
LOST (TV SERIES - SEASON 1)
MUZYKA: Michael Giacchino ROK PRODUKCJI: 2004 WYTWÓRNIA: Varese Sarabande / Colosseum CZAS TRWANIA: 64:08 min.
"Lost" - serial, który zna cały świat. Od ponad dwóch lat przygody rozbitków na tajemniczej wyspie śledzone są z zapartym tchem przez miliony widzów. W chwili gdy piszę ten tekst, na ekranach amerykańskich telewizorów króluje trzeci już sezon serialu, a zapowiada się, że jeszcze będzie tworzony przynajmniej przez co najmniej dwa kolejne. O "Lost" napisanych zostało już miliony zdań, stworzonych zostało setki stron internetowych zajmujących się analizą tego, co już zostało pokazane, a także teoretyzujących co do kolejnych losów postaci serialu. Do każdej z postaci wymyślono dziesiątki przeróżnych teorii - od tych prawdopodobnych, po całkowicie pozbawione sensu. Serial-fenomen, który pobudza wyobraźnię wszystkich fanów i nie daje im spać po nocach. Dość powiedzieć, że w Polsce również został przyjęty z wielkim entuzjazmem. Prawda jest taka, że "Lost" nie musi się podobać, może wręcz irytować lub nudzić, lecz nikt, kto się z nim zapoznał, nie będzie potrafił przejść koło niego obojętnie. Muzykę do serialu skomponował nieznany jeszcze szerzej Michael Giacchino, który zaczynał karierę od tworzenia muzyki do gier komputerowych i w swoim dorobku posiada m.in. serie "Medal of Honor" i "Call of Duty". Jego kariera rozpoczęła się na dobre, kiedy dostał propozycję pracy przy serialu "Alias", którego twórcą i producentem był J.J. Abrams, a który to kilka lat później wraz z Damonem Lindeloffem i Jeffreyem Lieberem stworzył "Lost". To właśnie Abrams zatrudnił Giacchino na stanowisku kompozytora do swojego nowego serialu. To właśnie współpraca z Abramsem otworzyła kompozytorowi drogę do sławy i szybkiej kariery tak w telewizji, jak i Hollywood. Z jego dorobku filmowego można wymienić partytury do "Iniemamocnych", "Rodzinnego domu wariatów" czy najnowszej odsłony "Mission Impossible", która nota bene była debiutem kinowym Abramsa jako reżysera. Widać, że panowie chętnie ze sobą współpracują i w przyszłości mogą stworzyć bardzo znany duet. Giacchino czeka świetlana przyszłość. Wypada również zaznaczyć, że jakiś wkład w ścieżkę do serialu miał kompozytor i piosenkarz Damien Rice, lecz nie został wymieniony ani na okładce płyty, ani w napisach końcowych serialu - więc nie wiadomo dokładnie na czym tenże wkład polegał. Przejdźmy już więc do meritum tej recenzji, czyli partytury do pierwszego sezonu "Lost". Już na samym początku wypada zaznaczyć, że Giacchino wykonał kawał świetnej roboty. Jego utwory wspaniale ilustrują przygody bohaterów i przepięknie wkomponowują się w poszczególne sceny, w których zostały użyte. Wprawdzie wielokrotnie bardzo ciężko jest umiejscowić czy przypisać dany kawałek do konkretnego fragmentu, ponieważ wiadome jest, że przez 24 odcinki kawałki muszą się powtarzać i nakładać. Giacchino skomponował swoją partyturę różnorodnie, wykorzystując do jej celów m.in. pianino, bębny i skrzypce - ścieżka do pierwszego sezonu "Lost" charakteryzuje się przede wszystkim trzema tonacjami. Jest więc dramatyczna i pełna szybkich motywów, które ilustrują wszelkie ucieczki i wolty w serialu. Jest miejscami tajemnicza i niepokojąca, czym wspomaga enigmatyczną otoczkę "Lost". Jest wreszcie, i to uważam za jej najmocniejszą stronę, napisana niesamowicie sentymentalnie, a miejscami wręcz na melancholijną nutę. Pasuje to jak ulał do opowieści ludzi, którzy utracili swoje dawne życie i czasami nie potrafią sobie z tym poradzić. Spokojne i liryczne kawałki podsumowują także wszystkie pesymistyczne wątki jak np. śmierć Boone'a, lecz zawsze kompozytor przemyca do nich jakąś iskierkę nadziei. W zasadzie to ta strona dominuje w tej kompozycji, lecz jest nieustannie przeplatana z pozostałymi dwiema tonacjami, tak więc tworzy się jedna spójna całość. Zaczyna się od motywu przewodniego, który słyszymy w każdym odcinku przy wyłaniającym się z mroku napisie LOST. Trwa on jedynie 16 sekund, lecz jest niezmiernie enigmatyczny i niepokojący. Przez te kilkanaście sekund widz dostaje do zrozumienia że to, co zaraz zobaczy, to nie będą raczej przelewki ;). Generalnie motyw ten stanowi świetny element kompozycji, który jest również najwięcej razy wykorzystywany na całej płycie. Motyw ten został wyjątkowo skomponowany przez J.J. Abramsa, tak samo jak początkowa wstawka. Kolejne dwa utwory stanowią ilustrację pierwszych minut po katastrofie, kiedy oczami Jacka widzimy ogrom tragedii jaka właśnie nastąpiła. "The Eyeland" ilustruje odpowiednio przebudzenie się Jacka w lesie i otrząsanie się z szoku - jest więc tajemniczy i niepokojący. Wykorzystuje również pulsujący motyw znany z tematu głównego. Następny już samym tytułem - "World's Worst Beach Party" - wyjawia co będzie ilustrował. Dramatyczne i narastające tempo podsumowuje szok, który towarzyszy widzowi podczas oglądania przerażających scen prologu. Jest to jeden z najlepszych kawałków na płycie - potężny i wymowny. Kolejny kawałek - "Credit Where Credit Is Due" - przynosi całkowitą zmianę atmosfery na wspomniany wcześniej dość melancholijny ton, który później 'przejmie' całość kompozycji. Nie potrafię dokładnie umieścić tego kawałka w odniesieniu do scen, lecz jego spokojna, sentymentalna tonacja przywodzi na myśl wszelkie wspomnienia, które początkowo towarzyszą rozbitkom. Nie jest to jednak motyw pesymistyczny - wręcz przeciwnie, posiada w sobie jakąś specyficzną nutkę nadziei, szczególnie w ostatniej minucie. Stanowi także jeden z motywów przewodnich płyty i pojawia się później wielokrotnie w zmienionych aranżacjach. Jest to kawałek, który zdecydowanie najbardziej zapadł mi w pamięci, dzięki swojej melodyjności oraz sentymentalnej tonacji. Myślę, że Damien Rice musiał przy tym maczać swoje palce, ponieważ linia melodyczna przywodzi mi często na myśl jego wspaniałą piosenkę do filmu "Bliżej" pt. "The Blower's Daughter", którą możemy usłyszeć na początku i końcu tego wybitnego obrazu. W utworze piątym następuje kolejna zmiana nastroju. Zaczyna się niepokojąco, a narastająca dramatyczna tonacja przywodzi na myśl jedynie dramatyczną ucieczkę, więc pierwszym skojarzeniem jest odwrót trójki rozbitków przed goniącym ich 'czymś'. Sam tytuł utworu - "Run Like, Um... Hell" - chyba wszystko wyjaśnia. I teraz zaczynają się schody, ponieważ kolejnych utworów nijak nie potrafię umiejscowić w serialu. Po prostu zbyt wiele scen z pobytu na wyspie przychodzi naraz na myśl, a nie wolno zapomnieć także o retrospekcjach. Od tego momentu utwory zaczynają się przeplatać - mamy więc na zmianę podszyte tajemnicą motywy dramatyczne poparte gwałtownym tempem z uspokajająco-sentymentalnymi. Taka różnorodność nie pozwala przejść obok tej partytury obojętnie. Idąc więc po kolei: utwór szósty prezentuje od połowy szybszą melodię, pełną werwy, i kojarzy się mocno z jakąś przygodą. Później kolejny powrót do pięknej lirycznej tonacji, a po tytule utworu - "Just Die Already" - można przypuszczać, że ilustruje on albo śmierć agenta federalnego, albo pogrzeb wszystkich, którzy zginęli w katastrofie. W każdym razie ma wymowę dość pesymistyczną. Kolejne dwa utwory są dość monotonne, choć w obu da się odczuć jakąś tajemnicę... Dziesiąty utwór jest kolejną piękną sentymentalną kompozycją rozpisaną tym razem na pianino i warto się w niego kilka razy wsłuchać ze względu na wspaniałe brzmienie. Jedna z tych zapadających w pamięć melodii. Jedenasty kawałek jest do pewnego momentu jakby połączoną wersją wcześniejszych spokojnych utworów, lecz w ostatniej minucie pojawia się nowa, smutna tonacja ze skrzypcami w tle, a po tytule możemy się domyślać, że głównym założeniem takiej linii melodycznej było ukazanie dylematów piękniejszej połówki koreańskiego małżeństwa. Jednakże kojarzę ten motyw z jeszcze kilku innych scen. Z dwunastym utworem przenosimy się ponownie w żwawsze klimaty, jako że cały skomponowany jest na szybko narastającym tempie. Jednak utwór ten miał w zamierzeniu ilustrować Charliego, a jest to postać, która potrafi być impulsywna, aczkolwiek to spokojny z natury chłopak, dlatego od połowy utwór się uspokaja i jedynie delikatnie zawiązuje w tle. Trzynasty kawałek jest wart wspomnienia, ponieważ łączy w sobie naprzemiennie trzy różne tonacje: z początku spokojnie zarysowane brzmienie przemienia się w wesoło pogrywającą melodię, która z kolei na ostatnie 30 sekund zamienia się w bliżej nieokreślony, niepokojący ton. Czternasty kawałek to typowa kompozycja zarysowująca tajemniczość serialu - stworzona na szybkim, dudniącym wręcz momentami tempie może przyprawić o szybsze bicie serca. Piętnastka w zasadzie uzupełnia poprzednika - jest krótka. lecz wielce wymowna w przekazywanej treści. Następnie mamy krótki przerywnik od dramatycznej tonacji, lecz już w siedemnastym utworze wraca ona niemal ze zdwojoną siłą. Gwałtowne wzrosty i spadki tempa oraz zarysowujące swą obecność bębny tworzą z tego kawałka jeden z najbardziej dramatycznie skomponowanych na całej ścieżce. Przywodzi na myśl wszystkie emocje, które wywołuje u widza cała akcja z Ethanem. Idąc według wyznaczonej zasady - raz szybciej, raz spokojniej - kolejny utwór to znowu powrót do pięknej sentymentalnej tonacji, z ponownym wykorzystaniem pianina. Jednakże ten motyw jest zapowiedzią zmiany nastroju płyty, bo następnym szybszym utworem, a zarazem ostatnim w takiej tonacji, będzie dopiero kawałek nr 25. Utwór dziewiętnasty jest natomiast - oprócz czwórki i dwudziestki szóstki - najlepszym z tych rozpisanych na wolniejsze tempo. Można go określić jako dość refleksyjny w tonacji, lecz sam środek utworu to mistrzostwo świata, bo jest wręcz cudowny i chwyta za serducho swoją piękną i dość wzniośle zaakcentowaną melodią ze świetnie rozpisanym pianinem w tle. Chylę w tym miejscu czoła przed kompozytorem. Na końcu zostaje jeszcze doczepiony motyw przewodni, choć nie wiem za bardzo po co. Utwór dwudziesty w zasadzie powtarza melodię z czwartego - tyle, że w trochę zmienionym i przede wszystkim jakby trochę spokojniejszym wydaniu, z dodatkowym użyciem skrzypiec. Tytuł "Life and Death" wyjaśnia dlaczego. Tutaj także, jak i u poprzednika, na końcu został dziwnie doczepiony wątek końcowy. Przypuszczam, że oba utwory znajdują się po prostu przy końcu odpowiednich odcinków i dlatego właśnie dostały swoistego bonusa. Dwa kolejne kawałki nie wnoszą nic nowego - ot, po prostu dalej ciągną spokojną tonację poprzedników, a na końcu "Shannonigans" znajduje się co? Oczywiście wczepiony motyw przewodni Abramsa ;). Utwór dwudziesty trzeci przynosi delikatną zmianę, bo choć dalej jest to spokojna melodia, to jednak wyczuć w niej można jakiś niepokojący element - w tym przypadku, kierując się tytułem, związany prawdopodobnie z tragiczną przeszłością Kate Austen. W każdym razie kawałek ten oddziałuje już inaczej na słuchacza, jest bardziej emocjonalny i zapowiada zmianę tonacji na szybszą. I tak dochodzimy do utworu o nazwie "I've Got A Plane To Catch", który jest zupełnym novum na płycie. Skoczny, wesoły i pełen wigoru, przypomina trochę miejscami melodię znaną z gatunku country. Ożywia zdecydowanie trochę uśpioną przez wcześniejsze utwory atmosferę. Opiera się głównie na gitarze i w sumie brakuje tylko jakichś słów, by uznać to za piosenkę. Doprawdy bardzo duże zaskoczenie na płycie, która opierała się głównie na dramacie, tajemnicy i melancholii. Utwór nr 24 można porównać do jednej z serialowych wolt. Świetna wstawka od Giacchino. No i wracamy wreszcie do dramatu i tajemnicy, bo kolejny utwór wraca do sprawdzonego już wcześniej narastającego szybko tempa i gwałtownej tonacji. Jest to tym samym ostatni tego typu kawałek na soundtracku. Dwa ostatnie utwory (dodajmy, że najdłuższe) to już znana liryka i klimat, lecz nie żadna melancholia - już bardziej jest to sentyment (27) i pełna nadziei potężna melodia podsumowująca całość partytury Giacchino (26), jak i całość pierwszego sezonu serialu. W przypadku pięknego utworu nr 26 poczułem jednak dziwne uczucie deja vu, szczególnie pod koniec, kiedy naszło mnie skojarzenie z twórczością Jamesa Newtona Howarda. Ale możliwe, że to tylko mój wymysł, bo jest to jeden z najlepszych utworów na płycie. Natomiast ostatni utwór - "Oceanic 815" - pomimo spokojnej melodii przez cały czas trwania, pod koniec przeradza się w znany już tajemniczy ton, by zakończyć motywem przewodnim Abramsa. Partytura zostaje zakończona tak, jak serial. Warto przy zaznajamianiu się z tą płytą zwrócić szczególną uwagę na nazwy poszczególnych utworów, bo w niektóre zostały bardzo fajnie wplecione różne motywy i imiona bohaterów serialu. Tym samym twórca dość fantazyjnie sugeruje, co było jego głównym celem w rozpisywaniu linii melodycznej odpowiedniego utworu. I tak mamy m.in. nawiązania na zasadzie kontrastu ("World's Worst Beach Party"), gierki słowne ("Charlie Hangs Around") oraz zabawy fonetyczne ("Booneral", "Shannonigans", "Locke'd Out Again", "Thinking Clairly"). Jest to dość fajna ciekawostka przygotowana przez twórcę. Niestety osoby nie znające angielskiego prawdopodobnie nie docenią jego starań... Podsumowując, Michael Giacchino wykonał kawał naprawdę porządnej roboty. Jego utwory są w większości spokojne i klimatyczne, miejscami wręcz liryczne, lecz kiedy tylko trzeba, to kompozytor zahacza o ostrzejszą nutę, podkręca tempo i przekazuje przez swoją muzykę zupełnie inne emocje. Można zarzucić tej kompozycji, że jest zbyt wolna, a momentami potrafi być wręcz usypiająca, lecz ja uznaje to za argument na plus, bo zawsze lubiłem takie klimatyczne partytury potrafiące przemycić piękno za pomocą w gruncie rzeczy prostych środków. I jak wspomniałem wcześniej, dzieło Giacchino przywodzi mi na myśl twórczość Jamesa Newtona Howarda, którego muzykę wprost uwielbiam. Trzeba też dodać, że ścieżka dźwiękowa do pierwszego sezonu "Lost" znakomicie wypełnia swoją rolę - komponuje się przepięknie z samym serialem, stanowiąc jego idealne uzupełnienie. Największym natomiast problemem tej partytury jest niestety paradoksalnie zbyt duże połączenie z samym "Lost". Mianowicie w serialu przepięknie się to wszystko zlewa z tym, co się dzieje na ekranie, i uzupełnia wiele przedstawionych wątków. Gdy się słucha kompozycji oddzielnie, to stanowi ona przyjemne nawiązanie oraz wspomnienia serialu. Również może przywołać przed oczy niektóre sceny czy motywy. Natomiast dla kogoś, kto się nie zapoznał jeszcze z "Zagubionymi", płyta ta nie będzie stanowić żadnej atrakcji, i po jednym przesłuchaniu odstawi ją w przysłowiowy kąt. Dlatego polecam ją przede wszystkim fanom dzieła Abramsa. Ostatecznie stawiam cztery gwiazdki, a wszyscy fani niech dodadzą sobie kolejną połówkę. |
![]() |
|
![]() |