MILLIONS

MUZYKA: John Murphy, różni wykonawcy
ROK PRODUKCJI: 2004 / 2005
WYTWÓRNIA: Milan Records
CZAS TRWANIA: 52:05 min.


01. HOUSE BUILDING
02. "BLACKOUT" (Muse)
03. ST. FRANCIS OF ASSISI
04. "TUMBLE AND FALL" (Feeder)
05. MOVING IN / LAST BOY 1
06. ST. NICHOLAS / DAMIAN AND THE DONKEY ESCAPE
07. THE OLD HOUSE / IN THE ATTIC
08. "HITSVILLE U.K." (The Clash)
09. CHUGGERS / STERLING / LOST BOY 2
10. "BRAZIL" (S-Express)
11. RANSACKED
12. LA PETITE FILLE DE LA MER (Vangelis)
13. MUM / PARACHUTES TO AFRICA
14. "NIRVANA" (El Bosco)



Każdy z nas na pewno pamięta jakąś kołysankę z lat szczenięcych, którą nucono mu wtedy na dobranoc. Czasem była to piosenka, innym razem zwykła melodia, która miała ukoić do snu. Dziś proponuję połączenie obu tych rozwiązań - tym razem w filmowym klimacie. Ilustracja Johna Murphy'ego do filmu Danny'ego Boyle'a "Millions" jest bowiem taką właśnie kołysanką - o tyle piękną, co przesiąkniętą prawdziwą filmową magią...

Już od pierwszych nut "House Building" słychać wyraźnie, że mamy do czynienia z niezwykłą i nieszablonową kompozycją, która na całe szczęście nie usypia (choć i do tego pewnie by się nadawała w odpowiednim momencie ;), ale fascynuje i wciąga, i przez bitą godzinę nie pozwoli oderwać się od głośników - możecie mi wierzyć. Murphy bardzo zgrabnie załapał klimat opowieści nadającej się dla wszystkich, choć widzianej oczami dziecka. Z jednej więc strony słyszymy wielką przygodę, sowicie okraszoną chórami i porządnie zorkiestrowanymi wybuchami całej orkiestry (właśnie "House Building" czy "Mum / Parachutes To Africa"), a z drugiej odrobinę tajemnicy i sennych klimatów, jakie serwują nam dzwoneczki, delikatne smyczki oraz cymbałki (na dobrą sprawę pozostała część partytury). Czasem też - jak choćby w "Moving In / Lost Boy 1" kompozytor sięga po elektronikę. Jest to jednak bardzo subtelna elektronika, w dodatku iście Vangelisowska. Co ciekawe, Vangelis jako taki też tu się pojawia. Jego gościnna kompozycja "La Petite Fille de la Mer" pochodząca z albumu "L'Apocalypse des Animaux" genialnie wpisuje się w całość i i jest to jeden z tych pozytywnych przykładów, gdzie zaciera się granica między muzyką oryginalną, a zapożyczoną. Tak więc zamieszczenie tu tego utworu było naprawdę słuszną decyzją. Inny elektroniczny przykład serwuje "Ransacked", który ociera się o typową muzykę akcji. Ale, co dziwne, nie odstaje on aż tak bardzo od reszty. Jest z początku bardziej drapieżny i agresywny, ale na tyle stonowany, że nie odczuwa się jakiejś nagłej zmiany - tym bardziej, że druga połowa tegoż utworu to znowu filmowa "cicha noc". Zresztą nie tylko w "Ransacked" mamy obecną elektronikę - fragmentarycznie pojawia się ona także w paru innych utworach, odpowiadając za mroczniejszą stronę opowieści.

Murphy nie zapędził się na szczęście w wymyślaniu różnorakich kompozycji i opowieść ta spójnie oscyluje głównie wokół tematu głównego, który obecny jest już w pierwszym utworze. Potem powraca jeszcze kilkukrotnie, zazwyczaj w odrobinę innej aranżacji. Przez to cała reszta partytury zdaje się niknąć pod jego ogromem, ale wystarczy wsłuchać się odrobinę bardziej w poszczególne ścieżki, aby wyłapać całe mnóstwo fantazji i muzycznych barw, a przy tym i sporo niespodzianek i smaczków. Murphy odwalił tu naprawdę wspaniały kawał roboty, udowadniając tym samym, że stać go na znacznie, znacznie więcej, niż spodziewaliby się tego przeciwnicy "Miami Vice" i szeroko pojętej elektroniki w muzyce filmowej. Pomimo jej wyraźnej obecności i wpływów, jest to szalenie kreatywna i działająca na wyobraźnię kompozycja, w dużej mierze złożona z klasycznej orkiestry i to w dodatku odpowiednio przystosowanej do potrzeb opowieści. I za to naprawdę wielkie brawa.

Oprócz "nucenia" płyta oferuje także fragmenty śpiewane. Chodzi oczywiście o utwory różnych zespołów, które zostały powtykane pomiędzy kompozycje Murphy'ego. Na szczęście zostało to zrobione z pomysłem i wszystko bardzo ładnie się ze sobą łączy. Możecie zapomnieć więc o "Mortal Kombat" - tu wszystko jest stonowane i ogranicza się do łagodnego rocka. I właściwie przyswaja się to (oprócz kompozycji "Brazil") bez problemów i, co ważne, nie zakłóca to odbioru reszty partytury. Pochwalić zresztą należy przepiękną balladę zespołu Muse "Blackout" i końcową, jakże optymistyczną piosenkę "Nirvana" grupy El Bosco, które kapitalnie wpisują się w klimat i nastrój pracy Murphy'ego. Zresztą trudno mi sobie wyobrazić gotowy soundtrack bez tych dwóch pozycji.

Nie ma co się dłużej rozpisywać na temat tej pozycji, bo też i nie ma to sensu (a jeszcze mi się tu pośpicie ;). W dzisiejszej dobie jest to naprawdę pomysłowa i napisana z fantazją muzyka, która zachwyca od początku do końca. I choć ocena nie jest może najwyższa, to jednak jak najbardziej polecam ją każdemu. Myślę, że warto poświęcić trochę czasu i posłuchać, dać się porwać, ukoić, ukołysać... Dobranoc.

Poniżej inna okładka tego soundtracku.




Ocena:
Autor recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI