SINGLES

MUZYKA: Różni wykonawcy
ROK PRODUKCJI: 1992
WYTWÓRNIA: Epic Records / Epic Soundtrax
CZAS TRWANIA: 64:49 min.


01. ALICE IN CHAINS - Would?
02. PEARL JAM - Breath
03. CHRIS CORNELL - Seasons
04. PAUL WESTERBERG - Dyslexic heart
05. THE LOVEMONGERS - Battle of evermore
06. MOTHER LOVE BONE - Chloe dancer / Crown of thorns
07. SOUNDGARDEN - Birth ritual
08. PEARL JAM - State of love and trust
09. MUDHONEY - Overblown
10. PAUL WESTERBERG - Waiting for somebody
11. JIMI HENDRIX - May this be love
12. SCREAMING TREES - Nearly lost you
13. SMASHING PUMPKINS - Drown



Początek lat 90-tych. W muzyce następuje pewien przełom. Pojawia się nowy styl, za którego prekursora uważa się głównie Nirvanę. Styl nie tylko muzyczny. W zasadzie trudno go sprecyzować w oparciu tylko o muzykę. Charakteryzuje się pewnym brudem w warstwie instrumentalnej. Tu nie chodzi o wirtuozerię czy mistrzowskie opanowanie gry na gitarze. Bardziej liczy się klimat, często dołujący, często pesymistyczny, a jednak przyciągający do siebie wielu. Łatwiej chyba sprecyzować jak wyglądał przeciętny fan tej muzyki. Długie włosy, kraciasta koszula, ogólnie rzecz biorąc widoczna niedbałość...do dzisiaj wpływy tego nurtu widoczne są wśród młodzieży. Nazwano to "grunge", choć tak naprawdę to, jak należy definiować to słowo, nie jest do końca jasne. Dzisiaj era tej muzyki już przeminęła, z tamtych zespołów w zasadzie został chyba jeden. Warto więc zwrócić uwagę na film, o którym mowa, a w szczególności na muzykę z niego. Można dzięki nim poczuć atmosferę miejsca, w którym to się zaczęło jakieś 15 lat temu. Atmosferę Seattle...

Film Camerona Crowe'a nie jest filmem o muzykach, choć odgrywają w nim pewną rolę. To po prostu obyczajowa komedia romantyczna, którą z grona tego typu filmów wyróżniają czas i miejsce akcji - Seattle w początkach lat 90-tych. Film jest pełen muzyki, co chwilę słyszymy grę tamtejszych zespołów w klubach, w których spotykają się bohaterowie, zresztą nie tylko słyszymy. Możemy zobaczyć muzyków Alice In Chains czy Soundgarden na scenie. Natomiast w kilku scenach pojawiają się panowie z Pearl Jam w roli muzyków kapeli jednego z bohaterów zwanej "Citizen Dick". Ten film to prawdziwa gratka dla fanów tych zespołów (do których się zaliczam), ale przejdźmy już do sedna...

Na płycie znalazło się 13 kawałków, spośród których większość pojawia się w filmie (prawdę mówiąc wydaje mi się, że tylko "Battle of Evermore" w nim nie występuje), nie jest to jednak wszystko, co w obrazie usłyszymy. Z zespołów, których muzyka się w filmie pojawia, ale na płycie już nie, pamiętam obecnie jedynie R.E.M., ale z pewnością jest tego więcej. Wymieniany jako twórca muzyki do "Singles", Paul Westerberg, ma swój udział w soundtracku w postaci dwóch utworów ("Waiting For Somebody" oraz "Dyslexic Heart"), utrzymanych w wesołej atmosferze, całkiem przyjemnych kawałkach, które w filmie pojawiają się na początku i na końcu. Trzeba dodać, że w obrazie mamy jeszcze trochę muzyki instrumentalnej autorstwa Westerberga, która nie znalazła się na płycie. Jednak to nie Westerberg jest twórcą najlepszych utworów, które możemy tu usłyszeć. Płyta zaczyna się od sztandarowego utworu Alice In Chains "Would?" - najpierw otrzymujemy wygrywane na basie intro, a potem rozlega się przeciągły śpiew. Layne Staley i Jerry Cantrell tworzą tutaj swoim śpiewem niepowtarzalny klimat. Jest to świetne otwarcie krążka. Zaraz potem mamy Pearl Jam z utworem "Breath", jednym z dwóch nagranych specjalnie do tego filmu - trzeba przynać, że całkiem niezłym. Kiedy po pięciu minutach następuje wyciszenie, rozlegają się dźwięki gitary akustycznej, na której w całości jest zagrany kolejny utwór - "Seasons". Jego autorem i wykonawcą jest nie kto inny, jak znany z Soundgarden, a obecnie w Audioslave, Chris Cornell. Przeciągły wokal i gitara - to zupełnie wystarczyło do stworzenia świetnej piosenki w grunge'owym stylu. Dalej mamy jeden z kawałków Westerberga, o których już wspomniałem, a następnie coś klasycznego - tyle, że w innym wykonaniu. Konkretnie cover (przeróbka) utworu Led Zeppelin pt. "Battle of Evermore" w wykonaniu The Lovemongers. Mnie ta wersja przypadła do gustu nawet bardziej niż oryginał. Kolejny utwór, "Chloe Dancer / Crown Of Thorns", to kolejny element historii grunge. Zespół, do którego ten kawałek należy, Mother Love Bone, to poprzednia kapela członków Pearl Jam, w której śpiewał zmarły w wyniku narkotykowego nałogu (czyli dość stanadardowo jak na muzyka rockowego) Andy Wood. To właśnie jego wokalu możemy tutaj posłuchać. Utwór ten jest długi (ponad 8 minut), ale nie nudzi i jest jednym z najpiękniejszych momentów na tej płycie. Następna piosenka przynosi zmianę klimatu - jest to ostry utwór Soundgarden z krzykliwym wokalem (znowu Cornell, ale jakże inny), a zaraz po niej ponownie Pearl Jam. Tym razem "State Of Love and Trust" , szybki, żywy kawałek będący obok "Would?" i "Chloe Dancer / Crown Of Thorns" jednym z najmocniejszych punktów tej płyty. Utwór ten również nagrano specjalnie dla potrzeb tego filmu i przez długi czas był dostępny jedynie na tym krążku, a dla fanów Pearl Jam stanowił pewnego rodzaju rarytas, który znano głównie z koncertów. Następny utwór, czyli "Overblown" w wykonaniu Mudhoney, to chyba najsłabszy punkt tej płyty, co wcale nie znaczy, że słaby. Po nim następuje drugi utwór Westerberga, a zaraz potem znowu klasyka, tym razem w oryginalnym wykonaniu: Jimi Hendrix i "May This be Love". Mimo, że utwór odbiegaja muzycznie od reszty płyty, to jednak po kilku przesłuchaniach odnosimy wrażenie, że w jakiś sposób tutaj jednak pasuje. Utwór dwunasty - "Nearly Lost You" - to znowu porcja grunge, tym razem w wykonaniu mało u nas znanej kapeli Screaming Trees. Również bardzo dobra piosenka. Na zakończenie dostajemy przydługawy utwór Smashing Pumpkins "Drown". Piszę "przydługawy", ponieważ trwa on ponad 8 minut, a mógłby trwać trochę krócej, mniej więcej w połowie mamy wrażenie że zaczyna się powoli zbliżać ku końcowi, ale koniec jakoś nie następuje... Zamiast tego mamy trochę gitarowego "rzężenia". Mimo wszystko również i ten utwór trzyma poziom, a takie zakończenie pasuje na koniec płyty i dobrze, że znalazło się tam, a nie gdzieś w środku.

Podsumowując, moim zdaniem soundtrack ten jest jedną z lepszych składanek filmowych jakie w ogóle się ukazały (a w mojej całkowicie subiektywnej opinii wynikającej z faktem bycia fanem grunge - najlepszą). Do tego jest to też płyta wyjątkowa, bo nie mamy już co liczyć na drugą utrzymaną w podobnym stylu. Grunge umarł (choć wcale nie wraz z Cobainem, jak chcą niektórzy... Umierał dłużej), a ta płyta to swoisty pomnik (ale wpadłem w patetyczny ton :). W dobie panującej obecnie mody na rap i pop-papkę, ten album będzie z pewnością interesującą pozycją dla fanów grunge, czy też rocka w ogóle. Nie potrafię nie dać tej płycie maksymalnej oceny, więc daję pięć gwiazdek, a jak komuś się nie spodoba - trudno, ja tam swoje wiem :).

Ocena:
Recenzja gościnna - autor: GIEFERG
e-mail

POWRÓT DO WYBORU RECENZJI