy - muzykę kabaretową czy posępne brzmienia niczym z Monster Movies pierwszej połowy XX wieku. Przełom całego stylu partytury zaczyna się od utworu "Last Blank Space On The Map", który jest jednym z najlepszych (o ile nie najlepszym) utworem całej kompozycji. Fragmentów niepokojących partyturze z "King Konga" nie brakuje, jednak ten postawiłbym na pierwszym miejscu pod tym względem. Scenie, gdy statek wpływa w mgłę, niebezpiecznie dryfuje między skałami i ostatecznie na horyzoncie pojawia się Wyspa Czaszki, towarzyszy podkład niezwykle mroczny, gdzie po drugiej minucie do przeciągliwych dźwięków dołączają rytmiczne bębny, a minutę później mamy do czynienia z małym arcydziełem odpowiedniego budowania klimatu - rytm bębnów zmienia się i nasze uszy raczy muzyka... plemienna można by rzec. I takich rytmów powinno się znaleźć więcej na całej ścieżce - trochę szkoda, że "Last Blank Space On The Map" jest jedynym przedstawicielem na płycie, chociaż jeszcze trochę z tego da się usłyszeć w kolejnym kawałku, "It's Deserted". A w nim aż czuć przygodę. Przede wszystkim po raz kolejny ślicznie zaaranżowany motyw przewodni, a w dalszej części ładne chóry, które ilustrują podróż bohaterów przez obrzeża Wyspy. Dopiero w drugiej części wkracza swoista groza, gdy ekipa Denhama dociera do opuszczonej wioski (?), gdzie dochodzi do starcia z tubylcami. Utwór kończy się przyspieszoną wersją tematu głównego i chórami w podkładzie. "Something Monstrous... Neither Beast Nor Man" to już ilustracja pierwszego ukazania się olbrzymiej małpy, która porywa Ann. Właśnie tutaj, w pierwszych sekundach, słychać najlepiej stylizację na wspomniany już gatunek starych Monster Movies oraz posępny motyw przewodni, jednak w takiej aranżacji, jaka jest obecna na samym początku płyty / filmu. I właściwie od tego momentu soundtracku zaczyna się najbardziej dynamiczna i najbardziej głośna część partytury, a idealnym jej rozpoczęciem jest "Head Towards The Animals" z sekwencji, gdy bohaterowie uciekają przed gromadą olbrzymich Brachizaurów (potęga wykonania technicznego). Po tym całym ładunku klasycznej kompozycji towarzyszącej ekranowej akcji mamy przerywnik w postaci "Beautiful" - jest to prześliczny motyw miłosny, a właściwie coś w rodzaju motywu miłosnego - ja bym powiedział, że to bardziej temat specyficznego związku, jaki wytworzył się między główną bohaterką, Ann, a Kongiem. Właściwa melodia zaczyna się od 1 minuty i 38 sekundy - fragment niesamowicie złożony emocjonalnie, bo dla mnie pesymistyczny i optymistyczny jednocześnie, a coś takiego przy użyciu muzyki osiągnąć bardzo trudno... Motyw został skomponowany przy użyciu głównie fortepianu, delikatnych skrzypiec, a w tle słychać momentami trąbkę i flet. Po nim zaś akcja ponownie rusza pełną parą - zatem znów potężna orkiestra wygrywająca pojedynkowi Konga nie z jednym Tyranozaurem, jak w pierwotnej wersji filmu, ale aż z trzema. Obok końcowych wydarzeń na Empire State Bulding to zdecydowanie najbardziej widowiskowa sekwencja filmu, emanująca potęgą efektów specjalnych, zatem i muzyka jest tu potężna, celowo chaotyczna, zmieniająca co chwilę swoje brzmienie by dopasować się do tego, co akurat dzieje się na ekranie. A przez cały utwór przewijają się dwa nowe motywy - jeden z nich jeszcze później usłyszymy podczas walki małpy z samolotami na szczycie najwyższego budynku Nowego Jorku. Od 3 minuty i 52 sekundy usłyszymy kolejny znajomy fragment, który już wcześniej ilustrował pierwsze pojawienie się Konga i porwanie Ann, jednak tym razem wygrywa w momencie, gdy wielka małpa i ostatni Tyranozaur stoją naprzeciw siebie - za chwilę zacznie się walka... Całość wieńczy już spokojna melodia skrzypcowa, gdy dumny, niepokonany Kong pędzi przez dżunglę kładąc na ramieniu bohaterkę, o którą przecież walczył przed chwilą z dinozaurami. "That's All There Is..." to natomiast kolejne zaburzenie chronologii, bo utwór pochodzi z momentu, gdy Ann Darrow zabawia małpę sztuczkami, które pokazywała podczas występów w teatrze. I choć początek groźny - dalej już robi się figlarnie i humorystycznie (druga połowa). "Captured" to już ostatni kawałek, który towarzyszy wydarzeniom na Skull Island - muzycznie opisuje scenę próby uśpienia i schwytania rozjuszonej małpy. I w tym utworze usłyszymy motywy znane z wcześniejszych ścieżek - szczególnie na początku i na końcu. "Central Park" otwiera część soundtracku, która dotyczy końcowych wydarzeń w Nowym Jorku. W utworze powraca prześliczny motyw znany już z "Beautiful" - gdy Kong odnajduje wreszcie Ann i wspólnie z nią, poprzez opustoszałe ulice miasta, dociera wreszcie do parku, a w nim natrafia na ślizgawkę. Wcześniej napisałem, że to temat optymistyczny i pesymistyczny jednocześnie, i nie inaczej jest tym razem, jednak wsłuchując się w tę jakże wymowną melodię dociera do nas smutek i żal gdy pomyślimy sobie, jak samotna była ta małpa i jak niewiele było jej potrzebne do szczęścia... Tym smutniejszy jest wydźwięk "Central Park", jak i całej sceny, gdy dotrze do nas, jaki los czeka wkrótce King Konga... A ów nieunikniony los rozpoczyna się w momencie, gdy małpa wspina się na Empire State Buliding, co ilustruje utwór o tej samej nazwie. Jest to jedna z najsłynniejszych scen tego filmu, wzięta żywcem z wersji z 1933 roku (w wersji z roku 1976 Kong wspinał się na World Trade Center), w najnowszym remake'u okraszona ponownie podkładem o jakże smutnym wydźwięku - małpa jeszcze nie wie, że na szczycie dopełni się jej tragiczny los... I tak dochodzimy do finałowych wydarzeń i finałowej części partytury, ilustrującej chyba najlepszy epizod filmu, rozgrywający się - jak już wspomniałem - na szczycie najwyższego budynku. Właściwie na ten fragment czeka się przez cały film - jest to apogeum wydarzeń i niesamowita sekwencja - zarówno pod względem emocjonalnym, jak i widowiskowym. Sekwencji tej zostało poświęconych aż 5 utworów, a właściwie to jeden - "Beauty Killed The Beast" - podzielony na 5 części. Pierwsza część to zaledwie zapowiedź, ilustracja momentu, gdy na horyzoncie pojawia się sześć dwupłatowców okrążających budynek Empire i przygotowujących się do ataku na bestię - około 1 minuty kapitalne, wojskowe bębenki, a po kolejnych 30 sekundach zaczyna się właściwy atak. Część druga i trzecia to już action score pełną parą - ponownie, jak w przypadku "Head Towards The Animals" czy "Tooth And Claw", mamy do czynienia z muzyką wielce orkiestralną, która ponownie zmienia co chwilę brzmienie wraz ze zmianami wydarzeń na ekranie. Trąby, skrzypce, kontrabasy, perkusja i niekiedy chór - to wszystko ilustruje nierówną walkę zwierzęcia z samolotami, co jakiś czas pojawiają się motywy znane z wcześniejszej części partytury - znając film słucha się tego doprawdy doskonale i co najważniejsze - dzięki muzyce po prostu ma się przed oczyma cały pojedynek. Część czwarta "Beauty Killed The Beast" jeszcze przez chwilkę jest głośna i dynamiczna, jednak już po minięciu pół minuty następuje wyciszenie i prym zaczynają wieść instrumenty smyczkowe i chóry - wyczerpany i raniony Kong już z ledwością utrzymuje się na szczycie... Jeszcze tylko jedna seria z karabinu dwupłatowca i następuje nieunikniony upadek małpy na ulice miasta... Tej scenie towarzyszy kobiecy lament, przywodzący na myśl nieco śpiew Lisy Gerrard. Identyczna stylowo jest ostatnia już, piąta część tego utworu, o zdecydowanie najsmutniejszym wydźwięku. Zakończenie zarówno płyty, jak i filmu... "It wasn't the airplanes... It was beauty killed the beast..." W podsumowaniu trzeba wspomnieć o brakach... Przede wszystkim znacznie więcej samej partytury Howarda da się słyszeć w filmie, no ale nic dziwnego, skoro ten trwa aż 3 godziny, a na płycie znalazło się nieco ponad 75 minut muzyki. Ponadto można było śmiało urozmaicić całość zamieszczając np. wesołą piosenkę z początku filmu (pobieżne przedstawienie Nowego Jorku lat 30-tych) czy wszystkie utwory, które słyszalne są przed i po gali w amfiteatrze, gdzie pokazano ludziom Konga - to właśnie tutaj słychać fragment oryginalnej kompozycji Maxa Steinera z pierwotnej wersji filmu (rok 1933), którą wygrywa orkiestra dyrygowana przez właśnie Howarda Shore'a. Jednak najbardziej brakowało mi większej ilości plemiennych rytmów Skull Island, a w szczególności znakomitego, bębnowego podkładu z sekwencji, gdy Ann zostaje porwana i złożona w ofierze Kongowi. No i mroczny, jednostajny, budowany praktycznie przez sam chór podkład do długiej sceny walki z robalami na dnie przepaści. Troszeczkę brakuje tego wszystkiego, aby ścieżka dźwiękowa była kompletna, zamknięta i zgadzała się w pełni z tym, co słyszymy w filmie. Jednak oceniając to, co najważniejsze, czyli jakość kompozycji - trzeba przyznać, że James Newton Howard stworzył partyturę bardzo dobrą, miejscami wręcz świetną, i to mimo stosunkowo krótkiego czasu komponowania, jak i presji, która zapewne na nim spoczywała. Generalnie odwalił kawał dobrej roboty i za to należą się największe brawa. Szkoda tylko, że kompozytor, reżyser i producenci nie zdecydowali się umieścić w najnowszej ekranizacji "King Konga" jakiejś ładnej, wyrazistej piosenki - i bynajmniej nie chodzi mi tutaj o jakiś krzykliwy, eksponowany na wszelkie sposoby hit (niczym "My Heart Will Go On" z "Titanica"), ale jakiś spokojniejszy, może nawet nieco refleksyjny utwór śpiewany (jak chociażby te z trzech części "Władcy Pierścieni"), a może nawet nieco szybszy (od razu na myśl przychodzi mi świetnie dopasowany do jednego ze spotów telewizyjnych kawałek "Fix you" grupy Coldplay). Ale mimo tych wszystkich zarzutów, które wymieniłem w całej recenzji, a szczególnie w ostatnim akapicie, piękna i uroku muzyce z "King Konga" odmówić nie można. W filmie muzyka prezentuje się wyśmienicie i podobała mi się coraz bardziej z każdym kolejnym seansem w kinie (a film obejrzałem na dużym ekranie 3 razy). Słuchając partytury Howarda ma się w pamięci wszelkie rewelacyjne sceny z filmu, dodatkowym atutem jest różnorodność tematów - znajdziemy tutaj fragmenty humorystyczne, typowy action score, jak i muzykę dramatyczną, smutną, refleksyjną. I o ile z początku miałem soundtrackowi wystawić 3,5 gwiazdki (głownie ze względu na wymienione braki), tak uznałem, że to ocena wielce krzywdząca i zdecydowałem się na mocne 4 punkty. Myślę, że to nota w pełni zasłużona dla Jamesa Newtona Howarda i jego muzycznego dzieła do wielkiej, niesamowitej przygody, jaką jest najnowszy obraz Petera Jacksona. A jak wypada w porównaniu z ilustracjami filmów z 1933 i 1976 roku? Trudno mi to stwierdzić, gdyż muzykę Maxa Steinera i Johna Barry'ego pamiętam jedynie z filmów - z osobnymi ścieżkami dźwiękowymi niestety nie miałem okazji się zapoznać. Jednak to, co słychać w tych produkcjach, na pewno zasługuje na uwagę - szczególnie jeśli chodzi o partyturę Barry'ego. Na koniec jeszcze informacja, iż muzyka z najnowszego "King Konga" została nominowana do Złotego Globu. Trzeba przyznać, że konkurencja była dość mocna ("Wyznania Gejszy" Johna Williamsa czy "Opowieści z Narnii" Harry'ego Gregson-Williamsa - nagrodę zdobyła partytura z tego pierwszego filmu) - ja kibicowałem muzyce z "The Chronicles Of Narnia", która jest moim skromnym zdaniem ciut lepsza od howardowskiego dzieła i mimo wszystko bardziej mnie zauroczyła... |
![]() |
|
![]() |