
SAVING PRIVATE RYAN
MUZYKA: John Williams ROK PRODUKCJI: 1998 WYTWÓRNIA: DreamWorks CZAS TRWANIA: 64:09 min.
Ech - tak mniej więcej reaguję od pewnego czasu na twórczość pana Johna Williamsa. Są oczywiście wyjątki, jak choćby "Amistad" czy "nowa" trylogia "Star Wars", jedna ogólnie rzecz biorąc ostatnie dokonania tego kompozytora nie zadowalają mnie tak, jak te wcześniejsze - i nie jest to bynajmniej wina rosnących oczekiwań... Jeśli chodzi o wrażenia muzyczne z "Szeregowca Ryana" - jest to nuda, monotonia i zero jakiegokolwiek napięcia, które towarzyszyło mi bezustannie przy choćby "Tears Of The Sun" (Hans Zimmer) - tam muzyka była także cicha i refleksyjna, bynajmniej nie głośna i wydumana. Jednak wciąż jest to film wojenny, z łopoczącą amerykańską flagą na wietrze i przesiąknięty patriotyzmem, zatem idąc tym tokiem rozumowania aż prosi się o nieco mocniejsze tony, a nie "flaki" martwego żołnierza... To są moje głośne zarzuty, tym głośniejsze, iż płyta zawiera zaledwie 10 utworów, jednak ich czas trwania to grubo ponad godzina - choć wydawać by się mogło, że ciągną się jeszcze dłużej... Powyższe zarzuty jednak nie są na pewno kierowane do pierwszych trzech utworów. "Hymn to the Fallen", "Revisiting Normandy" i "Omaha Beach" są bowiem piękne. Miejscami bardzo ciche, wręcz sentymentalne, refleksyjne, bardzo długie... czuć w nich napięcie, coś się dzieje, coś dociera do słuchacza. Te właśnie 3 ścieżki to moi ulubieńcy w kwestii tego soundtracku i niestety często kończy się tak, że po nich wyłączam odsłuchiwanie płyty. Chociaż nie zawsze, nieraz zostawiam grającą dalej muzykę - to gorzej, bo o ile zastosowane przez Williamsa "chwyty" z początku były jak najbardziej w porządku, o tyle już dalej się nie sprawdzają, a ciągnięcie wciąż tego samego brzmienia - do tego rozwlekając i przyciszając poszczególne fragmenty - prowadzi do niczego innego jak tylko do wylewającej się z krążka nudy. Owszem, cała kompozycja trzyma się w tzw. kupie, jest technicznie bardzo ładna, ale słuchanie wszystkich kawałków pod rząd zwyczajnie nuży. Krótsze utwory występujące później ("Finding Private Ryan" i "Approaching The Enemy") są jeszcze OK, ale już następna piątka jest nie do wytrzymania. Williams raczy nas wciąż tym samym tematem, zapodawanym w nieco zmienionej formie - brak tu zachęcenia do dalszego słuchania, jakiegoś nowego motywu; czegoś, co wyrwałoby słuchacza z letargu. Najgorzej pod tym względem wypada ostatnia trójka - "High School Teacher", "The Last Battle" i "Hymn to the Fallen (Reprise)" - ten ostatni jest niczym innym, jak powtórką najlepszego tematu na krążku, w dodatku zupełnie zbędną powtórką. Wspomniane tematy są długie (być może w tym tkwi problem) i zaniżają poziom całości. Wiele osób uważa, że muzyka z "Saving Private Ryan" to po sadze "Star Wars" i po serii przygód Indiany Jonesa najlepsze dokonanie Johna Williamsa. Ja się do tych osób zdecydowanie nie zaliczam. I szczerze dodam, że jeśli miałbym wysyłać ośmiu ludzi na pewną śmierć, aby tylko przyprowadzili kogoś do domu, kto osobowością przypominałby opisywaną powyżej płytę - wolałbym - brzydko mówiąc - palnąć sobie w łeb... |
![]() |
|
![]() |