LOST (TV SERIES - SEASON 2)

MUZYKA: Michael Giacchino
ROK PRODUKCJI: 2006
WYTWÓRNIA: Varese Sarabande / Colosseum
CZAS TRWANIA: 64:38 min.


01. MAIN TITLE (J.J. Abrams)
02. PEACE THROUGH SUPERIOR FIREPOWER
03. THE FINAL COUNTDOWN
04. WORLD'S WORST LANDSCAPING
05. MESS IT ALL UP
06. HURLEY'S HANDOUTS
07. JUST ANOTHER DAY ON THE BEACH
08. ANA CRIES
09. THE TRIBES MERGE
10. THE GATHERING
11. SHANNON'S FUNERAL
12. ALL'S FORGIVEN... EXCEPT CHARLIE
13. CHARLIE'S DREAM
14. CHARLIE'S TEMPTATION
15. A NEW TRADE
16. MAPQUEST
17. CLAIRE'S ESCAPE
18. THE LAST TO KNOW
19. ROSE AND BERNARD
20. TOXIC AVENGER
21. I CRASHED YOUR PLANE, BROTHA
22. EKO BLASTER
23. THE HUNT
24. McGALE'S NAVY
25. BON VOYAGE, TRAITOR
26. END TITLE



Michael Giacchino skomponował świetną partyturę do pierwszego sezonu "Lost" - muzykę, która idealnie pasowała do przedstawianych w serialu wydarzeń, a także miło jej się słuchało osobno. Drugi sezon jest bardzo nierówny i słabszy od pierwszego, i tak samo sprawa się ma z muzyką. W serialu zrobiło się tajemniczo i o wiele bardziej dramatycznie - kilka osób pożegnało się z życiem, wielokrotnie dochodziło do kosztownych błędów i irracjonalnych sytuacji. Tak więc tonacja partytury musiała ulec zmianie, lecz możliwości aranżacyjnych nie ubyło, a nawet można stwierdzić, że pod pewnymi względami przybyło - bo pomimo, że drugi sezon jest nierówny, to więcej w nim emocjonalnych momentów, a i romantyczne uniesienia przechodzą na zupełnie inny poziom. Jednym słowem, pole do popisu kompozytor miał ponownie ogromne.

Niestety muszę więc na samym początku tego tekstu z bólem serca stwierdzić, że kompozycja Michaela Giacchino do drugiego sezonu "Lost" jest o wiele gorsza od poprzedniczki. Straciła to, co stanowiło o sile tamtej partytury. Straciła tzw. emocjonalnego kopa, który tamta zapewniała nawet poprzez sentymentalne melodie. Brak tu jakiegoś większego "powera" i napięcia, które by nową aranżację ożywiły. Jest o wiele spokojniejsza i bardziej stonowana od "jedynki", co może zakrawać na jakiś dowcip, ale taka jest prawda. Brak tu wielokrotnie znanego narastającego szybkiego tempa, brak dudniących bębnów tak wspaniale zarysowujących wcześniej dramatyzm chwili, w ogóle to brak tu właściwie tego dramatyzmu, który cechował soundtrack do pierwszego sezonu. W zamian dostajemy niemal maksymalne rozwinięcie tonacji tajemniczości i niepokojących elementów dźwiękowych. A pomimo tego, że w drugim sezonie było zdecydowanie więcej takich właśnie momentów, to można to było o wiele lepiej i efektowniej rozpisać. Co jednak najważniejsze, podział się gdzieś ten przepiękny, liryczny wręcz sentyment, który stanowił niezaprzeczalny atut poprzedniczki, podziała się melancholijna linia melodyczna, która łapała za serducho. Giacchino zrezygnował nawet niemal całkowicie z pianina i skrzypiec. Tym samym wyeliminował jeden z czynników swojego poprzedniego sukcesu. A przepięknych i wartych do zilustrowania taką muzyką momentów było sporo w drugim sezonie. Co więc dostaliśmy w zamian? Spokój, spokój i jeszcze raz spokój. Sentymentalna strona zastąpiona została spokojnymi, ugrzecznionymi wręcz aranżacjami, które nijak nie emocjonują, a bardziej wprowadzają usypiający nastrój. To właśnie te dwie tonacje - spokojna i tajemnicza - w niemym porozumieniu przejęły niemal całkowicie opisywaną kompozycję. Naprzemiennie starają się sobą zainteresować słuchacza, lecz nic większego z tego nie wynika. I nawet wielokrotne zwracanie się kompozytora w stronę wcześniejszego materiału, wplatanie co lepszych motywów w nowe aranżacje, nie poprawia znacznie efektu całości. Tak jak cechą charakterystyczną "jedynki" były emocje, tak jeśli chodzi o "dwójkę" - jest to niestety zbyt często obojętność. I nawet już tytuły poszczególnych utworów prezentują się gorzej, bo większość została potraktowane poważnie i dosłownie, bez najmniejszego choćby przymrużenia oka. Nie ma tu już radosnej twórczości kompozytora, nie ma praktycznie żadnych gier słownych, które stanowiły miłe urozmaicenie poprzedniego soundtracku. Jest tylko proste nazywanie poszczególnych kawałków ("Claire's Escape", "Rose and Bernard", "Ana Cries", "Shannon's Funeral"), a nawet miejscami zauważalny jest brak jakiejś szerszej koncepcji (stojące obok siebie "Charlie's Dream" i "Charlie's Temptation"). Jednym słowem porażka. Znajdują się wprawdzie i tu wyjątki od reguły ("McGale's Navy", "Eko Blaster", "Toxic Avenger"), ale stanowi to słabe pocieszenie w kontekście całości.

Zaczyna się od znanego już na wylot motywu skomponowanego przez Abramsa, a drugi efektowny i szybki kawałek zwiastuje bardzo dobrą całość swoją dramatyczną i niepokojącą tonacją. Jednakże już od trzeciego utworu robi się spokojnie, tajemniczo i... monotonnie, jedynie chwilami zahaczając o potężniejsze brzmienie. I tak idzie, z małymi wyjątkami, przez cały środek ścieżki. Pod koniec partytura nabiera trochę większego wigoru i nawet miejscami ponownie zahacza o dramatyczny efekt, który był osiągnięty na początku, pojawiają się nawet bębny i pulsujące szarpane tempo, jest zapomniany na rzecz tajemniczości dramatyzm, ale to jedynie krótkie okresy w trzech czy czterech kawałkach, które jednak potrafią obudzić uśpionego już słuchacza. Nie ma więc większego sensu opisywać poszczególnych kawałków, kiedy w zasadzie zlewają się one w jedną, dosyć średnią całość. Linia melodyczna jest podana albo tajemniczo z zarysowanym w tle jakimś "hitchcockowskim" motywem, albo na spokojnie, bez emocji, jak dla pacjenta dopiero co po zawale. Nie ma w zasadzie do czego się przyczepić, ale nie ma też absolutnie za co chwalić. Partytura straciła swą osobowość i można by rzec, że przechodzi się obok tej ścieżki obojętnie, a to największy grzech. Paradoksalnie, już nawet brak motywu skomponowanego przez Abramsa wkomponowanego w końcówki wielu kawałków, jest wręcz namacalny. Wypada jednak wyróżnić kilka co lepszych utworów znajdujących się na tym soundtracku. Tak więc ciekawa jest tonacja utworu czwartego, w którym to słyszymy wesoły wręcz ton prześwitujący przez zamierzone tajemnicze brzmienie, a w drugiej połowie linia melodyczna staje się relaksująca. Jeden z niewielu tak wesołych motywów na płycie. Siódmy kawałek oferuje całkiem niezły finał oddziałujący na emocje za pomocą mocniejszej melodii, ale to tylko ostatnie 30 sekund. Warto zwrócić uwagę na utwór dziesiąty, bo wykorzystując piękny motyw z dwudziestego szóstego kawałka poprzedniej ścieżki - zahacza o zapomniany sentymentalny nastrój. Bardzo ładna nowa aranżacja znanej linii melodycznej sprawia, że razem z dziewiętnastym kawałkiem są to najlepsze spokojne utwory na płycie. Utwór trzynasty pomimo tego, że jest nierówny, przywodzi dzięki swojemu narastającemu pulsującemu tempu dokonania kompozytora z poprzedniej partytury. A pod koniec przez kilkanaście sekund zawarty jest nawet motyw, który u poprzedniczki przyprawiał o szybsze bicie serca. Kolejnym utworem wartym większej uwagi jest wspomniana wcześniej kompozycja nr 19, która pomimo spokojnej tonacji przywraca do pełnej łaski wszechmocne pianino, które zawsze przepięknie wyrażało delikatne emocje, w tym przypadku pomiędzy chwytającymi spóźnione szczęście Rose i Bernardem. A i nawet pojawiają się na chwilę zapomniane skrzypce. Nie jest to niby nic specjalnego, ale za pomocą tych dwóch instrumentów zawsze można osiągnąć zamierzony liryczny efekt i szkoda, że kompozytor tym razem o tym zapomniał. Kawałki nr 21 i 22 są kolejnymi porządnie skomponowanymi melodiami stawiającymi na zawsze efektywne i efektowne gwałtowne skoki tempa i dudniący pogłos. Lecz to w sumie tylko powtórka tego, co już było. No i na koniec warto jeszcze wspomnieć o bodaj najlepszym kawałku z całej partytury, czyli utworze zatytułowanym "Bon Voyage, Traitor", a odnoszącym się do najbardziej emocjonalnie zarysowanego motywu w serialu - zdrady Michaela. A że jest to ostatni motyw przed końcowym "End Title", to mamy w nim przemieszane w zasadzie wszystko co oferuje nam cały soundtrack: tajemniczy narastający ton + spokojną aranżację + wskakujące pomiędzy nie sentymentalne motywy. Mieszanka w porównaniu z tym, co było wcześniej, dość wybuchowa. I to w sumie tyle. Reszta utworów niestety stanowi jedynie dość monotonne przy kolejnym słuchaniu wypełniacze.

Podsumowując, drugie zmierzenie się Michaela Giacchino z serialem wyszło mu znacznie gorzej. Chciał spróbować od innej strony, ale zupełnie zgubił koncepcję całości. Dlatego też jego partytura do drugiego sezonu jest przede wszystkim niesamowicie nierówna i jedynie momentami świadczy o talencie kompozytora. Zabrakło także klimatu, który stanowił niezaprzeczalny efekt pierwszej płyty. Tak jak w przypadku "jedynki", można było jeszcze mówić o sukcesie muzyki na wielu poziomach, tak tutaj już nawet fani serialu poczują się zawiedzeni. Nie mówiąc już o osobach, które nie miały jeszcze okazji zapoznać się z "Zagubionymi", bo dla nich ta kompozycja nie będzie stanowiła już absolutnie żadnej wartości, kiedy w "jedynce" jeszcze mogli znaleźć coś dla siebie. Partytura jeszcze bardziej złączyła się z historią, do której została napisana, a to zdecydowanie zły kierunek - i mam nadzieję, że już soundtrack do trzeciego sezonu powróci do korzeni i przebije nawet świetną partyturę do pierwszego sezonu. Oceniając ostatecznie muzykę do drugiego sezonu, to jest ona całościowo "tylko" dobra, bo oczekiwania były o wiele większe. Ale że komponuje się dalej ładnie z serialem i ciągle stanowi jego świetne uzupełnienie, to podwyższam ocenę o pół gwiazdki. Natomiast osoby, które nie widziały "Lost", niech sobie te pół gwiazdki odejmą.

Ocena:
Autor recenzji: Dariusz Kuźma - BEOWULF
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI