
MR. & MRS. SMITH - SCORE
MUZYKA: John Powell ROK PRODUKCJI: 2005 WYTWÓRNIA: Lakeshore Records CZAS TRWANIA: 44:05 min.
Jeżeli ktoś lubi absurdalne komedie sensacyjno-romantyczne, z mnóstwem sypiącego się gruzu i zretuszowanymi twarzami z okładek brukowców, to powinien się wybrać na film "Mr. & Mrs. Smith". Scenariusz do tego film miał ponoć aż 50 wersji, jednak chyba żadna z nich nie była zbyt dobra, skoro ostatecznie zdecydowano się zrealizować coś tak okropnego. Oprócz ciągłej bezsensownej strzelaniny i głupich dowcipów nic nie potrafi powstrzymać widza przed ucieczką z kinowego fotela. Ale tak to już jest, że producenci chcąc w wakacje zwabić widzów przed ekrany stawiają na kino widowiskowe, pokazujące znanych, choć fatalnych aktorów, a przy tym sprawdzające granice naiwności widza. Po tym krótkim wstępie, który mam nadzieję wyjaśnił mój stosunek do najgorszego filmu tego lata, czas przystąpić do opisania w kilku słowach muzyki, która jest jego najlepszym elementem. Jako że reżyser "Mr. & Mrs. Smith" - Doug Liman - ma już na swoim koncie takie filmy jak "Tożsamość Bourne'a" czy "Krucjata Bourne'a", do których muzykę napisał John Powell, nie było zaskoczeniem, że wybrał tego kompozytora do swojego najnowszego filmu. John Powell ostatnio zaczyna częściej pokazywać swoje umiejętności w coraz to głośniejszych produkcjach. W końcu całkiem nie tak dawno można było wysłuchać jego muzyki w kilku animowanych filmach, takich jak "Roboty" czy skomponowany z Harrym Gregson-Williamsem "Shrek" (obie części), "AntZ" oraz "Uciekające Kurczaki". John Powell zawsze stara się tworzyć muzykę nietuzinkową, wymykającą się wszelkim klasyfikacjom. Tak było ostatnio w przypadku "Robotów" i tak jest w "Mr. & Mrs. Smith". Nie można do końca stwierdzić, czy to czego słuchamy to jazz, blues, tradycyjna muzyka hiszpańska czy bardziej coś na kształt big beatu. Atutem tego kompozytora były zawsze ciekawe, melodyczne tematy, których tutaj niestety trochę brakuje. Co prawda na początku pojawia się ich kilka, jednak w trakcie słuchania gdzieś się gubią. Okazuje się otóż, że tym, co jest na tej ścieżce dźwiękowej najważniejsze, jest forma. A jest ona tutaj, trzeba przyznać, bardzo ciekawa. Już od samego początku w utworach "Bogota", "The Bedroom" i kilku kolejnych atakują nas dźwięki gitar - i to w dodatku tych najlepszych, bo hiszpańskich. Pojawia się tutaj coś na kształt tematu - melodycznego i ładnego kawałka, raz granego żywiołowo ("Bogota"), a po chwili bardzo spokojnie ("The Bedroom"). Ten hiszpański styl reprezentowany przez gitary, klaskanie i żywiołowy rytm przewija się przez całą płytę. Niektóre kompozycje można nawet porównać to tego, co Heitor Pereira zrobił na ścieżce Hansa Zimmera do "Mission: Impossible 2". Poza tym sporo jest tutaj muzyki typowej dla filmów o Jamesie Bondzie - szczególnie w takich utworach jak "Desert Foxes", "Two Phone Calls" czy "Minivan Chase". Można nawet spotkać niektóre fragmenty żywcem wycięte z "Die Another Day" Davida Arnolda. Sporo jest na tej płycie także dużo spokojniejszych utworów - można wręcz powiedzieć, że bardzo romantycznych. Czy to będzie relaksujące "Mutual Thoughts", "Kiss And Make Up" czy klasyczne argentyńskie "Tango De Los Asesinos" - wszystkie one bazują na tych samych, hipnotyzujących gitarach. Podsumowując: trzeba jasno powiedzieć, że jest to muzyka dużo lepsza od filmu. Słucha jej się bardzo przyjemnie, chociaż przy wolniejszych utworach można trochę przysnąć. Widać jednak, że kompozytor miał dobry pomysł na tę muzykę i konsekwentnie go realizował. Dzięki temu powstała ścieżka dźwiękowa spójna i miejscami bardzo interesująca. Mimo, że pojawiają się jawne nawiązania do bondowskiej serii, to jednak wszystko brzmi dość oryginalnie. Trudno sobie wyobrazić, aby do takiego filmu powstała lepsza muzyka. John Powell po raz kolejny udowodnił, że potrafi skomponować dobrą ścieżkę dźwiękową nawet do obrazu, w którym nikt na to za bardzo nie liczy. Zdaje się, że takie nietuzinkowe mieszanie różnych gatunków muzycznych staje się czymś charakterystycznym dla tego kompozytora - zważając chociażby na "Roboty". A zatem końcowa ocena w porównaniu do tego, co prezentował sam film, jest naprawdę wysoka i pokazuje, że John Powell całkiem nieźle radzi sobie także bez pomocy Harry'ego Gregson-Williamsa (chociaż ich duety przewyższają wszystkie dotychczasowe solowe dokonania obydwu). Polecam ten krążek, chociaż lepiej wysłuchać go poza filmem, ponieważ podczas oglądania obrazu można pochopnie całość uznać za porażkę. Muzyka na to miano nie zasługuje, bo jest zwyczajnie dobra. |
![]() |
|
![]() |