MR. & MRS. SMITH

MUZYKA: Różni wykonawcy
ROK PRODUKCJI: 2005
WYTWÓRNIA: Lakeshore Records
CZAS TRWANIA: 65:40 min.


01. THE J. GEILS BAND - Love stinks
02. POISON - Nothin' but a good time
03. SOFT CELL - Tainted love
04. ALANA D - Baby, baby
05. CHARLES WRIGHT & THE WATTS 103RD STREET
      RHYTHM BAND
- Express yourself (Mocean Worker remix)
06. JOE STRUMMER & THE MESCALEROS - Mondo bongo
07. MAGNET feat. GEMMA HAYES - Lay lady lay
08. NOUVELLE VAGUE - I'll met with you
09. 8MM - Nobody does it better
10. PINK MARTINI - Let's never stop falling in love
11. JOHN POWELL - Assassin's tango
12. VOODOO GLOW SKULLS - Used to love her (but I had to kill her)
13. STINE J. - You are my sunshine
14. RIGHTEOUS BROTHERS - You've lost that lovin' feelin'
15. AIR SUPPLY - Making love out of nothing at all
16. ATREYU - You give love a bad name
17. CAPTAIN & TENNILLE - Love will keep us together



W kinach kolejny film akcji, a na sklepowych półkach kolejna składanka pod ten film podciągnięta. Mówię podciągnięta, bo choć filmu jeszcze nie widziałem, to śmiem twierdzić, iż niewiele ma z nim wspólnego. A jest to bardzo typowa składanka - ot, masa piosenek wrzucona do jednego kotła i zmieszana razem. Do tego szczypta partytury Johna Powella, pieczenie przez ponad godzinę i wychodzi nam soundtrack. Spróbowałem. Wyszło całkiem smacznie, choć nie na tyle, żeby piec drugi raz. Ale do rzeczy - większość piosenek to rock, pop, choć trafia się czasem coś innego. Sporo tu starszych kawałków pokroju "Tainted Love", "Nothin' But A Good Time" czy "Love Stinks". Mamy też kilka przeróbek takich staroci, jak "Nobody Does It Better" i "You Are My Sunshine", które zostały zdynamizowane i podciągnięte pod styl disco. Ogólnie wszystkie dobrano według jednego klucza - miłości. Wszystkie bowiem prawią właśnie o niej, często w przewrotny sposób, jak dosadne już w tytule "Used to Love Her (But I Had To Kill Her)" czy w wykonaniu typowo metalowym - "You Give Love a Bad Name". Jak wiadomo, filmowi Pan i Pani Smith to małżeństwo, w którym obie połowy ukrywają przed sobą zawód, jakim jest płatny zabójca. Pewnego dnia dostają zlecenie na siebie samych i zaczyna się zabawa. Także pod tym względem dobór piosenek pasuje. Ale chyba tylko pod tym, gdyż poza tym faktem zupełnie do siebie nie pasują, a często nawet kłócą się ze sobą. Nie dopatrzyłem się tutaj żadnej nowszej piosenki czy też takiej, która specjalnie powstała na potrzeby filmu (choć mogę się mylić). Szkoda, że nikt się nie wysilił i znowu dostaliśmy odgrzewane danie. Fakt, że - jak już mówiłem - danie to smakowało mi bardziej, niż się spodziewałem, ale nie pobudziło apetytu na więcej. Czyli do posłuchania i zapomnienia, bo cóż innego pozostaje? I ocena byłaby znacznie niższa, gdyby nie pewien składnik, który mnie zaskoczył...

A mówię oczywiście o tym nieszczęsnym fragmencie powellowskiego score'a, przedstawionego tutaj jako "Assassin's Tango". Jest to wybrany kawałek z płyty z partyturą tego kompozytora, wybrany dość trafnie. Pasuje do całości, gdyż jest rytmiczny i wpasowany w resztę. Na płycie z muzyką Powella ukrywa się pod nazwą "Tango De Los Asesinos", co na dobrą sprawę znaczy to samo - tyle, że w innym języku. Co ciekawe, oba fragmenty różnią się dwoma rzeczami. Po pierwsze: ten zamieszczony tutaj jest krótszy o jakieś 20 sekund. Właściwie to niby bez znaczenia, ale w muzyce filmowej takie 20 sekund często zmienia całe oblicze utworu. Tutaj tak się jednak nie stało - jest on po prostu krótszy i mniej wyeksploatowany. Moją uwagę przykuła natomiast jego aranżacja. Właściwie, i to po drugie, aranżacja także nie różni się tu jakoś niesamowicie, ale mi jednak do gustu bardziej przypadł fragment z tej płyty, aniżeli ten ze score'a. Chodzi o samą końcówkę, która jest kulminacją całości (jak mniemam także i filmowej sceny). Z początku bowiem oba utwory to ciekawa i odrobinę spokojna, acz taneczna wariacja na temat tanga. Dopiero pod koniec Powell pokazuje na co go stać i robi się iście wybuchowo (na soundtracku od ok 3 minuty i 20 sekundy, na scorze od 3 minuty i 50 sekundy). I właśnie tenże wybuch pod koniec wydaje mi się lepszy tutaj, niż na drugiej płycie. Tu jest jakby bardziej drapieżny, a bębny - odgrywające największą w tym rolę - mocniej zaakcentowane. Przypomina mi to trochę "Mission: Impossible", gdzie aranżacja kilku tematów Elfmana, umieszczona na osobnym soundtracku, także ciut bardziej przypadła mi go gustu niż to, co usłyszałem potem na scorze. Nie wiem czemu tak się dzieje i pewnie długo się nie dowiem, ale przyznaję, iż jest to osobliwa sprawa. Natomiast dla tej płyty "Assassin's Tango" to największy plus i ciut podniesiona ocena. Całość oceniłem bowiem na 2,5 gwiazdki. Po skromnym pokazie Powella zdecydowałem się jednak podnieść ją do całych 3. Może to trochę naciągane, ale niech tak zostanie. Poza tym samej płyty słuchało mi się nieźle. Polecał jednak nie będę, gdyż to wciąż średniawka, jakich na sklepowych półkach jest od groma. Osobiście polecam bardziej właśnie score Johna Powella, który po sukcesie Bourne'a, stworzył kolejną dobrą pozycję, przy okazji wyrabiając swój własny, rozpoznawalny styl. I żeby nie było wątpliwości - soundtrack filmu "Pan i Pani Smith" ma okładkę białą, natomiast score czarną. I to jedyna różnica, bo poza kolorem na okładkach znajduje się to samo, czyli para głównych bohaterów w stosownych pozach. A tak w ogóle to zapraszam do osobnej recenzji tej drugiej płyty...

Ocena:
Autor recenzji: MEFISTO
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI