SILENCE OF THE LAMBS, THE

MUZYKA: Howard Shore
ROK PRODUKCJI: 1991
WYTWÓRNIA: MCA Records
CZAS TRWANIA: 57:09 min.


01. MAIN TITLE
02. THE ASYLUM
03. CLARICE
04. RETURN TO THE ASYLUM
05. THE ABDUCTION
06. QUID PRO QUO
07. LECTER IN MEMPHIS
08. LAMBS SCREAMING
09. LECTER ESCAPES
10. BELVEDERE, OHIO
11. THE MOTH
12. THE CELLAR
13. FINALE



Dr Hannibal Lecter to niewątpliwie jedna z najbardziej przerażających postaci w historii kina. Trzy proste słowa, które przywodzą na myśl wszystko co najgorsze i nieludzkie... Geniusz zbrodni wyrafinowanej, doskonały i błyskotliwy psychiatra oraz szaleniec zdolny do rzeczy jakie się nawet nie śniły przeciętnemu człowiekowi. Zamordował, poćwiartował, a potem zjadł kilkanaście osób, w tym kilku swoich pacjentów. Młoda agentka FBI Clarice Starling (Jodie Foster) pracuje nad sprawą seryjnego mordercy. Jedyną poszlaką jest fakt, że psychopata znany już jako Buffalo Bill (Ted Levine) zdejmuje skórę ze swoich ofiar, którymi zawsze są kobiety. Bezradność wymiaru sprawiedliwości popycha ich do czynu, o którym nikt wcześniej nawet nie chciał pomyśleć. Agentka Starling postanawia zwrócić się z pomocą do dr Lecter'a i wraz z nim opracować model postępowania oraz psychologiczny portret mordercy. Bo któż inny, jak nie genialny psychiatra, który sam rozkoszuje się rytuałem morderstwa, zrozumie co popycha do zabijania innego psychopatę. Zrozumie jego postępowanie, działanie i ewentualny motyw... Kto jak nie Hannibal Cannibal potrafi wniknąć w psychikę innego człowieka, delektując się jego kompleksami i lękami. Dr Lecter jest jak najbardziej chętny do współpracy, ale stawia kilka warunków - niestety, ale nic nie ma za darmo. Wyglądająca początkowo spokojnie i "normalnie" współpraca przeradza się z czasem w przerażającą i pozbawioną jakichkolwiek granic relację pomiędzy młodą agentką FBI, a psychopatycznym szaleńcem...

Bardzo trudnego zadania, które polegało na muzycznym zilustrowaniu tak wyjątkowego filmu podjął się Howard Shore przy wykorzystaniu monachijskiej orkiestry symfonicznej. Niestety zadanie to przerosło w owym czasie możliwości warsztatowe pana Shore'a... Oczywiście obecnie kompozytor ten niezwykle rozwinął swój sposób patrzenia na muzykę, czego chyba najlepszym dowodem są doskonałe ścieżki dźwiękowe do dwóch części "Lord of the Rings". Niestety w tym przypadku mamy typowy przerost formy nad treścią - dostajemy kompozycję, która nie jest godnym uzupełnieniem "Milczenia Owiec" - filmu uznawanego za najlepszy thriller w historii kina... Już sam utwór "Main Title" z założenia otwierający ścieżkę dźwiękową jest zapowiedzią słabego poziomu jaki prezentuje ta narracja. Bezbarwnie, za typowo dla horroru, za mało oryginalnie. Brak jakiegoś tematu, który "pociągnąłby" całą kompozycję i nadał jej jakieś konkretne oblicze. Dostajemy tylko jednostajne, monotonne oraz utrzymane w jednym tempie brzmienie. Bez żadnego uniesienia, bez żadnej intensywności stanów emocjonalnych, z nagminnym wracaniem do tych samych tonacji. Przecież tego rodzaju kompozycję powinien cechować ogromny patos, bez tego nie ma nawet mowy o tym, żeby spełniła ona należycie zadanie, jakie przed nią postawiono - zaznaczenie skomplikowanego postępowania dr Lecter'a. Muzyka nie straszy, nie podnosi napięcia tam gdzie powinna. Wszystko to przypomina nieco przestarzałą szkołę kompozycji jaką stosowano kiedyś w klasycznych horrorach, polegającą na gwałtownym obniżaniu lub ponoszeniu dźwięków w celu wywołania, czy spowodowania strachu i nerwowości. W "Silence of the Lambs" jest to posunięcie ze strony Howarda Shore'a zwyczajnie chybione. To nie ta forma i nie ten rodzaj przerażenia... Poza tym można mieć zastrzeżenia co do samego instrumentarium. Faktura tego podkładu, czyli sposób komponowania na odkreślony instrument, którym w tym przypadku są smyczki (zarówno cięższe jak i te lżejsze) pozbawiona jest choćby cienia oryginalności... Nic, dosłownie nic nie zwraca na siebie uwagi - żaden schemat muzyczny, żaden dźwięk. Wszystko to powoduje, że poza filmem ilustracja pan Shore'a prezentuje się niezwykle przeciętnie. Zresztą w filmie również przejawiała się jej słabość - zamiast uwidaczniać oraz podkreślać sposób odbierania pewnych fragmentów, pozostawała wyraźnie w cieniu fabuły. A tak nie powinno być. Na szczęście specyfika i wyjątkowość "Silence of th Lambs" obroniły ten film bez znaczącego udziału muzyki. Trochę szkoda, że w czasie pozostawania filmu nie zdecydowano się powierzyć muzyki lepszemu kompozytorowi. Może wtedy walory "Milczenia Owiec" byłyby jeszcze bardziej dostrzegalne. Niestety na tak postawione pytanie nikt nie jest w stanie odpowiedzieć i wszelkie tego rodzaju dywagacje do niczego nie prowadzą. Pozostają tylko domysły. Bo narracja zaproponowana przez Howarda Shore'a w żaden sposób mnie do siebie nie przekonała. Nie potrafi ona w samodzielnej formie oddać zakamarków ludzkiej osobowości, leków i obaw w taki sposób, w jaki uczynił to na ekranie dr Hannibal Lecter.

Najlepsze słowa jakie na koniec mogłyby podsumować tą ścieżkę dźwiękową to cytat pana Bogusława Schaeffera, znanego teoretyka muzyki oraz profesora Wyższej Szkoły Muzycznej w Salzburgu "(...) taki kawałek mogło napisać kilkuset (jeśli nie więcej) kompozytorów na świecie; może niektórym zabrałoby to więcej czasu, bo w naszej wspaniałej muzyce mamy do czynienia z różnymi egzemplarzami, ale w końcu byliby w stanie napisać coś takiego...". Bardzo adekwatne stwierdzenie w kontekście tej ilustracji...

Ocena:
Autor recenzji: Paweł Łudzeń - GRUBY
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI