
NIGHT OF THE LIVING DEAD (1990)
MUZYKA: Paul McCollough ROK PRODUKCJI: 1990 WYTWÓRNIA: Numenorean Music CZAS TRWANIA: 62:05 min.
W 1969 roku w pitsburgskim szpitalu, grupa naukowców prowadziła badania nad dziwną substancją chemiczną o nazwie Trioxyn 24, która pierwotnie miała być używana do niszczenia plantacji marihuany. Jednak nastąpił niekontrolowany wyciek i 69 procent substancji spłynęło do kostnicy. Ujawniły się wtedy szczególne właściwości gazu - trupy zaczęły się wierzgać jakby były żywe. Ale to był dopiero początek. Wkrótce martwi zaczęli powracać do życia, a ich jedynym celem było zaspokojenie ciągle narastającego głodu... Wyreżyserowany przez Toma Savini film "Night of the Living Dead" jest remake'iem głośnego obrazu George'a A. Romero z 1968 roku. Autorami muzyki w pierwowzorze była grupa kompozytorów - Loose, Glindeman, Green, Moore, Hormel, Meakin, a także Hardman. Tym razem podkład muzyczny powierzono Paul'owi McCollough, kompozytorowi mającemu już pewne doświadczenia wyniesione z filmu Williama Hizman'a "The Majorettes" (1986), o psychopatycznym mordercy, który zabija uczennice. Tym razem jednak wymagania stawiane przez obraz Savini'ego to zupełnie inny wymiar filmu grozy... To już nie może być jedynie zróżnicowana intonacyjnie warstwa muzyczna, w której każdorazowe pojawienie się mordercy wystarczyło w odpowiedni sposób zaakcentować. Ten rodzaj strachu ma większe, bardziej rozległe podłoże, a tym samym stwarza większe możliwości dla warsztatu kompozytora. Pytanie tylko czy Paul McCollough zdoła ten aspekt wykorzystać ? Już od jakiegoś czasu jestem szczęśliwym posiadaczem oryginalnego zapisu z pierwszego filmu George'a Romero. Postaram się więc wskazać podobieństwa - jeśli takowe istnieją - łączące obie ilustracje oraz różnice jakie pomiędzy nimi występują. Pierwozwór to bez wątpienia wielkie, orkiestralne dzieło, które wstrząsa dogłębnie, i które stanowi źródło przerażenia w niespotykanym wymiarze. Muzyka posiada specyficzną formę brzmienia, wykorzystuje doskonałe, dramatyczne sekwencje smyczkowe, wymowne instrumenty dęte oraz wyrwane z kontekstu filmu dialogi, dodatkowo potęgujące już i tak bardzo wyraźnie pobudzone stany emocjonalne. Ogromna wieloznaczność tej niesamowitej kompozycji oraz jej niezwykle burzliwy przebieg, pozwalają słuchaczowi na swobodne stworzenie własnej interpretacji niektórych tematów scenicznych, niekoniecznie związanych z zapamiętanym obrazem. To ilustracja do horroru w najlepszym wydaniu, o ogromnym patosie i niespotykanej afektacji, która znakomicie oddaje klimat filmu, którą cechuje wspaniałe rozeznanie struktury orkiestralnej kompozycji, i która ukazuje piękno klasycznej, filmowej muzyki instrumentalnej (i nie tylko), jej finezję, zachwycając przy tym konsekwencją w dążeniu do obranego wcześniej celu. To wielka przyjemność zapoznać się z tą ścieżką dźwiękową... Dlatego z bardzo mieszanymi uczuciami podszedłem do przedsięwzięcia autorstwa Paula McCollough'a. Byłem wręcz przekonany, że stworzona za pomocą m.in. syntezatora warstwa muzyczna pana McCollough'a, pozostanie w głębokim cieniu pierwowzoru. Tak głębokim, że lepiej by chyba było gdyby w ogóle nie powstała... Uczucie to pogłębił pierwszy motyw - "Cemetery", który brzmi bardzo podobnie do motywu przewodniego z "Braindead". Jednak z każdym kolejnym tematem scenicznym moje wątpliwości stawały się coraz mniejsze. Po cierpliwym wysłuchaniu ostatniego utworu, a później jeszcze kilkukrotnym całości, jedno mogę stwierdzić na pewno - kompozycja Paula McCollough'a do remake'u "Night of the Living Dead" to bardzo dobra ścieżka dźwiękowa, która porusza się w obszarze zarówno syntezatora, jak i tradycyjnych instrumentów. To przejrzysty czynnik przerażenia, niezwykle ponury i dramatyczny... Zdarzają się co prawda nic nie znaczące przestoje oraz nieco statyczne fragmenty, jednak nieprawdopodobnie wprost zaznaczone kulminacje, powodują że można wybaczyć kompozytorowi te drobne niedociągnięcia. Zresztą wspomniane momenty kulminacyjne to jeden z najmocniejszych punktów tej ilustracji. Wykorzystywane w nich współbrzmienia lub półtony mają tak duży kontrast (tym razem w pozytywnym słowa znaczeniu) w stosunku do właściwej warstwy muzycznej, że można doznać przysłowiowej palpitacji serca. To jedne z najlepszych tego typu fragmentów z jakimi zetknąłem się podczas słuchania muzyki pisanej na potrzeby horroru. Ogólnie cała muzyka Paula McCollough'a prezentuje się dobrze w kontekście scenicznym (choć film jest przecież marnym widowiskiem), a z autonomicznego punktu widzenia jeszcze lepiej. Co ciekawe jest bardziej straszna w swojej samodzielnej wymowie niż w połączeniu z obrazem. Stare, orkiestralne kompozycje do filmów grozy z dekady lat 60-tych, charakteryzował znacznie większy pokład emocjonalny niż późniejsze narracje powstające lawinowo przede wszystkim przy wykorzystaniu syntezatora, dającego spore możliwości brzmieniowe. Spowodowało to zagubienie gdzieś idei gotyckiej wizji muzycznej oraz jej odmian, tak konsekwentnie tworzonej przez szereg lat. Na szczęście dość często zdarzają się wyjątki od tej reguły, czego przykładem jest kompozycja do "Night of the Living Dead", która jest przecież młodsza od pierwowzoru aż o 22 lata. Bardzo ciekawie wygląda bezpośrednia konfrontacja obu ilustracji. To porównanie wyrafinowanego, nizezwykle przemyślanego i doskonale zrealizowanego przedsięwzięcia, będącego kompilacją wizji siedmiu kompozytorów z ponurą, orkiestralno - syntezowaną muzyką Paula McCollough'a. Okazuje się jednak, że prawie znakomita ilustracja do remaku przegrywa z pierwowzorem na wszystkich możliwych płaszczyznach. Mimo wszystko to nie ten styl, nie ta jakość, nie ten poziom. Aż trudno uwierzyć, że tak dobra narracja jak "Night of the Living Dead" (1990) musi ustąpić pola jeszcze lepszej muzyce z pierwowzoru. To naprawdę rzadko spotykana sytuacja. |
![]() |
|
![]() |