PIRATES OF THE CARIBBEAN: AT WORLD'S END

MUZYKA: Hans Zimmer
ROK PRODUKCJI: 2007
WYTWÓRNIA: Walt Disney Records
CZAS TRWANIA: 55:50 min.


01. HOIST THE COLOURS
02. SINGAPORE
03. AT WIT'S END
04. MULTIPLE JACKS
05. UP IS DOWN
06. I SEE DEAD PEOPLE IN BOATS
07. THE BRETHREN COURT
08. PARLAY
09. CALYPSO
10. WHAT SHALL WE DIE FOR
11. I DON'T THINK NOW IS THE BEST TIME
12. ONE DAY
13. DRINK UP ME HEARTIES



Hans Zimmer zawsze był moim ulubionym kompozytorem filmowym. Podczas ponad dwudziestoletniej kariery stworzył masę świetnych ścieżek oraz zapadających w pamięci motywów. Wyznacznikiem jego stylu stało się szybkie, dynamiczne brzmienie, budowane stopniowo na efektownych, mocnych motywach, często potęgowanych w końcówkach - brzmienie, z którego czerpie obecnie cała masa kompozytorów. Ale jedną z największych zalet kompozytora zawsze była różnorodność jaką prezentowały jego twory, że tylko wspomnę "Prawdziwy Romans", "Thelmę i Louise", oscarowego "Króla Lwa", "Wożąc Panią Daisy" czy niedawny, wspaniały "Kod Da Vinci".

W 2006 roku Zimmer przejął od swojego protegowanego z Media Ventures - Klausa Badelta - partyturę do filmu o przygodach Jacka Sparrowa i reszty (choć "przejął" to chyba złe stwierdzenie, skoro kompozytor sprawował pełną kontrolę nad powstawaniem "Klątwy Czarnej Perły" oraz osobiście stworzył tzw. "Jack's Theme" - czyli motyw muzyczny kapitana Sparrowa). Jego praca przy "Skrzyni Umarlaka" wzbudziła wiele zachwytów oraz kontrowersji u fanów muzyki filmowej. Osobiście uważam, że jest jedynie bardzo udaną kalką tego, co kilka lat wcześniej stworzył Badelt. Zimmer nadbudował wiele motywów z "jedynki" i włożył w nie więcej "mocy". Dodał również kilka nowych motywów, jak np. pamiętnego "Davy Jonesa" czy wprost fenomenalnego "Krakena", którego uważam za najlepszy utwór na tamtej płycie. Jednak, pomimo tego, że po jakimś czasie doceniłem bardziej to, co Zimmer stworzył, soundtrack do "Skrzyni Umarlaka" nie ma porównania do mistrzowskich przygodowych kompozycji Badelta. Wraz z nadejściem trzeciej części "Piratów z Karaibów" Zimmer dostał okazję do zademonstrowania całemu światu, jak świetnym jest kompozytorem. Czy udało mu się dorównać swojemu uczniowi?

Już w tym miejscu mogę stwierdzić, że tak - udało się. Ścieżkę do "Na krańcu świata" po dłuższym wahaniu stawiam obok "Klątwy Czarnej Perły", bo pomimo tego, że partyturę Badelta uważam za jedną ze swoich ulubionych, to najnowsza kompozycja Zimmera jest na tyle od niej różna, że wręcz zachwyca swoją różnorodnością i wykonaniem oraz jest partyturą na tyle trzymająca się standardu wyznaczonego przez "jedynkę", że w kilku miejscach wręcz oddaje jej hołd. Dodatkowo Zimmer dopasował swoją kompozycję idealnie do samego filmu, co sprawia, że w połączeniu z obrazem nabiera ona jeszcze większej siły wyrazu, i wzajemnie się z nim komplementuje. Wspomniana różnorodność odznacza się wieloma aspektami. I tak są to np. znakomite motywy orientalne, są zarysowane w tle chóry (tak męskie, jak i żeńskie), są wreszcie spokojne, klimatyczne motywy pozwalające choć na chwilę ochłonąć od tempa prezentowanego przez całość. Jednakże największą zaletą ścieżki jest zdecydowane przełożenie charakterystycznego stylu kompozytora na przygodowe realia i w tym aspekcie naprawdę "dał czadu" - stworzył mieszankę wybuchową, która fascynuje i nie daje chwili wytchnienia (choć w pracy przy tworzeniu muzyki do "Na krańcu świata" brało udział aż 8 kompozytorów z Media Ventures, a więc rzeczywisty wkład Zimmera staje się trochę niejasny i być może ograniczony).

Tak jak poprzedniczki, ścieżka do "Na krańcu świata" przeplata naprzemiennie szybsze i wolniejsze motywy, co nie pozwala się przy niej nudzić, jednakże opisanie jej jest zadaniem dosyć ciężkim - płyty po prostu należy samemu przesłuchać. Postaram się jednak w kilku słowach przybliżyć kilka kompozycji, które wyznaczają wielkość tej płyty. Pierwszym takim motywem jest "Singapore", drugi utwór na płycie, znajdujący się zaraz po bardzo klimatycznej "zakazanej pirackiej piosence" z prologu (którą razem z Zimmerem skomponował reżyser trylogii, Gore Verbinski). Na samym już starcie Zimmer zaznacza odmienność swoich nowych kompozycji od poprzedniczek i tak motyw ten jest najbardziej "orientalny" na całej płycie. Zbudowany jest praktycznie całkowicie od zera, dopiero pod koniec słychać znane motywy badeltowskie - wczesny wyznacznik tego, jak będzie brzmiała całość. Po raz pierwszy również pojawiają się tu zaczątki mistrzowskich kompozycji, które będą skutecznie rozwijane w miarę trwania całości. "At Wit's End" długo się rozkręca, jest natomiast bodajże najpiękniejszą aranżacją na płycie. Poprzez najpiękniejszą rozumiem niesamowitą płynność tonacji, zahaczającą wręcz o liryczność (wykorzystuje m.in. żeński chór), a nawet kameralność. Co jednak najważniejsze, po raz pierwszy pojawia się tutaj piękny, liryczny motyw romantyczny (zaczyna się mniej więcej na początku 3 minuty), który stanowi fenomenalny muzyczny bonus oraz równoważnik dla dynamicznej całości i będzie powtarzany wielokrotnie w późniejszych aranżacjach. "At Wit's End" jest warte docenienia również z powodu użycia jednego z motywów z "dwójki" (pierwszy raz pojawia się na początku utworu "Davy Jones") - kolejny wskaźnik zimmerowego nawiązywania do poprzednich ścieżek. Kończy się to wszystko dosyć dynamiczną końcówką, która w pewnym sensie zapowiada to, co pojawi się w najlepszej możliwej wersji w piątym motywie.

"Up Is Down" to zdecydowanie wyróżniający się utwór na płycie (choć scena, którą opisuje w filmie nie umywa się do jego wartości). Jest to w zasadzie całkowicie nowa kompozycja w pirackim świecie - korzysta z orientalnej stylistyki w celu zwiększenia dynamizmu i efektowności, a jednocześnie jest typowo 'zimmerowska'. Do połowy rozwija się ładnie i płynnie, natomiast od połowy... od połowy jest to czysta poezja dla ucha - fenomenalny, niczym nie przerywany strumień dźwięków, porywający słuchacza od samego początku do niesamowitej kulminacji, która najnormalniej w świecie "wymiata" w każdym możliwym aspekcie - polecam załączyć ją sobie troszkę głośniej niż zazwyczaj i dać się porwać tej niesamowitej mocy, którą udało się Zimmerowi przemycić do domu każdego słuchacza, tak, aby sam mógł się poczuć korsarzem walczącym na krańcu świata w imię niepisanego pirackiego kodeksu honorowego. Taki to właśnie kawałek!

Warto w tym miejscu wspomnieć o "Parlay" i "Calypso", będących smakowitym przedsmakiem trwającego jedynie 2 minuty "What Shall We Die For", które od połowy zamienia się w wręcz idealny motyw piracki. Jest to perfekcyjna przygodowa kompozycja, jaka mogła znaleźć swoje źródło jedynie w zjednoczeniu pirackich lordów przeciwko wspólnemu oprawcy, którą to kluczową scenę ilustruje w filmie. Stawiam ją na równi z "Up Is Down", ponieważ ma w sobie coś magicznego - coś, co powoduje, że aż chce się założyć opaskę na prawe oko i zrobić mały abordaż sąsiadowi. Po prostu muzyczna uczta, której nie można ominąć bokiem. "I Don't Think Now Is The Time" nie ma może w sobie tej magii (choć ilustruje m.in. przepięknie sfilmowany pocałunek Willa i Elizabeth), ale jest doprawdy świetnym, dynamicznie skomponowanym motywem, potężnym w swojej muzycznej wymowie oraz wykorzystującym potęgę dźwięku do maksimum. A że jest to najdłuższy utwór na płycie - jest też swoistym przeglądem znajomych motywów trylogii, jak również zapowiedzią ostatniego kawałka na liście. "Drink Up Me Hearties" jest perfekcyjnym mixem wszystkiego, co kompozycje Badelta i Zimmera mają razem do zaoferowania. Są tu przede wszystkim dwa motywy przewodnie z "Klątwy Czarnej Perły" (przedstawione po raz pierwszy odpowiednio w utworach "The Medallion Calls" i "The Black Pearl" - ten ostatni mistrzowsko przearanżowany w "Moonlight Serenade"), znane każdemu fanowi pirackich przygód, a pomiędzy nie pięknie wplecione kompozycje Zimmera, przede wszystkim opisywany wcześniej znakomity, liryczno-romantyczny motyw, który niezmiennie zachwyca mnie swoją tonacją. Jest to idealny utwór na zakończenie całości, utwór, który sprawia, że chce się wrócić do początku i przesłuchać całość raz jeszcze...

Czytelnik w tej chwili pewnie staje się nieufny z powodu wszystkich zachwytów, jakie z siebie wyrzuciłem, by wychwalić ten soundtrack. Prawda jest taka, że opinie co do "dobroci" tej partytury są podzielone mniej więcej pół na pół. Krytycy ścieżki twierdzą m.in. że jest on nazbyt patetyczny i monumentalny, i pasuje bardziej do jakiejś epopei filmowej, niż bezkompromisowej pirackiej przygody. Nie mogę się z tym jednak zgodzić. Hans Zimmer przebił swoje dokonania do drugiej odsłony pirackiej trylogii i stworzył świetną przygodową kompozycję, która - jak zaznaczałem wcześniej - pasuje perfekcyjnie do samego filmu. Jeżeli już "pobrzękuje" tam jakaś patetyczna nuta, to właśnie z powodu wydarzeń filmowych, a i nawet to jest umiejętnie przez kompozytora kontrolowane i dozowane, by nie przegiąć. Dodatkowo muzyka słuchana oddzielnie zachowuje wszelkie atrybuty. Dokonanie Zimmera jest dla mnie maksymalnie pozytywnym zaskoczeniem, spodziewałem się czegoś "jedynie" dobrego. Dostałem natomiast kwintesencję tego, co wszystkie 3 filmy mają muzycznie do zaoferowania, więcej - dostałem możliwość zasmakowania muzycznej przygody, za którą niemieckiemu twórcy serdecznie dziękuję. Po krótkim wahaniu doszedłem do jedynego, słusznego wniosku - należy się mu za to maksymalna ocena. I taką też stawiam. Yo ho, Yo ho, a pirate's life for me!

Ocena:
Autor recenzji: Dariusz Kuźma - BEOWULF
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI