
RIO - SCORE
MUZYKA: John Powell ROK PRODUKCJI: 2011 WYTWÓRNIA: Varese Sarabande / Colosseum CZAS TRWANIA: 47:03 min.
Nieco inaczej niż z albumem-składanką (osobna recenzja) ma się sprawa z oryginalną muzyką do "Rio". Odpowiada zań autor zeszłorocznego hitu, "How To Train Your Dragon" - John Powell, którego prężnie (nawet aż za nadto) wspomaga niejaki Dominic Lewis ze stajni Zimmera. Robota obu panów jest w miarę rzetelna, chwytliwa i nie schodzi poniżej pewnego poziomu, ale zawodzi w podobny sposób, jak album piosenkowy, i tak jak on - jakoś nie może w pełni rozwinąć skrzydeł. Różnica polega na tym, że o ile piosenki wypadały w filmie całkiem dobrze, nie raz i nie dwa niosąc na swych barkach pretekstową fabułę, tak score prezentuje się weń dość przeciętnie, czasem zupełnie ginąc w natłoku akcji i dźwięków lub wręcz nie sprawdzając się w konkretnych scenach. Dobrym tego przykładem jest, swoją drogą, jeden z lepszych i najbardziej efektownych w przekroju albumu "Bird Fight". Ten krótki, ale niezwykle dynamiczny i porywający kawałek jest ledwie słyszalny w scenie bójki, do której został napisany, zupełnie się z nią nie zgrywa, a jego najefektowniejszy i najlepiej brzmiący fragment wybrzmiewa czysto podczas... ucieczki z pola walki, do której zupełnie nie pasuje. I, niestety, nie jest to jedyny element ilustracji, który zawodzi. Albo inaczej - nic tu nie imponuje tak, jak powinno, choć wszystko zdaje się być na swoim miejscu. Całość jest za bardzo chaotyczna, wręcz roztrzepana i zwyczajnie źle zmontowana, przez co większość smaczków łatwo pominąć, a inne nie robią większego wrażenia. Elementy egzotyczne są ledwie poprawne i nie angażują słuchacza, często przytłumione są zresztą agresywnym mickey-mousingiem. A tematy... cóż, niektóre zdają się być napisane bez pomysłu, inne to zwykła tapeta, a i tak większość z nich zlewa się w jedno. W dodatku Powell wyraźnie przetwarza tu swoje poprzednie prace, co wychodzi mu różnie. Oczywiście parę kompozycji przyjemnie się wybija ("Chained Chase", "Rio Airport", czy też powracający motyw/podkład z piosenki "Real In Rio"), action score jest jak zawsze bogaty i dostarcza sporo czystego 'funu', a Powell miejscami umie pocisnąć. Niemniej łańcuch w postaci pana Lewisa mocno mu ciąży i obaj spadają za każdym razem, gdy próbują wzlecieć wyżej. I choć generalnie jest to całkiem zgrabna, lekka, optymistyczna i pomysłowa praca (jak zawsze u Powella broni się liryka), która nie od razu odsłania wszystkie swoje atuty, to jednak w ogólnym rozrachunku brak jej jakiegoś zalążka magii, większej fantazji i no es una locura - czyli generalnie jaki film, taka muzyka... Suma summarum, "Rio" raczej dość szybko zostanie zapomniane - szczególnie, że zarówno Powell, jak i animacja mają na swoim koncie znacznie wartościowsze rzeczy. Ostatecznie do finalnej trójki dodaję jeszcze zachęcający plus. |
![]() |
|
![]() |